Blog główny

wtorek, 4 marca 2014

Mit "turańszczyzny"

Dzieła Feliksa Konecznego mało kto czytał. To grube, napisane nieco już archaicznym językiem tomiszcza. Kto by miał na to czas..? Kiedy życie "rumiane jak rzeźnia o poranku" (jako rzecze Klasyk) biegnie i przyspiesza, nie zostawiając ani chwili na wątpliwości..?
 
Nieznajomość dzieł Konecznego nie przeszkadza jednak w używaniu jego terminów jako wyzwisk. Jeśli kogoś: jakiegoś państwa (ościennego lub nie...), jakiegoś przywódcy politycznego, jakiejś partii nie lubimy - możemy go zwyzywać od "nosicieli cywilizacji turańskiej" - i brzmi to prawie równie okropnie, jakby rzeczony był nosicielem syfilisu czy trądu!
 
Jest to oczywiście bzdura. Koneczny nie miał bladego pojęcia o życiu, etyce i historii ludów Wielkiego Stepu i cokolwiek na ten temat napisał - bredził. A ci, którzy teraz bezmyślnie klepią jego terminem swoich wrogów - bredzą do potęgi.
 
Przede wszystkim ludy tureckie, do których chyba (zgaduję...) odnosić się winien Konecznego termin "turańszczyzna" są stosunkowo późnym przybyszem w pisanych dziejach świata. Pierwotnymi mieszkańcami Wielkiego Stepu byli nasi przodkowie i krewni, przynajmniej pod względem językowym (w dyskusje na temat haplogrup wdawać się nie zamierzam...), Indoeuropejczycy. Wszystko przy tym wskazuje na przejęcia przez Turków (Turkutów, Heftalitów, Turkmenów - jak zwał, tak zwał...) istotnych elementów organizacji społecznej i kultury materialnej od koczowników indoeuropejskich (Scytów, Saków).
 
 
Mamy ciągłość hodowli TAKICH SAMYCH koni, przynajmniej w południowej części Wielkiego Stepu - całkiem niezależnie od politycznych i lingwistycznych zawirowań. Niewiele się zmieniło jak chodzi o sposób budowy zarówno miast, jak i koczowisk, używaną broń, taktykę. Nawet owa, tak przez Konecznego nie lubiana nietrwałość związków ponadrodowych wygląda na cechę całkiem niezależną od języka, którym posługują się rodowcy. Sugeruje to zresztą, że jest to cecha wynikająca z ekologii stepowego biotopu, a nie z jakichkolwiek właściwości "etycznych" zamieszkującej go populacji.
 
 
Nie chcę się zresztą nadmiernie na ten temat rozpisywać, bo wygląda na to, że czeka mnie napisanie jeszcze jednego artykułu dla "KT" o Irańczykach. A to dlatego, że Ali, z którym wywiad ukazał się właśnie w numerze marcowym, lepszej jakości zdjęcia zdołał dosłać dopiero w końcu zeszłego tygodnia. Kiedy miesięcznik był już w drukarni. Że są to piękne zdjęcia, szkoda je marnować - to będę miał okazję, aby trochę o Wielkim Stepie się powyzewnętrzniać (a Państwo będziecie to mogli sobie przeczytać w kwietniowym numerze "KT").
 
Jedyna właściwie zagadka, dla której nie widzę póki co żadnego satysfakcjonującego rozwiązania, to religia. Indo-irańscy mieszkańcy Azji Środkowej byli albo zoroastrianami, albo chrześcijanami wyznania nestoriańskiego. Tymczasem po zasiedleniu tego obszaru przez Turków - mimo, że istniała już alternatywa w postaci islamu (religii prostej, zrodzonej w dość podobnym środowisku pustynnym, a koniec końców zwycięskiej na tym obszarze...) - triumfujący okazał się typowo turecki szamanizm (blisko spokrewniony z pierwotnymi religiami ludów syberyjskich). A w samym środku stepowej ekumeny, nad dolną Wołgą, pojawiło się w dodatku takie dziwadło, jak Chanat Chazarski z mozaizmem jako religią panujących elit (karaimi się od nich wywodzą: obszar nad dolną Wołgą ma "coś" w glebie, powietrzu czy w wodzie, co dziwolągi przyciąga - wszak już w czasach nowożytnych zawędrowali tam też i wyznający lamaizm Kałmucy...). Tak, jakby przejmując od ludów wśród których się osiedlali złożoną wiedzę hodowlaną, metalurgię czy też inne technologie - okazali się Turcy niezdolnymi do przejęcia także ich religii. Pojęcia nie mam, jak to możliwe? O czym już zresztą kiedyś pisałem...
 
