Blog główny

piątek, 7 marca 2014

Prawa zwierząt

Jak już chwaliłem się na fejsie, parę dni temu złapałem w wannie mysz. Oddałem ją naszym kotkom. Sylwestra właściwie nie zdążyła zareagować - wylegiwała się właśnie pod Herculesem i małe, piszczące (a swoją drogą: urocze!) stworzonko, które zadrapało ją łapkami po nosie, nie zdołało jej nawet postawić na nogi. Krystyna za to miała sporo zabawy.
 
 
Oczywiście, że mysz cierpiała. Nie mam z tego powodu wyrzutów sumienia. W zdarzeniu uczestniczyły trzy strony: kot, mysz i ja. Kot miał frajdę. Plusik. Mysz cierpiała i została na koniec pożarta. Minusik. Ja podjąłem decyzję - ani specjalnej frajdy nie miałem (choć niewątpliwie zabawa Krystyny z myszą była widowiskiem pełnym gracji: ale Krystyna likwiduje w ten lub podobny sposób 2 - 3 różne gryzonie dziennie - można przyjąć, że pozbawia życia jakieś 1000 różnych istot rocznie...), ani też z całą pewnością nie cierpiałem. Fakt, że udało mi się złapać mysz gołą ręką (choć w sprzyjających okolicznościach) napełnił mnie odrobiną przemijającej satysfakcji. Malutki plusik.
 
 
 
Na jakiej podstawie cierpienie i śmierć myszy mają być "więcej warte" niż frajda i pożywienie kota oraz moja satysfakcja i przyjemność z oglądania pełnych gracji kocich skoków?
 
Bo dla myszy była to "sprawa ostateczna", kres jej ziemskiego bytowania - podczas gdy kot zwiększył swoją frajdę o 1 promil (w ujęciu rocznym)?
 
 
Gdyby przyjąć taki argument, to Fryderyk Wielki wołając do swoich gwardzistów, łamiących szyki na widok zbliżającej się szarży austriackich kirasjerów pod Kolinem: Psy, chcecie żyć wiecznie? - nie miałby racji. A przecież dobrze wiemy, że miał! Jego gwardziści mieli jeszcze mniejszy wpływ na to, że czekała ich rychła i straszna śmierć niż wyżej inkryminowana mysz na to, że znalazła się w kociej paszczy.
 
Ostatecznie - myszy nikt nie kazał włazić do wanny. Wybrała się tam z własnej woli, czy to szukając mydła (które nam notorycznie podjada..), czy to gąbki (którą rozrywa - prawdopodobnie ścieląc w ten sposób gniazdo dla młodych...). Wpadła, bo okazała się niezręczna (lub nadmiernie ciekawska).
 
Gwardziści Fryderyka Wielkiego znaleźli się tam, gdzie się znaleźli, tylko z jednego powodu: mieli pecha urosnąć ponad 180 centymetrów - i dali się złapać (a nie jest łatwo ukryć się w tłumie przerastając o głowę większość sobie współczesnych). Mimo to, oczekuje się na ogół że żołnierze, niezależnie od tego, czy znaleźli się na polu bitwy dobrowolnie (to rzadkie przypadki...), czy pod przymusem - zrobią, co do nich należy. I stać spokojnie w szyku mimo zbliżającej się galopem śmierci to akurat NAJMNIEJSZA z rzeczy, których się od nich wymaga!
 
 
Powyższe przykłady podaję po to głównie, aby wykazać absurdalność tzw. "utylitaryzmu". Osobliwie w ujęciu durnia najwyższego kalibru, niejakiego Jeremiasza Benthama. Zaiste, aż strach cytować, ale nawet i ślepej kurze trafia się ziarno, a całą "filozofię moralności" Benthama najlepiej podsumował Keynes, określając ją jako duch rachunkowości podporządkowujący sobie wszystkie obszary życia.
 
