Blog główny

niedziela, 2 marca 2014

Nowe Monachium, czyli gdybym to ja negocjował z Putinem...

Na moim blogu głównym Pan Janusz domaga się korepetycji z historii. Tak się składa, że w zasadzie co miałem do powiedzenia na temat geo-strategicznego znaczenia Niziny Kijowskiej w naszych dziejach, to już dawno napisałem. O tym, że orgazm na punkcie rzekomego "wyzwolenia" Ukrainy jest jednakowoż nieco przedwczesny (ale bez obaw, medycyna zna już terapie pozwalające na wydłużenie przyjemności...), też już pisałem - i to całkiem niedawno.

Jak jednak patrzę na ten kalejdoskop coraz to bardziej sensacyjnych tytułów Onetu - to jednak jedna dodatkowa refleksja jeszcze mi się o Ukrainie nasuwa.

Jakiś czas temu zwierzałem się z moich poglądów na istotę negocjacji handlowych. Przypomnę tylko, tytułem wstępu, że brzydzi mnie taktyka "spalonej ziemi", a zdanie, jakoby "negocjacje były udane, jeśli obie strony wstają od stołu jednakowo niezadowolone", to chyba pierwszy i jedyny, z jakim miałem do czynienia na żywo dowód na to, że Koneczny gdy pisał o "cywilizacji żydowskiej", chyba jednak gdzieniegdzie miał rację: słyszałem to bowiem z ust prawdziwego Żyda, a wydaje mi się opinią horrendalną - bo jakże tak, jeśli obie strony wstają od stołu tak samo niezadowolone - to co, mają z tym niezadowoleniem potem żyć..? Czyż nie byłoby o wiele łatwiej w przyszłości, gdyby wstały od stołu tak samo ZADOWOLONE?

No ale to wymaga na ogół - wyjścia poza schemat, znalezienia jakichś nowych pól współdziałania, stworzenia "wartości dodanej" która skompensuje takie czy inne ustępstwa.


Pierwszym i podstawowym warunkiem udanego kompromisu jest zrozumienie potrzeb i zamiarów drugiej strony.

To jest akurat w polityce łatwiejsze nawet niż w handlu - boż potrzeby politycy mają na ogół stałe, a co najwyżej pojawia się czasem trudność w odszyfrowaniu METODY jaką zamierzają użyć dla ich zaspokojenia.

W tym konkretnym przypadku Putin albo blefuje albo nie blefuje. Jeśli blefuje, to są dwie możliwości:
- rację mają ci spośród komentatorów sytuacji w Kijowie którzy uważają, że cały "przewrót" był pozorowany i władza tak naprawdę pozostaje wciąż w rękach tej samej, pro-rosyjskiej agentury, tyle że występującej pod inną flagą - a blef Putina służy temu, żeby uwiarygodnić nowe kukiełki (jak wiemy, tzw. "Majdan" bynajmniej nie jest politycznym monolitem i np. Tymoszenko, która swoją drogą siedziała w więzieniu m.in. za to, że kradła pieniądze ze sprzedaży rosyjskiego gazu - a trudno sobie wyobrazić, żeby je kradła bez wiedzy Rosjan, nieprawdaż? - jakoś nie została na Majdanie powitana entuzjastycznie...),
- albo rację mają ci spośród komentatorów sytuacji w Kijowie, którzy uważają, że jednak sytuacja wymknęła się spod kontroli - a więc blef ma posłużyć wywarciu nacisku na "Majdan" w celu niedopuszczenia do "banderyzacji" wschodniej Ukrainy i Krymu i utrzymania tamże władzy prorosyjskich elit.

W obu przypadkach najrozsądniej jest nie robić nic. Interweniując w obronie kukiełek Putina na niby atakowanych przez Putina tylko się ośmieszamy. Jeśli zaś nawet nie są to tak do końca kukiełki Putina - to kto nieuprzedzony jest w stanie zaprzeczyć oczywistej prawdzie, że większość mieszkańców Krymu i wschodniej Ukrainy mówi na co dzień po rosyjsku, identyfikuje się z Rosją i Putin zwyczajnie ma rację, broniąc ich przed przymusową ukrainizacją, której można by się spodziewać w razie zagarnięcia pełni władzy przez tak lub inaczej definiowany "Majdan"..?

Oczywiście istnieje też możliwość, że Putin nie blefuje. To by dowodziło desperacji i zaskoczenia na Kremlu. Putin nie blefuje wtedy i tylko wtedy, jeśli zagrożenie dla rosyjskich interesów i rosyjskojęzycznej ludności wschodniej Ukrainy i Krymu jest realne, bezpośrednie i poważne.



Federacja Rosyjska, w odróżnieniu od Stanów Zjednoczonych, Niemiec, czy Polski - aktualnie POSIADA interesy na Krymie i we wschodniej części Ukrainy. Należałoby zatem oczekiwać, że Moskwa będzie dużo bardziej zdeterminowana w obronie swoich interesów istniejących, niż Stany Zjednoczone, Niemcy, czy (jakkolwiek śmiesznie by to nie zabrzmiało...) Polska w obronie interesów potencjalnych, które dopiero ewentualnie mogłyby zaistnieć po wyrzucenia stamtąd Federacji.

Oczywistą oczywistością jest zatem, że z tej konfrontacji zwycięsko powinna wyjść Rosja.

Dochodząc tak szybko do tego rodzaju wniosku nie mamy innego wyjścia, jak tylko podjąć próbę uniknięcia konfrontacji, skoro jest ona z góry skazana na porażkę.

Co zatem powinno być przedmiotem negocjacji w ramach hipotetycznego "Nowego Monachium"?



Przedmiotem negocjacji w "Nowym Monachium" powinno być to, jak zagwarantować nienaruszalność rosyjskich interesów na Krymie i we wschodniej części Ukrainy bez formalnego dzielenia Ukrainy (co oznaczałoby utratę twarzy dla zachodnich - i polskich - polityków, którzy już się w obronę "integralności Ukrainy" zdążyli zaangażować). Ot i wszystko...

8 komentarzy:

  1. w tym przypadku raczej podzielam zdanie Autora,

    ponadto jako Polska to co możemy zrobić najlepszego - to nie robić nic

    jakakolwiek pochopność i nadgorliwość może się tylko dla nas źle skończyć

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Konflikt na Ukrainie może się skończyć albo całkowitym zwycięstwem "Majdanu", albo podziałem tego kraju, albo jakimś kompromisem, dającym rosyjskojęzycznym mieszkańcom tego państwa gwarancje spokojnego życia.

      W pierwszym przypadku - nie ma co liczyć na wdzięczność Ukraińców. Angażowanie się po ich stronie jest zatem szczerym przejawem bezmyślności.

      W drugim przypadku - nie tylko nie ma co liczyć na wdzięczność Ukraińców, ale też: czekają nas gigantyczne koszty, bo nowo powstała "banderowska Ukraina" będzie ssać kasę jak nowo narodzony słonik mleko matki - słonicy.

      W trzecim przypadku - konfliktujemy się z Rosją (co ma konkretne konsekwencje dla bardzo wielu moich sąsiadów eksportujących wołowinę czy jabłka do Rosji...) ZA NIC.

      Skądinąd - w dwóch pierwszych przypadkach też sami NIC z tego mieć nie będziemy, bo całą śmietankę wynikłą z ewentualnego sukcesu i tak wypiją Niemcy...

      Usuń
  2. Witaj Jacku: to co napisałeś jest nie tylko jedynie logiczne ale proste i oczywiste (być może dla tego, że w 100% zgodne z moją oceną przedmiotowej sprawy ). Niemniej jednak zadawnione resentymenty, pseudomocarstwowa buta i jakieś idiotyczne poczucie mesjanizmu karze naszym ( od prawa do lewa ) z masochistyczna przyjemnością pchać paluchy między drzwi w celu osiągnięcia jakże ulubionego przez nas celu czyli dostania w ryj! Do wyboru od Ruskich albo od rezunów, a znając naszą legendarną dyplomatykę od obu łącznie bądź po kolei bądź jednocześnie. Ale cóż widocznie taki nam los pisany.
    pozdrowienia
    grzes
    PS
    tak na marginesie ciekaw jestem skąd wzięło się powszechnie panujące przekonanie, że Rosja nie ma prawa bronić swoich interesów a taka np Burkina Faso ma....

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mieliśmy już w naszych dziejach takiego pana, do tej pory uchodzącego za Męża Opatrznościowego, który za żadne skarby nie chciał iść na Moskwę z białymi Rosjanami, choć dawało to szanse na zwycięstwo m.in. dlatego, że "brutalnie prześladowali wszelkie przejawy życia ukraińskiego" - a parę miesięcy później, choć sytuacja była już beznadziejna, poszedł na Kijów w towarzystwie kilku Ukraińców. Poszedł nie o Polskę walczyć, tylko o Ukrainę. Ukrainę dla Ukraińców, żeby nie było..!

      W rezultacie o włos udało się wyjść z wojny remisem - bijąc się na przedpolach Warszawy (choć można było z takim samym lub lepszym rezultatem bić się pod Orszą czy Smoleńskiem...). A pokolenie później Ukraińcy już się po swojemu odwdzięczyli Polakom za dobre intencje tego pana...

      No ale - czego uczy historia? Historia uczy, że ludzie nigdzie nigdy niczego się z historii nie uczą...

      Usuń
    2. No , bądźmy sprawiedliwi owi biali Rosjanie i ich "adna i nedielimaja" też się jakoś do dokonanego przez onego Pana wyboru przyczynili. Czy ludzie ( ogólnie ) uczą się czegoś z historii nie wiem. Ludzie Polacy nie uczą się na pewno.
      grzes

      Usuń
    3. Tylko w warstwie retorycznej. Denikin twierdził (zgodnie z prawdą), że decydowanie o scedowaniu Polsce terytoriów Imperium Rosyjskiego nie należy do jego kompetencji jako Głównodowodzącego Armii Ochotniczej - i że nie może takich zobowiązań podejmować. Ale realnie - nic nie mógł nam zrobić, a pomysł "białej Rosji" angażującej się po (ewentualnym, krwawym, wyczerpującym i bynajmniej nie ostatecznym) zwycięsrwtie nad bolszewizmem w wojnę z Polską o granice jest absurdalny.

      Tymczasem Lenin ogłaszał "nieważność" traktatów rozbiorowych (jakby to on je zawierał...) - a zarazem w oczywisty sposób dążył do stworzenia "Polskiej Republiki Rad". I co gorsza - miał po temu środki i możliwości (których nie mieliby "biali" - choćby dlatego, że nigdy nie zdobyliby się na taką dozę bezwzględności i obojętności na los zwykłych poddanych, mrących z głodu aby tylko Krasnaja Armia miała co jeść...).

      Ale to prawda: retoryka Denikina, jakkolwiek by nie była umiarkowana i zgodna z prawdą - pomogła Piłsudskiemu usprawiedliwość bierność w drugiej połowie 1919 roku.

      Jest to jednak jednocześnie kolejny przejaw stosowania różnych miar względem różnych sąsiadów. Ukraińcom z "Majdanu" ich antypolska retoryka jest w tej chwili wybaczana automatycznie, a kto o niej bodaj nieśmiało przypomni - zaraz jest ogłaszany "rosyjskim agentem wpływu".

      Usuń
    4. Szczerze pisząc to nie tylko Denikin ale i wcześniej Korniłow i Wrangel i Kołczak. Ale poniechajmy bo pierwsze nie rozbierzemy po drugie nie o to idzie. Ja też jestem zachwycony mierzeniem identycznych działań różną miarką. Jak Ruscy naszych w Katyniu to zwyrodniali ludobójcy i inaczej niż na kolanach nie mają prawa do nas przemawiać. Jak rezuny naszych na Wołyniu to cicho sza, kwiatek mały, a w ogóle to chcieli dobrze ( bo przeciw Rosji przecież ) tylko im troszkę nie wyszło. czy my przypadkiem nie mamy schizofrenii?
      grzes

      Usuń
    5. To raczej mania. Ewentualnie - problemy z autoidentyfikacją..? Niektórym Polakom wydaje się do tej pory, że wystarczy usunąć z "przestrzeni jagiellońskiej" tych paskudnych Rosjan, którzy w niej "mieszają", buntując przeciw nam naszych przyrodzonych braci - a zaraz wszyscy wraz ruszymy w tan, jak nie przymierzając w finałowej scenie "Pana Tadzia" i będziem sobie spijać rosę z dzióbków.

      No i potem to pełne bezradności rozczarowanie, gdy okazuje się, że Litwini czy Ukraińcy nie chcą mieć nic wspólnego z Polską, wcale nas nie uważają za swoich "przyrodzonych starszych braci", a na pomysł, żebyśmy to my robili za wodzireja na wspólnym balu reagują W NAJLEPSZYM RAZIE wzruszeniem ramion...

      Żeby nie popadać w skrajności: wcale też nie jest tak, że nasi "jagiellońscy" sąsiedzi to zaraz jakimś "wrodzonym antypolonizmem" pałają. Po prostu - nie istnieje powód, dla którego mieliby nas kochać. A nam się wciąż wydaje, że taka miłość z ich strony to coś oczywistego - i jeśli się nie przejawia, to tylko dlatego, że jakieś bies im w głowach miesza. Więc: huzia na biesa..! Czy to ma sens, czy nie ma sensu.

      Zoologiczny antyrusycyzm, odruchowa walka ze wszystkim co rosyjskie i odruchowe angażowanie się po stronie dowolnego bandyty, byle tylko - przynajmniej w jakimś momencie swojego życia, żadna konsekwencja nie jest tu bynajmniej wymagana - walczył z Rosją - uchodzą w Polsce za szczyty "strategicznego" pomyślunku...

      Usuń