Blog główny

niedziela, 16 marca 2014

Podatki wychowawcze

Pisząc dziś rano o zapomnianych, a rozsądniejszych niż dopłaty narzędziach polityki rolnej zagapiłem się (zmęczony dość skomplikowanym artykułem dla miesięcznika "Gallop", który stworzyłem wcześniej - to jest w ogóle mój debiut w prasie kobiecej, podszedłem do sprawy starannie, a teraz czuję się na dokładkę winny, bo i dla "KT" wypadałoby coś napisać - a tu weny ni ma...). Planowałem ten esej zacząć od omówienia tzw. "podatków wychowawczych", których istniejący obecnie "podatek rolny" jest znakomitym przykładem. I zapomniałem...

Ale może to i dobrze. Jest okazja, aby o problemie podatków pofilozofować trochę szerzej. Być może takie oderwanie się od wysokiej abstrakcji cyklu o oświeceniowych ideach, których nie lubię i Państwu się spodoba..?

Nie jest to zresztą oderwanie radykalne (a będzie chwilowym, bo następny post tutaj planuję o szalonej idei "tolerancji"...). Koncepcja że przy pomocy podatków można celowo wpływać na zachowania ludzi jest jak najbardziej oświeceniowa!

To właśnie wtedy powstała idea "podatku wychowawczego". Zrazu stosowanego głównie w koloniach - ale pomysł się przyjął i generalnie to aż do upowszechnienia się podatków dochodowych i "transferów socjalnych" w okresie bezpośrednio poprzedzającym wybuch I wojny światowej (te dwa zdarzenia nie są bynajmniej od siebie niezależne...) WIĘKSZOŚĆ podatków nakładanych w państwach europejskich rozpatrywano głównie pod kątem ich "wychowawczego" oddziaływania na podatników.


Po 100 latach traktowania podatków "po janosikowemu" trudno nam to może dzisiaj pojąć - ale po to tu jestem, żeby Państwu takie stare, sprawdzone recepty przypominać!

Czym jest, a właściwie - czym miałby być - "podatek wychowawczy"?

"Podatek wychowawczy" to taki podatek, którego zapłacenie zmusza podatnika do zachowań, przynoszących mu w efekcie ekonomiczną korzyść WIĘKSZĄ niż suma zapłaconego podatku.

Ze swej istoty na "podatki wychowawcze" nadają się przede wszystkim podatki majątkowe. Koraniczne 2% od majątku sprawia, że wyznawcy Islamu od wieków znani są z handlowej, rzemieślniczej czy rolniczej zmyślności i przedsiębiorczości. Tylko taki muzułmanin bowiem, który uzyskuje z posiadanego kapitału (obojętnie czy tym kapitałem jest spłachetek pustyni, stary osioł, czy szyb naftowy...) WIĘCEJ niż 2% rocznie - jest w stanie siebie i swoją rodzinę utrzymać.

A przecież trafiają się czasem posiadacze majątków tak wielkich, że już im się NIE CHCE swojego dobra pomnażać. W świecie islamskim taki człowiek w ciągu 50 lat straci cały swój dobytek i stanie się żebrakiem.

Ba! Istnieje liczna, bo w setkach milionów głów liczona populacja ludzi, zwanych umownie "najbiedniejszymi z biednych", którzy - choć na ogół mają dwie ręce i dwie nogi, a nawet jakiś rudymentarny "kapitał" w postaci bodaj pewnych umiejętności - niczego zgoła nie produkują i nie oferują, nawet swojej własnej pracy.


Zwykle przedstawia się to w ten sposób, że ludzie ci są "zmarginalizowani", "upośledzeni" itd. Nie zamierzam Was przekonywać, że dzieje się tak, bo sami tego chcą. Dość, że 150 czy 200 lat temu oświecona, liberalna elita rządząca podówczas cywilizowanymi państwami Europy postrzegała swoich uboższych współobywateli jako urodzonych leni, obiboków i pasibrzuchów którzy, jeśli ich do tego nie przymusić w taki, czy inny sposób - nie zrobią nic ponad to, co absolutnie niezbędne dla nagiego, biologicznego przeżycia.

A przecież oświecona, liberalna elita potrzebowała chętnych do pracy robotników - i to nie mogły być tępe automaty wykonujące na przysłowiowe odpierdol się dwa ruchy kluczem czy śrubokrętem. To jeszcze nie były czasy produkcji taśmowej, żeby coś takiego wystarczyło!


Idea "podatku wychowawczego" miała być odpowiedzią na tę potrzebę oświeconej, liberalnej elity. Podatek tego rodzaju miał ZMUSIĆ leniwych biedaków do tego, aby pracowali ponad niezbędne do przeżycia minimum.

Oczywiście - przyświecała temu humanitarna idea, że w efekcie biedacy ci przestaną być biedni. Jakoż przestali. Cóż z tego - gdy wcale nie przestali uważać się za biedaków..?


Na szczęście, jak się okazuje, pożądanie dóbr materialnych rośnie w miarę ich gromadzenia. Najtrudniej jest zmusić do pracy takich biedaków, którzy nic zgoła nie mają - bo ci nie mają też nic do stracenia (pisałem ongiś o tym, w jaki sposób własność wymusza na właścicielu starania i troskę..!). Kiedy biedacy coś posiądą - natychmiast zaczynają pragnąć więcej. I wtedy "podatki wychowawcze" przestają być potrzebne.

Na szczęście - albo na nieszczęście. "Podatek wychowawczy" jest z całą pewnością zmyślniejszym, rodzącym mniej niekorzystnych skutków ubocznych i precyzyjniejszym narzędziem w rękach gosudarstwa niż dopłaty, zasiłki czy "transfery socjalne".

Może dobrze, że gosudarstwa o tym narządziu zapomniały..?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz