Blog główny

niedziela, 16 marca 2014

Podatki wychowawcze

Pisząc dziś rano o zapomnianych, a rozsądniejszych niż dopłaty narzędziach polityki rolnej zagapiłem się (zmęczony dość skomplikowanym artykułem dla miesięcznika "Gallop", który stworzyłem wcześniej - to jest w ogóle mój debiut w prasie kobiecej, podszedłem do sprawy starannie, a teraz czuję się na dokładkę winny, bo i dla "KT" wypadałoby coś napisać - a tu weny ni ma...). Planowałem ten esej zacząć od omówienia tzw. "podatków wychowawczych", których istniejący obecnie "podatek rolny" jest znakomitym przykładem. I zapomniałem...

Ale może to i dobrze. Jest okazja, aby o problemie podatków pofilozofować trochę szerzej. Być może takie oderwanie się od wysokiej abstrakcji cyklu o oświeceniowych ideach, których nie lubię i Państwu się spodoba..?

Nie jest to zresztą oderwanie radykalne (a będzie chwilowym, bo następny post tutaj planuję o szalonej idei "tolerancji"...). Koncepcja że przy pomocy podatków można celowo wpływać na zachowania ludzi jest jak najbardziej oświeceniowa!

To właśnie wtedy powstała idea "podatku wychowawczego". Zrazu stosowanego głównie w koloniach - ale pomysł się przyjął i generalnie to aż do upowszechnienia się podatków dochodowych i "transferów socjalnych" w okresie bezpośrednio poprzedzającym wybuch I wojny światowej (te dwa zdarzenia nie są bynajmniej od siebie niezależne...) WIĘKSZOŚĆ podatków nakładanych w państwach europejskich rozpatrywano głównie pod kątem ich "wychowawczego" oddziaływania na podatników.


Po 100 latach traktowania podatków "po janosikowemu" trudno nam to może dzisiaj pojąć - ale po to tu jestem, żeby Państwu takie stare, sprawdzone recepty przypominać!

Czym jest, a właściwie - czym miałby być - "podatek wychowawczy"?

"Podatek wychowawczy" to taki podatek, którego zapłacenie zmusza podatnika do zachowań, przynoszących mu w efekcie ekonomiczną korzyść WIĘKSZĄ niż suma zapłaconego podatku.

Ze swej istoty na "podatki wychowawcze" nadają się przede wszystkim podatki majątkowe. Koraniczne 2% od majątku sprawia, że wyznawcy Islamu od wieków znani są z handlowej, rzemieślniczej czy rolniczej zmyślności i przedsiębiorczości. Tylko taki muzułmanin bowiem, który uzyskuje z posiadanego kapitału (obojętnie czy tym kapitałem jest spłachetek pustyni, stary osioł, czy szyb naftowy...) WIĘCEJ niż 2% rocznie - jest w stanie siebie i swoją rodzinę utrzymać.

A przecież trafiają się czasem posiadacze majątków tak wielkich, że już im się NIE CHCE swojego dobra pomnażać. W świecie islamskim taki człowiek w ciągu 50 lat straci cały swój dobytek i stanie się żebrakiem.

Ba! Istnieje liczna, bo w setkach milionów głów liczona populacja ludzi, zwanych umownie "najbiedniejszymi z biednych", którzy - choć na ogół mają dwie ręce i dwie nogi, a nawet jakiś rudymentarny "kapitał" w postaci bodaj pewnych umiejętności - niczego zgoła nie produkują i nie oferują, nawet swojej własnej pracy.


Zwykle przedstawia się to w ten sposób, że ludzie ci są "zmarginalizowani", "upośledzeni" itd. Nie zamierzam Was przekonywać, że dzieje się tak, bo sami tego chcą. Dość, że 150 czy 200 lat temu oświecona, liberalna elita rządząca podówczas cywilizowanymi państwami Europy postrzegała swoich uboższych współobywateli jako urodzonych leni, obiboków i pasibrzuchów którzy, jeśli ich do tego nie przymusić w taki, czy inny sposób - nie zrobią nic ponad to, co absolutnie niezbędne dla nagiego, biologicznego przeżycia.

A przecież oświecona, liberalna elita potrzebowała chętnych do pracy robotników - i to nie mogły być tępe automaty wykonujące na przysłowiowe odpierdol się dwa ruchy kluczem czy śrubokrętem. To jeszcze nie były czasy produkcji taśmowej, żeby coś takiego wystarczyło!


Idea "podatku wychowawczego" miała być odpowiedzią na tę potrzebę oświeconej, liberalnej elity. Podatek tego rodzaju miał ZMUSIĆ leniwych biedaków do tego, aby pracowali ponad niezbędne do przeżycia minimum.