Żeby cokolwiek dawało się z czymś sumować lub odejmować - najpierw musi zostać sprowadzone do jednakowej miary. Jabłka można sumować z jabłkami, ale nie z gruszkami - i odwrotnie. Żeby otrzymać jak największe szczęście największej liczby ludzi (albo wręcz: największej liczby istot żywych - jak u Petera Singera, którego "Wyzwolenie zwierząt" - język wroga trzeba znać - dzięki uprzejmości koleżanki Kiry właśnie studiuję...), musielibyśmy umieć jakoś owo szczęście zmierzyć. Bo tylko wtedy dałoby się rozwikłać takie sprzeczności jak w naszej historyjce ze mną, myszą i kotem - gdy cierpienie jednej istoty jest frajdą dla drugiej!
 
 
Idealistycznie można oczywiście przyjąć, że rozwikływanie takich sprzeczności nas nie interesuje - i od tej pory już żaden kot nie powinien polować i zabijać, bo nie jest mu to przecież do życia potrzebne: da się współcześnie uchować kota na sztucznej karmie, nieprawdaż?
 
Takie podejście to jednak najpoważniejszy gwałt na naturze (rozumianej po prostu jako istniejące w przyrodzie status quo), jaki tylko można sobie wyobrazić! Albowiem ogromna liczba stosunków międzygatunkowych na tym właśnie polega, że jedna strona ma frajdę - a druga cierpi.
 
Tak po prostu już jest. Jak pisałem poprzednio - satysfakcja jakiejkolwiek istoty żywej jest dokładnie ostatnią rzeczą, jaka mogłaby interesować Ewolucję, o ile nie ma znaczenia dla przetrwania gatunku. Bunt przeciw cierpieniu jest zatem buntem przeciw naturze.
 
Jeśli zwolennicy "ruchu wyzwolenia zwierząt" (a przecież wiem dobrze, że nikogo nie przekonam...) ignorują naturę, to znaczy, że ignorują najgłębsze, najbardziej podstawowe filozoficzne fundamenty własnego światopoglądu. Czyż nie opiera się on bowiem na założeniu, że wszystkie zwierzęta są równe, a gatunek homo sapiens ma dokładnie takie same prawa, jak każdy inny?
 
Całkowicie się z tym stwierdzeniem zgadzam! Ba! Wiele razy uzasadniałem, dlaczego nie dostrzegam żadnej istotnej, JAKOŚCIOWEJ różnicy między sobą, a kobyłami, którymi się opiekuję, naszymi kotkami, czy tymi psami, które teraz terroryzują całą okolicę, bo z racji wiosennej aury zebrały się w stada i ganiają po polach suki, a przy okazji zające i sarny.
 
Ale przyjęcie jakiejś zasady oznacza zgodę na WSZYSTKIE konsekwencje, które z niej wynikają, a nie tylko na takie, które nam pasują estetycznie czy retorycznie. Skoro moje prawa niczym nie różnią się od praw moich zwierząt - to niby dlaczego mnie nie wolno zabijać i zjadać innych zwierząt, skoro mój kot czynem codziennie udowadnia, że jak najbardziej - przyznaje sobie takie prawo?
 
Uznanie, że człowiek ma tak naprawdę MNIEJSZE prawa niż inne zwierzęta (im wolno się między sobą zabijać i zjadać, a nam nie wolno) musi ipso facto wynikać ze stwierdzenia lub założenia jakiejś "moralnej wyższości" człowieka nad innymi zwierzętami. A to jest sprzeczność. Bo jeśli "moralna wyższość człowieka nad innymi zwierzętami" ma służyć powstrzymaniu zabijania i zjadania zwierząt - to dlaczego nie może służyć uzasadnieniu tezy całkowicie przeciwnej? Czyż istota "moralnie wyższa" nie ma prawa posługiwać się istotami "moralnie niższymi"..?
 
 
Tezy pana Singera w istocie wiszą w powietrzu i mają całkowicie arbitralny charakter, pozornie tylko podpierając się jakąś filozoficzną argumentacją. Sam Singer przyznaje się do ideowego pokrewieństwa z Benthamem - a widzimy powyżej do jakich praktycznych absurdów prowadzi ten "arytmetyczny" utylitaryzm. Pan Singer za naczelną wartość swojej filozofii, idąc za Benthamem, przyjmuje ideę równości.
 
