Blog główny

sobota, 8 marca 2014

Znaczenie idei

Idee mają konsekwencje. Zwłaszcza w świecie współczesnym. Świat, który znamy z własnego doświadczenia tym się bowiem różni od ancient regime, że ogromna większość praw, które w nim obowiązują najpierw stanowi teoretyczną propozycję, opartą o jakąś ideę, a dopiero potem wcielana jest w życie. 

Dawniej - kodyfikowano utrwalony zwyczaj, oparty na doświadczeniu, a jedyną siłą w miarę konsekwentnie wpływającą na rzeczywistość społeczną w myśl pewnej określonej koncepcji mówiącej, jak ten świat powinien wyglądać, był Kościół. Przy czym koncepcja ta była na tyle nieostro określona, że dopuszczała niemal nieskończoną liczbę lokalnych wariantów i stopni pośrednich między "stanem całkowicie nieakceptowalnym", a "stanem idealnym". Nawet wielożeństwo zanikało w nowo chrystianizowanych krajach całymi stuleciami. Znane są przykłady pruskich czy łotewskich wielmożów którzy, będąc poddanymi rycerskich zakonów (krzyżackiego czy inflanckiego), a czasem nawet biskupów, utrzymywali w 200 lat po formalnej chrystianizacji swojego kraju całkiem tradycyjne haremy z kilkunastu nałożnic - i żadne ich z tego powodu nie spotykały przykrości. Brak też dowodów na jakiekolwiek prześladowania dawnych, pogańskich kultów, które też, wśród prostego ludu, przetrwały niemal nietknięte, co najmniej do wieku XVI. 


Osobiście uważam zresztą, że tak naprawdę do chrystianizacji polskiego ludu - nie doszło NIGDY. Nawet bowiem, jeśli przyjął on, po tysiącleciu cierpliwej indoktrynacji, katolicki ceremoniał - to nikt nigdy nawet nie próbował wymagać odeń prawdziwie katolickiej moralności. Co wynikło m.in. z faktu, że w jakiś czas po rozbiorach nasz lokalny Kościół porzucił w praktyce swą rzymską obediencję (lubo zachował jej zewnętrzne oznaki...), na pierwszym miejscu stawiając nie Boga - lecz polskość, traktowaną z religijną żarliwością, na którą z całą pewnością NIE zasługuje! Ale mniejsza z tem - tym tematem może zajmę się kiedyś osobno...

Filozofowie tzw. "wieku oświecenia" nie byli ani w części tak cierpliwi i tolerancyjni jak biskupi tzw. "wieków ciemnych". Domagali się realizacji swoich koncepcji tu i teraz, w całości i bez żadnych kompromisów. Wiele razy ich słuchano - a jeśli wynikały z tego stosy trupów, nie brakło im uczniów skłonnych do zaakceptowania tej ceny.

Idee mają konsekwencje. Najczęściej są to konsekwencje niechciane i zgoła nie przewidziane przez ich twórców. Nie może nas to jednak zwolnić z obowiązku poznania idei - często bowiem już sam sposób argumentacji używanej dla jej uzasadnienia i obrony, może nas ostrzec przed niejednym dyabelstwem, które nas czeka.

Nieprawdą jest bowiem, że w życiu społecznym "ścierają się" jakieś "moralności" i "wygrywa najsilniejsza". To bzdurny, wyidealizowany obraz, wynikły z ignorancji!

Osnową życia społecznego są pewne utrwalone zachowania (w socjologii takie utrwalone zachowania noszą nazwę "instytucji" - nie mylić z urzędami państwowymi!), które homo sapiens odziedziczył po swoich zwierzęcych przodkach i które dzieli z całą masą innych zwierząt, rozwijając po swojemu.

Do takich "naturalnych" (w takim sensie "naturalnych", że nikt ich nigdzie nie wymyślał, tylko powstały same z siebie - i nikt ich początku nie pamięta i pamiętać nie może) instytucji należą: własność (instytucja wspólna wszystkim zwierzętom terytorialnym), władza (instytucja wspólna wszystkim zwierzętom społecznym, których zachowanie nie jest w pełni determinowane przez instynkt), rodzina (instytucja charakterystyczna dla pewnych gatunków zwierząt, w tym sporej części małp naczelnych).