Oczywiście - przyświecała temu humanitarna idea, że w efekcie biedacy ci przestaną być biedni. Jakoż przestali. Cóż z tego - gdy wcale nie przestali uważać się za biedaków..?


Na szczęście, jak się okazuje, pożądanie dóbr materialnych rośnie w miarę ich gromadzenia. Najtrudniej jest zmusić do pracy takich biedaków, którzy nic zgoła nie mają - bo ci nie mają też nic do stracenia (pisałem ongiś o tym, w jaki sposób własność wymusza na właścicielu starania i troskę..!). Kiedy biedacy coś posiądą - natychmiast zaczynają pragnąć więcej. I wtedy "podatki wychowawcze" przestają być potrzebne.

Na szczęście - albo na nieszczęście. "Podatek wychowawczy" jest z całą pewnością zmyślniejszym, rodzącym mniej niekorzystnych skutków ubocznych i precyzyjniejszym narzędziem w rękach gosudarstwa niż dopłaty, zasiłki czy "transfery socjalne".

Może dobrze, że gosudarstwa o tym narządziu zapomniały..?

piątek, 14 marca 2014

Idea postępu

Idea postępu pozornie narzuca się jako oczywistość. Jak można wątpić w postęp, skoro nowy telefon komórkowy ma więcej funkcji niż stary, a żyją nawet jeszcze między nami ludzie tak starzy i zgrzybiali (jak np. piszący te słowa), którzy pamiętają czasy, gdy nie tylko telefonów komórkowych z Androidem, ale w ogóle żadnych nie było? Ba! Którzy pamiętają nawet te zamierzchłe czasy, gdy nie było internetu...
 
Tak, tak! Wam, Drodzy Czytelnicy, może się to wydawać legendą - ale naprawdę były takie czasy, gdy ludzie zamiast wysyłać maile pisali listy, a o Mordoksiążce nikt nawet nie słyszał...
 
 
Ale - dość dygresji. No więc - jak to jest z tym "postępem"..?
 
Po pierwsze - oczywistość poczucia, że dziś jest "lepsze" niż wczoraj, a jutro będzie "lepsze" niż dzisiaj to stan relatywnie niedawny. Nie tylko zmurszałe pergaminy czy inskrypcje we wnętrzach piramid świadczą, że przez ogromną większość dziejów człowiek na ogół spodziewał się po przyszłości samego najgorszego, a swoją teraźniejszość postrzegał jako gorszą od przeszłości.
 
Jeszcze mój dziadek był tego samego zdania. I w zasadzie, miał rację - w porównaniu bowiem, do stanu przedwojennego, PRL w bardzo wielu trywialnych aspektach życia przedstawiał się jako trwałe pogorszenie...
 
Po drugie - idea postępu bynajmniej nie narodziła się jako efekt doświadczenia. Idea ta, podobnie jak omawiane wcześniej, idea równości i idea wyzwolenia, została zaprojektowana, wymyślona, przez XVIII-wiecznych "filozofów". W gruncie rzeczy pomysł, że jutro ma być lepsze od dnia dzisiejszego, a dzisiaj lepsze jest od wczoraj - to najbardziej rewolucyjny ze wszystkich koncepcji tej smutnej bandy!
 
W imię postępu możliwa i dopuszczalna jest każda zbrodnia: no bo skoro dokonuje się postępu dla "lepszej przyszłości", a ta w chwili obecnej w żaden uchwytny sposób nie istnieje i nie da się zweryfikować, czy istotnie będzie czy nie będzie lepsza - to, hulaj dusza, piekła nie ma, co byśmy nie zrobili - wszystko da się uzasadnić!
 
Jednocześnie przekonanie, iż przyszłość będzie lepsza od teraźniejszości, a teraźniejszość jest lepsza od przeszłości uwalnia władze od konieczności liczenia się z tradycją (w gruncie rzeczy wraz z upowszechnieniem się idei postępu pojęcie tradycji straciło sens - a  z pewnością: straciło swoją niegdysiejszą nobliwość i moc przekonywania...). Może zatem realizować swoje doraźne koncepcje bez jakichkolwiek zahamowań czy względów na osoby, zwyczaje lub przedmioty. Opisywałem dawno temu w jaki sposób został wykreowany postęp w dziedzinie urbanistyki na ten przykład...
 