Faktycznie - GDYBY ideę równości przyjąć za "dobro najwyższe", któremu podporządkowane są wszystkie inne (co, swoją drogą, jest całkowicie ARBITRALNYM wyborem, nie posiadającym żadnego zgoła uzasadnienia...) to, wiedząc o tym, iż nie ma żadnej jakościowej różnicy między człowiekiem a innymi zwierzętami - należy stosowanie tej idei rozciągnąć także na zwierzęta.
 
Tyle, że wtedy dochodzimy do twardej, logicznej konieczności dokonania wyboru. Albo człowiek, będąc równy innym zwierzętom, ma takie samo jak inne zwierzęta prawo zabijać, wykorzystywać dla swojej rozrywki i zjadać swoich "braci i siostry w równości" - albo też, należy tego prawa odmówić wszystkim zwierzętom bez żadnego wyjątku, nawet tym nie trzymanym w domu czy w zoologu, które od biedy można by wykarmić sztuczną, chemiczną karmą z "Pierdonki", ale i żyjącym na wolności lwom czy tygrysom. Tertium non datur!
 
W istocie, problem polega na tym, że człowiek - przynajmniej syty, odziany, ogrzany i pozbawiony poważniejszych życiowych problemów człowiek Zachodu - zdolny jest do odczuwania empatii wobec małej, sympatycznej z pyska i rezolutnej myszki. Podczas gdy nie spotkano jeszcze zdrowego na ciele i umyśle kota, który by taką empatię odczuwał...
 
 
Poza tym - jakoś z natury nie wierzę ludziom, którzy wywód swoich poglądów zaczynają od stwierdzenia, że, cytuję: jesteśmy przeciwko dyskryminacji; (...) złem jest zadawanie niepotrzebnych cierpień innym, nawet jeśli nie należą do naszego gatunku; (...) człowiek eksploatuje zwierzęta bezwzględnie i okrutnie; i że czas z tym skończyć. Ale szczególnymi "miłośnikami" zwierząt wcale nie jesteśmy. Nie pasjonujemy się psami, kotami czy końmi. Nie "kochamy" zwierząt.
 
Oczywiście, "obrońca praw zwierząt" może mi zaraz odpowiedzieć (jako też pan Singer natychmiast to robi!), że i zwolennicy zniesienia niewolnictwa w Stanach Zjednoczonych rzadko byli miłośnikami Murzynów - najczęściej zgoła wprost przeciwnie, trzymali się od nich jak najdalej, a najchętniej, to by ich odesłali z powrotem do Afryki, którego to dążenia pomnikiem jest po dziś dzień państwo o nazwie Liberia.
 
Ale ja się z tym argumentem nie spieram! Bo tak się składa, że jak najbardziej zgadzam się z panem Singerem: istnieje doskonała równoważność argumentów za "równouprawnieniem" Murzynów, kobiet, klasy robotniczej czy zwierząt.
 
Co innymi słowy oznacza, że NIE MA argumentów, które by w sposób logicznie nieodparty zniewalały mnie do opowiedzenia się za tymi ruchami. Wszystkie one bowiem, podpierają się założeniami, które są całkowicie dowolne, arbitralne i niemożliwe do uzasadnienia.
 
Zaś fakt, że pan Singer poświęcił życie "wyzwoleniu zwierząt", a nie odczuwał potrzeby nawiązania emocjonalnej więzi z jakimkolwiek konkretnym zwierzęciem - nisko go stawia w moich oczach jako człowieka. I tyle...

4 komentarze:

  1. Nie rozumiem, jak filozofia może cokolwiek uzasadnić. Czy nie jest to - głównie - historia ludzkiej myśli? Bo jakoś z obserwacją i analizą faktów mi się ta "nauka" nie kojarzy. Podobnie jak teologia czy etyka. Ale może się nie znam...

    Każdy ma swoją moralność. Ale że owe moralności często się ze sobą zgadzają, to i łudzimy się, że są one obiektywnie słuszne. Tymczasem guzik prawda. Dlatego ja w żadne "prawa" nie wierzę. To tylko zbiór arbitralnie ustalonych przepisów.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oczywiście moja moralność jest bliższa Singerowskiej niż Twojej. Która zwycięży? Silniejsza. Jak zwykle... ;)

      Usuń
    2. Nie znasz się. I dlatego tak topornie się z Tobą dyskutuje...

      Usuń
    3. Czekam na oświecenie.

      Usuń