Żadna biologiczna konieczność nie powoduje, że własność musi przybierać formę aktów hipotecznych, ani nawet tego, że musi to być - jak w prawie rzymskim - własność wyłączna, zupełna i absolutna. Tedy form własności powstało w różnych ludzkich kulturach tysiące. Nie słyszałem jednak o kulturze, która by w ogóle nie znała prawa własności - a to, że się dawnym badaczom takowe zwidywały, to efekt ich ideologicznej predeterminacji i braku spostrzegawczości.


Żadna biologiczna konieczność nie powoduje, że władza musi być demokratyczna, autokratyczna, obieralna, dziedziczna - to są konkretyzacje naszego pierwotnego instynktu stadnego, w żaden szczególny sposób przez ten instynkt nie determinowane i może ich być zapewne dużo więcej niż znamy z podręczników historii.


Żadna biologiczna konieczność nie przesądza o tym, że rodzina monogamiczna jest lepsza lub gorsza od poligamicznej, czy jakiejkolwiek innej - ale tak, czy inaczej, ludzie łączą się w pary - przynajmniej na pewien czas - i czasem (choć coraz rzadziej) posiadają też potomstwo, a zdarza się też, że i utrzymują kontakty z jakimiś innymi krewnymi.

Piękno ancient regime polegało na tym, że dawniej różne kultury w różny sposób rozwiązywały te i inne zagadnienia życia społecznego po czym następowało starcie - i faktycznie wygrywał niekoniecznie "najsilniejszy", ale z pewnością - "lepiej przystosowany" (w całkowicie darwinowskim sensie tego słowa...).

Wiek oświecenia skończył z tą wolną amerykanką. Od tej pory bowiem rządy, które chcą uchodzić za "cywilizowane" nie zajmują się od tak po prostu organizowaniem sobie i swoim kolegom wygodnego życia na koszt poddanych (nawet, jeśli w praktyce na tym się skupia 90% ich wysiłków...), ale zmuszone są - jeśli pragną zachować dobre imię u "cywilizowanej" opinii publicznej - nieść "misję cywilizacyjną", "realizować ideę " (taką lub inną...), "spełniać standardy", itd., itp.

Dlaczego tak się stało? No cóż - gdzieś tak na przełomie XVII i XVIII wieku niezbyt licznej grupce cwaniaków, których łączyło podobieństwo wykształcenia (było to bez wyjątku tzw. "wykształcenie klasyczne") i poglądów oraz pozycji życiowej (niemal bez wyjątku ludzie ci byli urzędnikami lub dworzanami monarchii absolutnych albo - nauczycielami akademickimi), udało się przechwycić kontrolę nad obiegiem informacji w kilku najważniejszych krajach Europy Zachodniej: w Wielkiej Brytanii, we Francji i w krajach niemieckich.


Cały spryt tej grupy - moim zdaniem nieformalnej, ale jest wielu takich, którzy sądzą, że był to faktycznie spisek - polegał na tym, że opanowała ona zarówno obieg informacji "oficjalny" (tj. - cieszący się imprimatur takiej lub innej cenzury), jak i "nieoficjalny" (poza kontrolą cenzorów - co było tym łatwiejsze, że ci panowie... sami bywali cenzorami..!).


Grupka ta nazwała się z biegiem czasu "filozofami". Różnili się między sobą szczegółami swoich koncepcji - ale wszyscy zgodni byli co do rzeczy fundamentalnej: ludzkość "wychodzi z wieku dziecięcego" i od tej pory ma "rządzić się sobą w sposób świadomy".

To znaczy jak..? Ano w ten sposób, że filozofowie stworzą, metodą rozumowej dedukcji, pewien abstrakcyjny model "człowieka jako takiego" - z niego zaś wywiodą wszystkie tegoż idealnego człowieka potrzeby, zgodnie z którymi winien zostać ZMIENIONY świat.

Ponieważ wszyscy ci cwaniaczkowie byli tak naprawdę kiepskimi filozofami, a jeszcze gorszymi obserwatorami, historykami czy socjologami - bez żadnego wyjątku wszystkie zaproponowane przez nich modele "człowieka jako takiego" cechuje porażająca jednostronność.