 
 
Po trzecie wreszcie, o ile trudno zaprzeczyć, że w dziedzinie gadżetów technicznych istotnie te nowsze są na ogół lepsze od starszych (choć, jak byście chcieli mi podarować najnowszą wersję tzw. "terenówki", to bym grzecznie podziękował i pozostał przy moim 23-letnim Patrolu - jak do tej pory lepszego samochodu nikt nie zbudował, a po co mi gorszy..?) - o tyle mechanizm przeniesienia tej samej oceny z gadżetów na poglądy, obyczaje czy sposób życia, pozostaje moim zdaniem co najmniej mocno niejasny!
 
No bo nawet zakładając, że nie tylko gadżety mamy coraz to wymyślniejsze, ale i w coraz większym stopniu opanowujemy dostępne źródła energii, przejmując tym samym faktyczną kontrolę nad otoczeniem (co powinna mierzyć tzw. "skala Kardaszewa") - to czy z tego wynika, że jesteśmy mądrzejsi, lepsi moralnie czy choćby tylko lepiej zorganizowani od naszych przodków?
 
No czy ja wiem? Przetransportowanie 80-tonowego monumentu dzisiaj wymaga tylko wynajęcia odpowiedniego dźwigu. Krajowcy z Wyspy Wielkanocnej, robiąc to samo ręcznie i nawet żadnych zwierząt pociągowych nie używając - musieli jednak nieco przedtem pomyśleć.
 
 
Dowodów na istnienie jakiegoś "postępu moralnego" ja bynajmniej nie dostrzegam. Być może rację miał Boy-Żeleński twierdząc, że dawniej ludzie mieli mniej kultury - ale byli szczersi. Z pewnością praktyczne funkcjonowanie w tzw. "świecie rozwiniętym" wymaga obecnie posługiwania się hipokryzją na skalę wcześniej rzadko spotykaną.
 
Robiąc zwykły, ordynarny biznes nie wystarczy już wykazać się drapieżnością i zdolnością podejmowania skalkulowanego ryzyka. Trzeba jeszcze demonstrować na prawo i lewo "wrażliwość społeczną", tudzież "dbałość o środowisko", "prawa gejów i lesbijek", itp., itd. - a to wszystko z obawy przed różnymi filutami którzy, wypisując sobie na sztandarach  takie lub inne hasła, skorzystają z każdego pretekstu, aby tylko skroić naiwnego lub nieostrożnego na kasę. Czemu niewątpliwie bezprecedensowa łatwość rozpowszechniania plotek i pomówień w "erze informatycznej" sprzyja.
 
Nie można już obecnie zwyczajnie i prostodusznie napaść słabszego sąsiada i odebrać mu kawałka plaży z winnicą - trzeba to robić "chroniąc interesy ludności" i koniecznie - "w odpowiedzi na jej spontaniczne żądania".
 
Pamiętając, co napisał swego czasu Stanisław Leszczyński, a mianowicie, iż hipokryzja jest hołdem, jaki występek składa cnocie - być może faktycznie JAKIŚ postęp i w dziedzinie moralnej miał miejsce, skoro dawniej ludzie i państwa nie krępowały się robić tego otwarcie i bez pretekstów.
 
 
Skądinąd jednak - nie popadajmy przedwcześnie ani w panikę, ani w nadmierny entuzjazm! Nie raz już tak bywało, że syty i zadowolony z siebie poszukiwał jakiejś racji dla swego dobrego losu. Racji moralnej, która by mu pozwoliła patrzeć prosto w oczy głodnych i niezadowolonych.
 
Takimi racjami dawniej bywała "wola Boża", "wyższość kulturowa" czy nawet "wyższość rasowa".
 
Obecnie bogate i syte społeczeństwa Zachodu usprawiedliwiają swoje wygodne bytowanie demokracją, tolerancją, prawami człowieka - że niby dlatego są syte i bogate, bo są demokratyczne, tolerancyjne i szerzą w świecie wiarę w prawa człowieka.
 
Nie postawiłbym złamanego grosza na to, że faktycznie tak jest (pełno też przecież wyjątków - społeczeństw które nie są ani demokratyczne, ani tolerancyjne, ani nie respektują praw człowieka, a przecież - są bogate lub szybko się dorabiają!). Ale ludzie chcą w to wierzyć - bo dzięki temu widok głodnych Murzynów w tv przy kolacji nie burzy im pracy jelit.
 
Całkiem zatem możliwe, że cały ten "postęp moralny" (a w rzeczy samej - cała ta hipokryzja współczesnego życia...), to zjawisko ulotne, przejściowe i czysto retoryczne...
 
Nie sposób też stwierdzić TERAZ, że i ów czysto techniczny postęp, któremu przecież nie zaprzeczam, jest  i będzie w rzeczy samej zjawiskiem trwałym. Silentium Universi w każdym razie - przynajmniej powinno nam dawać do myślenia! Być może bowiem cywilizacje techniczne, takie jak nasza, z reguły giną z takich lub innych przyczyn - albo coś sprawia, że nie osiągają poziomu rozwoju, który by umożliwiał (widoczną dla nas w obserwacji!) międzygwiezdną komunikację.
 