 
Jest rzeczą oczywistą, że koczownicy Wielkiego Stepu mają i zawsze mieli swoją etykę. Jest to etyka bohaterska, nader podobna do wyznawanej przez bohaterów Homera. Dżygici, ghazi, mudżahedini - dobrze by się czuli w towarzystwie Achillesa, Ajaksa czy Agamemnona. Inna rzecz, że po kumysie, tak samo jak po (słabym i rozwodnionym dodatkowo) winie - pewnie i tak by się wzięli za łby.
 
Taka etyka doskonale służy konnym łucznikom i lansjerom, skorym do popisania się indywidualnym wyczynem, dość przy tym nielicznym i żyjącym w stanie ciągłego zagrożenia katastrofą (starczy byle susza, czy byle klęska wojenna, by wielkie i bogate ordy w krótkim czasie popadły w skrajną nędzę...), a więc - ciągle na krawędzi życia i śmierci. Pokrewieństwo między nami a pierwotnymi mieszkańcami Wielkiego Stepu doskonale wyjaśnia, dlaczego stepowy "styl życia" i dla XVI-to czy XVII-wiecznych "Sarmatów" wydawał się junacki i atrakcyjny.
 
 
Wydaje się zresztą, że duch w narodzie nie ginie - czego triumf "Majdanu", iście kozacki w stylu (a jednak od Ukrainy się nie ucieknie...) najlepszym jest dowodem. Ze wszystkim - traktowanie pojęcia "turańszczyzna" jak wyzwiska to nonsens...

10 komentarzy:

  1. Powitać; w moim odbiorze pisząc o cywilizacji turańskiej Koneczny miał na myśli imperium Mongołów a zwłaszcza skutki jaki pozostawiło ich panowanie na Rusi, w znaczeniu jedynowładztwa monomacha a zwłaszcza traktowania poddanych jako osobistej własności panującego. Co prawda czym toto się co do istoty rzeczy różniło od stosowanego w cywilizacji a jakże chrześcijańskiej osobistej własności poddanych szlacheckich to ja za bardzo nie wiem ( rzecz prosta poza większą u nas ilością właścicieli ) ale na obelgę nadaje się jak najbardziej.
    pozdrowienia
    grzes

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No nie no - poddanego nie sposób traktować jako "osobistej własności" pana. Przynajmniej nie u nas. To o wiele bardziej skomplikowane.

      Usuń
  2. Ależ Jacku: i owszem nie nazywało się toto własnością ( bo to hi,hi niechrześcijańskie ) ale wszelkie cechy własności nosiło. Skoro taki pańszczyźniany był po pierwsze przypisany do "pana" po drugie zbywalny, po trzecie "pan" dysponował prawem do nadpsucia, zniszczenia a nawet unicestwienia pańszczyźnianego to mamy wszelkie atrybuty własności. Nieprawdaż?
    grzes

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. 1. Proszę o praktyczne przykłady owej "zbywalności". W oderwaniu od ziemi oczywiście!

      2. Proszę o praktyczne przykłady owego "nadpsucia" czy "zniszczenia" (inne niż z pruskiej lub austriackiej propagandy oczywiście...).

      Rzecz jest niezmiernie skomplikowana i przy pewnej dozie dezynwoltury można by równie dobrze dowodzić, że to pan należał do swoich chłopów...

      A prawda jest taka, że pojęcie "własności" z Code Civile nie przystaje do rzeczywistości prawa staropolskiego.

      Usuń
  3. Oj przystaje, przystaje aczkolwiek lepsze byłoby może przyrównanie tej instytucji do rzymskiej patria potestas - władzy ojcowskiej niż do posiadania w rozumieniu dzisiejszego prawa cywilnego. Że sprzedaż chłopów bez ziemi zdarzała się rzadko? Nie przeczę ale z przyczyn ekonomicznych a nie prawnych. Przykłady nadpsucia? Ależ proszę bardzo. Weź sobie np. takich RADZIWIŁŁÓW Rybeńkę czy Panie Kochanku, którzy mieli zwyczaj zabawiać się katując bądź urządzając polowania i to nie tylko na własnych chłopów ale i na oficjalistów czy podwładnych. Powiesz, że to nie reprezentatywne bo oba czubki.Zgoda. ALE TEŻ ŻADEN NIE PONIÓŚŁ konsekwencji swoich brewerii. Zresztą samo prawo sądzenia i wymierzania kar poddanym, do kary śmierci włącznie świadczy o stosunku jeżeli nie pełnej to quazi własności na pewno.
    grzes

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Albo do instytucji "mundu" z prawa germańskiego: władzy opiekuńczej (nad dziećmi, kobietami, ludźmi zależnymi).

      Weź poprawkę na niechęć Doumorieza do księcia Karola - niechęć wynikłą z przyczyn dość oczywistych - a to od francuskiego generała pochodzi opis księcia Karola kojącego ból stóp w ciepłych jeszcze wnętrznościach świeżo zaszlachtowanego chłopa...

      Usuń
  4. ty w ogóle wierzysz w jakiś "triumf majdanu"?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Prawdę powiedziawszy: nie mam zdania...

      Usuń