Większość z nich istoty człowieczeństwa dopatrywała się w "rozumności" - co kazało im również dla instytucji porządkujących ludzkie życie domagać się "rozumowego" uzasadnienia. A ponieważ nie mieli cierpliwości ani zrozumienia dla gromadzenia faktów i obserwowania realnego życia, prędko doszli do wniosku, że większość z tych instytucji nie daje się obronić w świetle "władzy rozumu". Bo niby z jakiej racji poddani Ludwika XV - pijaka, obżartucha, kobieciarza, człowieka wprawdzie rozległych zainteresowań i wielu talentów, ale też nie mniej licznych słabości - mają przed nim klękać jak przed świętym obrazem i podawać mu owrzodzonych wierząc, że jego dotyk ich uzdrowi..? Toż to obelga dla rozumu..!



Co było dalej, to chyba Państwo sami wiecie i nie muszę tego powtarzać..?

Mylicie się jednak, jeśli sądzicie, że władza "filozofów" odeszła wraz z I lub II Restauracją Burbonów w Paryżu. Bynajmniej! Wprawdzie ludzie ci nie noszą już peruk ani jedwabnych pończoch (chyba, że po godzinach pracy..?), posługują się obecnie na ogół znacznie mniej wyrafinowanym językiem, a argumentacja, której używają jest jeszcze bardziej toporna i prymitywna niż 200 lat temu - ale też ich klasa nigdy nie była tak liczna, tak pewna siebie, tak przekonana do swojej bezwzględnej racji.

Znacie ich. To słudzy gosudarstwa. Urzędnicy, nauczyciele, pracownicy utrzymywanych przez gosudarstwo instytucji naukowych i bardzo wielu innych, wprost z gosudarstwem nie związanych.

Po raz pierwszy tego rodzaju "nowa klasa" pojawiła się w Chinach za czasów dynastii mandżurskiej: należeli do niej wszyscy, którzy zdali przynajmniej egzamin I stopnia ("magisterski"), uprawniający do ubiegania się o niższe stanowiska urzędnicze. Tylko niewielka ich część faktycznie pełniła urzędy, ale wszystkim przysługiwały pewne przywileje honorowe - i nawet ci, którzy przez całe życie nigdy nie zostali mianowani na najmniejszy nawet urząd, wiązali koniec z końcem, pasożytując na lokalnej ludności. Nazywano ich zbiorczo "mandarynami".


O ile w mandżurskich Chinach można było poznać mandaryna po rodzaju parasola, którym się posługuje i kolorze szaty, o tyle my nie mamy tyle szczęścia - słudzy niemiłościwie nam panującego gosudarstwa raczej starają się kamuflować niż wyróżniać z tłumu.

Mandaryni niemiłościwie nam panującego gosudarstwa są "klasą filozoficzną" per se - nawet, jeśli skądinąd zapytani o Kartezjusza nie wiedzą, czy ich się przypadkiem nie obraża. Rzecz bowiem nie w faktycznej zdolności do pojmowania problemów filozoficznych, a w uzasadnieniu, w racji bytu całej tej machiny. Racją bytu nowoczesnego gosudarstwa jest to samo, co było racją bytu "oświeconej" monarchii mojego ulubieńca, Starego Fryca: cywilizowanie tych biednych Irokezów. Stary Fryc "cywilizował" biednych Irokezów (czyli Polaków) - a Donald Tusk dalej ich "cywilizuje": ostatnio na przykład - "walcząc z pijanymi kierowcami".

Żyjemy w sztucznym, nieprawdziwym świecie, którego sprężyną napędową od ponad 200 lat pozostaje filozofia. Kiepska filozofia. Poczwarna, wykoślawiona, splugawiona i wywrócona na nice. Niemniej jednak - filozofia. Wykazując metodą filozoficznej argumentacji nonsensowność takiego lub innego modelu "człowieka idealnego", absurdalność takich lub innych uroszczeń gosudarstwa - walczymy o własną wolność, godność, a czasem także, o mienie, zdrowie i życie. Idee mają konsekwencje. Dlatego - nie można zaniedbać nauki o ideach..!

Zaś ów pierwotny spisek grupki cwaniaczków niektórzy nazywają "zdradą klerków"...

12 komentarzy:

  1. Jaką widzisz alternatywę dla "nowoczesnego państwa"?

    I czy wierzysz, że Tusk naprawdę chce kogoś "cywilizować"?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nawet jeśli nie chce, to musi przynajmniej udawać, że chce - bo takie są reguły gry w "nowoczesne państwo".