 
Dyskusji nad problemem bomby megabitowej jak sądzę, poświęcę jeszcze w przyszłości oddzielny wpis.
 
O ile, rzecz jasna, będzie jakaś przyszłość..?


środa, 12 marca 2014

Idea wyzwolenia

Idea wyzwolenia nie jest tak często jak idea równości explicite wypisywana na sztandarach. Aczkolwiek "wyzwoleńcza" retoryka była i jest popularna, osobliwie wśród ugrupowań terrorystycznych (różne "ludowe armie wyzwolenia") oraz radykalnych "ekologów" ("ruch wyzwolenia zwierząt").
 
Nie należy mylić ideologii "wyzwoleńczej", z ideologią "wolnościową". Pojęcie "wyzwolenia" jest znacznie szersze od pojęcia "wolności", przynajmniej w sferze politycznej, dotyczy bardzo specyficznego zakresu problemów, a nader często - pozostają te dwie idee w sprzeczności.
 
Idea wyzwolenia to najczęstszy sposób, w jaki konkretyzuje się romantyczna "ideologia czynu" - a więc, taka postawa, która nade wszystko ceni sobie aktywność, czyn, parcie naprzód - negatywnie zaś ocenia refleksję, bierność, wyczekiwanie (dla porządku należy dodać, że istniała także konserwatywna wersja "ideologii czynu", charakterystyczna przede wszystkim dla międzywojennych Włoch i Niemczech - ruch "konserwatywnych rewolucjonistów": była to jednak intelektualna perwersja i źle się skończyła...).
 
 
W pewnym sensie jest ideologia czynu politycznym odpowiednikiem taktyki napoleońskiej (w jej najprostszym, najbardziej prymitywnym ujęciu, które brzmi: znaleźć najsilniejszą kolumnę nieprzyjaciela - i zniszczyć ją...). Jej entuzjastom, a jest ich legion, warto jednak od czasu do czasu przypomnieć, że Bonaparte przegrał. Sun Zi, o ile nam wiadomo, nigdy nie przegrał ani bitwy, ani wojny...
 
Bardzo łatwo jest stawiać zarzuty zwolennikom idei wyzwolenia - przede wszystkim dlatego, że koncentrując się na dążeniu do natychmiastowego zniesienia tej (prawdziwej lub rzekomej) niesprawiedliwości, która ich boli, programowo odrzucają jakąkolwiek refleksję nad skutkami proponowanych działań. Nieodmiennie też idą przed siebie na ślepo, atakując problem frontalnie i najbardziej prymitywnymi środkami. Jeśli boli ich niewolnictwo - postulują formalny zakaz posiadania niewolników (ani się zastanawiając, co ze sobą poczną tak nagle wyzwoleni...). Jeśli boli ich cierpienie zwierząt - prostodusznie domagają się zakazu ich hodowli (ani przez chwilę nie myśląc o skutkach tego kroku).
 
Niestety, łatwość intelektualnego triumfu nad zwolennikiem "idei wyzwolenia" na ogół nie przekłada się na jakiekolwiek praktyczne konsekwencje. Jest to ruch antyintelektualny z założenia - trudno zatem, by jego zaprzedani zwolennicy przejęli się porażką w debacie (zakładając, że w ogóle zdołają zauważyć, iż przegrali - to też wymaga odrobiny rozumu...). Dla szerszej publiczności zaś, niespożyty aktywizm zwolenników idei wyzwolenia jest argumentem sam w sobie - i to takim, z którym nie sposób dyskutować.
 
 
Dlatego właściwie jedynym skutecznym sposobem walki z ideą wyzwolenia jest zabijanie jej zwolenników. Niestety: sposób, który sprawdził się na tylu frontach i tyle różnych "ludowych armii wyzwolenia" pozwolił spacyfikować, przez splot dziwnych przesądów pozostaje poza zasięgiem, gdy chodzi o "działania wyzwoleńcze" tylko ciut mniej radykalne niż podkładanie bomb czy podrzynanie gardeł. Np., za zakazem hodowli określonych gatunków zwierząt wolno agitować, a agitatorów nie tylko zabijać, ale nawet i bić nie wolno. Co jest jawną niesprawiedliwością: skoro bowiem są nie do pokonania argumentami rozumowymi, bo ich nie rozumieją, to pozostaje tylko kwestią czasu, kiedy osiągną swój cel - zawsze będą przecież bardziej ekspresyjni, łatwiejsi do "sprzedania" w telewizji, od obrońców status quo.
 
Powyższa konstatacja jest fundamentem mojego pesymizmu. Być może należałoby w związku z tym przejąć metody wrogów i powołać jakiś "front wyzwolenia człowieka" - aktywnie, bezpośrednio walcząc z dyskryminacją ludzi normalnych przez zboczeńców, złodziei, oszustów, aferzystów i miłośników życia na cudzy koszt.
 
Mimo wszystko jednak - taki pomysł napełnia mnie głęboką odrazą. Być może jest to odraza czysto estetyczna, więc o znikomym znaczeniu - ale cóż ja na to poradzę, biedny miś..?
 
W rzeczywistości, obawiam się, że takie przejęcie metod wroga skończyłoby się podobną porażką, co pomysły Ernsta Jungera czy Gabriela d'Annuzio 80 lat temu: niespożyty aktywizm szeroko rozumianej lewicy, w takiej czy w innej formie, pozwoliłby jej i tak przejąć impet takiego hipotetycznego ruchu i wykorzystać go do własnych celów.
 
 
Bardzo, bardzo dawno temu, za siedmioma morzami i siedmioma górami, były sobie pewne czysto intelektualne powody, dla których nasi "ulubieńcy", czyli tzw. "filozofowie" tzw. "wieku oświecenia" zdecydowali się wybrać aktywizm, a więc - stworzyć ideę wyzwolenia.
 
Owe intelektualne powody zasadzały się na błędzie poznawczym - i na niczym nieuzasadnionym optymizmie. Błąd poznawczy - to zapoznanie prawdziwej natury instytucji organizujących życie społeczne człowieka. W wieku XVIII dostrzegano w tych instytucjach TYLKO kulturową konwencję.
 
Wysnuto w związku z tym wniosek, że skoro działanie owych instytucji nie tylko nie zapobiega frustracji i krzywdzie, ale zdaje się wręcz ową frustrację (w pewnych, przynajmniej, aspektach) powodować - to, znakiem tego, instytucje należy zmienić lub znieść.
 
Zarazem niczym nieuzasadniony optymizm podpowiadał tak błądzącym, że starczy samo tylko zniesienie instytucji - bo przecież "prawdziwa natura człowieka", przez owe instytucje tłamszona i krępowana, musi być "w swojej istocie dobra i mądra".
 
Podjęli tedy "filozofowie" trud zniszczenia cywilizacji, którą osądzili jako "zło" i "źródło zła" - spodziewając się po jej zniszczeniu odkryć "naturę", pojmowaną jako "dobro" i "źródło dobra".
 
Trud ten kontynuują po dziś dzień ich ideowi następcy. I tak np. ideologia "gender" jest próbą dekonstrukcji (zniszczenia), kulturowo definiowanych ról i tożsamości płciowych w nadziei, że cokolwiek odrodzi się na zgliszczach będzie - pod nieobecność restrykcji i wzorców - źródłem powszechnego szczęścia i braku zahamowań.
 
W rzeczywistości skutkiem "wyzwolenia kobiet" jest stan zgoła odwrotny - no ale, cóż? Dlaczego ruch z założenia antyintelektualny ma się przejmować faktem, że u jego podstaw leżą: błąd i urojenie..?

poniedziałek, 10 marca 2014

Idea równości

To jedna z najpopularniejszych i najbardziej nośnych z całego katalogu możliwych "dóbr najwyższych", wedle których rozmaici konstruktywiści usiłują zmieniać świat.

Zwolennicy uznania idei równości za "dobro najwyższe" wywodzą jej genezę od szlachetnego odczucia empatii. Wspominałem już o Jeremiaszu Benthamie. Ten filozof za równe uważał wszystkie istoty zdolne do cierpienia. To bardzo piękne!

Tyle, że nieprawdziwe. Podstawą sukcesu ruchów równościowych nie jest empatia, tylko zawiść. Szczegółowo omawia to zagadnienie Helmut Shoeck w książce "Zawiść. Źródło agresji, destrukcji i  biedy", przetłumaczonej przez naszego blogowego kolegę Iuliusa (które też, dzięki Jego uprzejmości, miałem możliwość przestudiować).

Zawiść jest jedną z najbardziej pierwotnych sił psychicznych, istniejących w praktycznie każdej społecznej istocie żywej dysponującej nieco tylko bardziej rozwiniętym ośrodkowym układem nerwowym.

Opowiadałem o praktycznych trudnościach jakie koniecznie trzeba rozwiązać prowadząc bezstajenny chów koni: konie zachowują się między sobą jak przedszkolaki - każda oznaka zainteresowania jednym z nich, a osobliwie - obdarowanie go czymś do jedzenia - natychmiast prowokuje zawistną reakcję pozostałych.