      Zresztą cała różnica między Tuskiem a Kaczyńskim sprowadza się do tego, że ten drugi zdaje się NAPRAWDĘ ma jakieś "koncepcje", które pragnie zrealizować.

      Niestety - nawet udawane "cywilizowanie" wciąż boli "cywilizowanych"...

      Dlaczego JA mam proponować jakieś alternatywy..?

      Pomijając już fakt, że sprzecznością jest konserwatysta radykalnie sprzeciwiający się "konstruktywizmowi", który by sam proponował jakąś nową "konstrukcję" polityczną - to mamy, na Boga, jakąś specjalizację w naszej gospodarce, nieprawdaż..? Na tym, zdaje się, polega postęp w stosunku do dawniejszych epok?

      Ja wolę niszczyć. Zapewniam Cię jednak, że mnóstwo jest takich, którym frajdę sprawia budowanie.

      Usuń
    2. W takim razie zapytam o coś innego: dlaczego uważasz, że NIE wygrywa silniejsza moralność, skoro właśnie historia udowadnia, że w przypadku KAŻDEGO konfliktu polegającego GŁÓWNIE na rozbieżności zasad moralnych wygrywa albo ten, za kim stoi prawo, albo ten, komu udało się oszukać prawo? A z kolei prawo - czy nie jest tworzone pod prężniejsze, czyli SKUTECZNIEJSZE lobby?

      Usuń
    3. Wydawało mi się, że wyjaśniłem to w tekście. Od ponad 200 lat większość sporów politycznych ma charakter POZORNY. Wszystkie strony tych sporów, czy byli to liberałowie, czy marksiści, czy tzw. "chrześcijańscy demokraci", czy faszyści - zgodnie wyznawali modernistyczny konstruktywizm, tj. pogląd, wedle którego człowieka należy dopiero "stworzyć" - przykrawając go wedle przyjętej z góry, teoretycznej koncepcji. Ich modele "człowieka idealnego" różniły się tylko drugorzędnymi szczegółami.

      Czy to jest aby na pewno "walka"..?

      Usuń
    4. Innymi słowy: w tzw. "dyskursie politycznym" od bardzo, bardzo dawna NIE MA naprawdę poważnych sporów o charakterze światopoglądowym, czy moralnym. Nie da się zatem obowiązującego prawa sensownie interpretować jako rezultatu jakiejś "walki". To jest dyktat a nie walka!

      Usuń
    5. Dobra, dobra. A to, co odstawiają obecnie niedobitki wierzących chrześcijan, czyli tzw. walka z gender - to co niby jest?

      Usuń
    6. Sama sobie odpowiadasz. Niedobitki. Rzecz jest bez znaczenia.

      Usuń
    7. Ale to są niedobitki TERAZ.

      Usuń
    8. To zawsze były niedobitki. Kościół próbował wziąć się za bary z modernizmem, ale nic z tego nie wyszło: Bismarck wymógł rozgonienie Soboru Watykańskiego I. A ten drugi, który teraz robi za alfę i omegę, odbył się już pod dyktando modernistów (a przynajmniej tak został zinterpretowany w wyniku oczywistej zdrady Jana XXIII...). Pisałem o tym dawno temu.

      Usuń
    9. Czy zatem nie wygrał silniejszy?

      Usuń
    10. To był walkower, a nie "walka". Postęp wżarł się w tkanki tradycyjnych społeczeństw jak choroba zakaźna po chemioterapii - nie napotykając żadnego zorganizowanego oporu.

      A mimo to - wciąż mu daleko do "ostatecznego triumfu". Dlaczego? Dlatego, że choć okazał się nie tyle może silniejszy, co bardziej podstępny - to cele ma sprzeczne z biologiczną naturą człowieka (o czym będę pisał w kolejnych odcinkach tego cyklu). I, nie napotykając oporu zorganizowanego i świadomego wciąż, co pokolenie, sam rodzi sobie wrogów: ludzi, których próbuje przymuszać do robienia rzeczy, na które nie mają najmniejszej ochoty...

      To nie jest darwinowska rywalizacja, w której zwycięzcą jest "najlepiej przystosowany".

      Usuń
    11. Nie ma wiecznych zwycięzców ani wiecznych przegranych. Owe niedobitki chrześcijan radykalizują się, organizują się, zaczynają walczyć o swoje.

      Usuń