Dlatego karmę należy rozdzielać w ściśle określonej kolejności, wynikłej z miejsca poszczególnych osobników w hierarchii władzy, należy to robić szybko i każdemu po równo - jeśli nie chce się doprowadzić do burdy, w czasie której pójdą w ruch zęby i kopyta.

 
Prawdopodobnie Natura nie mogła tego inaczej rozwiązać. Zwierzęta stadne nie wykazujące zawiści, nie rywalizowałyby między sobą o przywództwo - a zatem, ustałaby selekcja "najlepszych możliwych kandydatów na szefa", a co za tym idzie - bezpieczeństwo stada, zawisłe od przytomności umysłu i doświadczenia jego przywódcy, byłoby zagrożone. Jest to silna przesłanka pozwalająca sądzić, iż gatunki nie wyposażone w naturalną tendencję do zawiści wyginęły.

Problem polega na tym, że u ludzi powodem do zawiści może być cokolwiek. Nie tylko takie zachowanie faktyczne drugiego osobnika, które w jakiś sposób rzeczywisty lub domniemany zmniejszają zasoby dostępne zawistnikowi - ale jakikolwiek przejawy wyższości drugiego człowieka. Nawet najbardziej niewinne i w żadnym stopniu nie mogące naruszyć interesów zawistnika.

Ilu zawistnych wrogów mieli najcnotliwsi ze świętych - tylko dlatego, że swoim przykładem naruszali dobre samopoczucie współplemieńców..? Czyż może być coś absurdalniejszego niż zawiść o cudzą urodę - jakże powszechna wśród kobiet? Zawiść o osiągnięcia naukowe - wśród uczonych?

 
A jednak! Takie i inne, jeszcze bardziej absurdalne powody do zawiści spotykamy na każdym kroku.

Wykorzystanie zawiści jako siły nośnej dla ruchu politycznego było genialnym posunięciem XVIII-wiecznych "filozofów". W ten sposób:
  1. Zyskali pole działania, którego nie mógł w praktyce wykorzystać żaden z ich wrogów - ani Kościół (piętnujący zawiść jako grzech i dążący do ograniczenia oddziaływania zawiści na życie społeczne), ani tradycyjna monarchia (która dlatego m.in. była "tradycyjna", że już wieki wcześniej zdołała się wznieść poza zasięg zawiści swoich poddanych - i zwyczajnie straciła czujność wobec jej przejawów, przez tak długi czas z nimi się nie spotykając...).
  2. Zyskali możliwość mobilizowania wielkich mas ludzi - albowiem mało kto jest całkiem wolny od zawiści - osobliwie, gdy może się jej oddawać pozornie uprawiając cnotę!
  3. Stworzyli warunki w których każde, nawet najbardziej chwilowe zwycięstwo "ruchu równościowego", okazywało się w praktyce nieodwracalnym - a to dlatego, że prosty lud, gdy raz jeden poczuł się panem sytuacji, przez wzgląd na palącą go zawiść nie był w stanie zapomnieć tego triumfu i wybaczyć jakkolwiek rozumianym "klasom wyższym" ich "wyższości"...
Wydawałoby się, że po 200 latach nieprzerwanego pasma triumfów, strategia oparta na wyzyskiwaniu do granic możliwości zawiści, osiągnęła kres swoich zastosowań. Mógł "lud", kierując się zawiścią, obalić władzę arystokracji i królów. Mogli "kolorowi", kierując się zawiścią, wywalczyć dla siebie przywileje wcześniej zarezerwowane tylko dla białych. Mogły kobiety zdobyć prawo głosu przez zawiść wobec mężczyzn posiadających je wcześniej.

Ale - czy mniejszość zboczeńców jest w stanie wywalczyć sobie "małżeństwa" i inne przywileje kosztem heteroseksualnej większości? Czy ma szansę zaistnieć w szerszej skali ruch "równowościowy", walczący o "prawa zwierząt", skoro same zwierzęta z pewnością nie przejawiają zawiści względem człowieka..?

Niestety, okazało się, że i na to jest rada. Wprawdzie zboczeńcy sami w sobie stanowią nikłą mniejszość, a zwierzęta w ogóle nie angażują się politycznie - ale to nie znaczy, że walka o ich rzekomą "równość" jest obojętna dla (sytej, pozbawionej realnych problemów i kłopotów...) większości!

Angażując się "po stronie uciskanej mniejszości", a także "niemych i uciśnionych" zyskują bowiem syci mieszczanie psychiczny komfort bycia "lepszym", "bardziej wrażliwym", "bardziej postępowym" - a to znakomity sposób na pognębienie tego wrednego sąsiada spod piątki, który z pewnością jest wstecznym homo- i zwierzofobem, skoro ma ładną żonę i skórzaną tapicerkę w samochodzie...
 
 
Jest też oparta na zawiści idea równości swoistym "politycznym perpetuum mobile". Jest rzeczą oczywistą i nie wymagającą komentarza, że społeczeństwa "wolnego od zawiści", a więc takiego, w którym wszyscy i pod każdym względem będą wobec siebie równi, zaprojektować i zbudować się nie da. Zawsze znajdzie się jakiś powód do zawiści! Tak naprawdę, jak pisze Herr Schoeck, a ja mu wierzę - im mniejsze różnice między ludźmi, tym więcej powodów do zawiści.
 
To zrozumiałe: trudno, będąc zwykłym polskim bezrobotnym odczuwać zawiść wobec Billa Gates'a. Nie ta skala, nie ta liga. Ale wobec sąsiada, któremu powodzi się tylko trochę lepiej..?
 
Im bardziej "wyrównane" jest społeczeństwo, tym więcej w nim zawiści. To prawie jak ze Stalina teorematem o zaostrzaniu się walki klasowej w miarę postępów socjalizmu! Tym samym - im większe triumfu święci idea równości - tym większy na nią popyt wśród coraz to bardziej ogarniętych zawiścią ludzi.
 
 
Co więcej: kolejne triumfy "idei wyzwolenia" (o której będzie traktował następny wpis z tego cyklu) sprawiają też, że zawiść ujawniana jest coraz powszechniej i otwarciej. Dawniej ludzie wstydzili się przyznawać do odczuwania zawiści. Ale ten mechanizm inhibitujący ekspresję zawiści miał czysto kulturowy charakter. "Nowoczesne" wychowanie, starając się wpajać w młodego człowieka jak najmniej wstydu, podminowuje go tedy i otwiera drogę do niczym nieskrępowanego ujawniania tej cechy.
 
Trudno powiedzieć, czy takie postępowanie naszych wrogów ma jakiś naturalny kres. Jak już  zostało wspomniane powyżej, zawiść to naturalna energia psychiczna, która w małych dawkach przynosi ewolucyjnie korzystne efekty - stymulując wewnątrzgatunkową rywalizację. W dużych dawkach jest to energia niszcząca. Ludzie, zamiast robić cokolwiek konstruktywnego, biorą się za łby.
 
Prawdopodobnie powyżej pewnego progu ekspresja zawiści prowadzi do rozpadu więzi społecznych. Ale to jest tylko hipoteza. Może się sprawdzić lub nie. Trudno sobie wyobrazić przy tym inny eksperyment, niż przerobienie tego in vivo, aby ów graniczny próg niszczącej zawiści wyznaczyć (eksperyment na małych grupach społecznych nie musi dawać rezultatów ważnych dla grup dużo liczniejszych). Jak do tej pory nigdy czegoś takiego przeprowadzić się nie udało - zwykle bowiem, nim doszło do kolapsu, ludzie zapominali o "idei równości" i radośnie zatracali się w swoim instynkcie stadnym, idąc za takim lub innym wodzem, równi już nie w rzekomej empatii, a w posłuszeństwie. Być może TO WŁAŚNIE jest naturalny mechanizm zabezpieczający..? 

sobota, 8 marca 2014

Znaczenie idei

Idee mają konsekwencje. Zwłaszcza w świecie współczesnym. Świat, który znamy z własnego doświadczenia tym się bowiem różni od ancient regime, że ogromna większość praw, które w nim obowiązują najpierw stanowi teoretyczną propozycję, opartą o jakąś ideę, a dopiero potem wcielana jest w życie. 

Dawniej - kodyfikowano utrwalony zwyczaj, oparty na doświadczeniu, a jedyną siłą w miarę konsekwentnie wpływającą na rzeczywistość społeczną w myśl pewnej określonej koncepcji mówiącej, jak ten świat powinien wyglądać, był Kościół. Przy czym koncepcja ta była na tyle nieostro określona, że dopuszczała niemal nieskończoną liczbę lokalnych wariantów i stopni pośrednich między "stanem całkowicie nieakceptowalnym", a "stanem idealnym". Nawet wielożeństwo zanikało w nowo chrystianizowanych krajach całymi stuleciami. Znane są przykłady pruskich czy łotewskich wielmożów którzy, będąc poddanymi rycerskich zakonów (krzyżackiego czy inflanckiego), a czasem nawet biskupów, utrzymywali w 200 lat po formalnej chrystianizacji swojego kraju całkiem tradycyjne haremy z kilkunastu nałożnic - i żadne ich z tego powodu nie spotykały przykrości. Brak też dowodów na jakiekolwiek prześladowania dawnych, pogańskich kultów, które też, wśród prostego ludu, przetrwały niemal nietknięte, co najmniej do wieku XVI. 


Osobiście uważam zresztą, że tak naprawdę do chrystianizacji polskiego ludu - nie doszło NIGDY. Nawet bowiem, jeśli przyjął on, po tysiącleciu cierpliwej indoktrynacji, katolicki ceremoniał - to nikt nigdy nawet nie próbował wymagać odeń prawdziwie katolickiej moralności. Co wynikło m.in. z faktu, że w jakiś czas po rozbiorach nasz lokalny Kościół porzucił w praktyce swą rzymską obediencję (lubo zachował jej zewnętrzne oznaki...), na pierwszym miejscu stawiając nie Boga - lecz polskość, traktowaną z religijną żarliwością, na którą z całą pewnością NIE zasługuje! Ale mniejsza z tem - tym tematem może zajmę się kiedyś osobno...

Filozofowie tzw. "wieku oświecenia" nie byli ani w części tak cierpliwi i tolerancyjni jak biskupi tzw. "wieków ciemnych". Domagali się realizacji swoich koncepcji tu i teraz, w całości i bez żadnych kompromisów. Wiele razy ich słuchano - a jeśli wynikały z tego stosy trupów, nie brakło im uczniów skłonnych do zaakceptowania tej ceny.

Idee mają konsekwencje. Najczęściej są to konsekwencje niechciane i zgoła nie przewidziane przez ich twórców. Nie może nas to jednak zwolnić z obowiązku poznania idei - często bowiem już sam sposób argumentacji używanej dla jej uzasadnienia i obrony, może nas ostrzec przed niejednym dyabelstwem, które nas czeka.

Nieprawdą jest bowiem, że w życiu społecznym "ścierają się" jakieś "moralności" i "wygrywa najsilniejsza". To bzdurny, wyidealizowany obraz, wynikły z ignorancji!

Osnową życia społecznego są pewne utrwalone zachowania (w socjologii takie utrwalone zachowania noszą nazwę "instytucji" - nie mylić z urzędami państwowymi!), które homo sapiens odziedziczył po swoich zwierzęcych przodkach i które dzieli z całą masą innych zwierząt, rozwijając po swojemu.

Do takich "naturalnych" (w takim sensie "naturalnych", że nikt ich nigdzie nie wymyślał, tylko powstały same z siebie - i nikt ich początku nie pamięta i pamiętać nie może) instytucji należą: własność (instytucja wspólna wszystkim zwierzętom terytorialnym), władza (instytucja wspólna wszystkim zwierzętom społecznym, których zachowanie nie jest w pełni determinowane przez instynkt), rodzina (instytucja charakterystyczna dla pewnych gatunków zwierząt, w tym sporej części małp naczelnych).


Żadna biologiczna konieczność nie powoduje, że własność musi przybierać formę aktów hipotecznych, ani nawet tego, że musi to być - jak w prawie rzymskim - własność wyłączna, zupełna i absolutna. Tedy form własności powstało w różnych ludzkich kulturach tysiące. Nie słyszałem jednak o kulturze, która by w ogóle nie znała prawa własności - a to, że się dawnym badaczom takowe zwidywały, to efekt ich ideologicznej predeterminacji i braku spostrzegawczości.


Żadna biologiczna konieczność nie powoduje, że władza musi być demokratyczna, autokratyczna, obieralna, dziedziczna - to są konkretyzacje naszego pierwotnego instynktu stadnego, w żaden szczególny sposób przez ten instynkt nie determinowane i może ich być zapewne dużo więcej niż znamy z podręczników historii.


Żadna biologiczna konieczność nie przesądza o tym, że rodzina monogamiczna jest lepsza lub gorsza od poligamicznej, czy jakiejkolwiek innej - ale tak, czy inaczej, ludzie łączą się w pary - przynajmniej na pewien czas - i czasem (choć coraz rzadziej) posiadają też potomstwo, a zdarza się też, że i utrzymują kontakty z jakimiś innymi krewnymi.

Piękno ancient regime polegało na tym, że dawniej różne kultury w różny sposób rozwiązywały te i inne zagadnienia życia społecznego po czym następowało starcie - i faktycznie wygrywał niekoniecznie "najsilniejszy", ale z pewnością - "lepiej przystosowany" (w całkowicie darwinowskim sensie tego słowa...).

Wiek oświecenia skończył z tą wolną amerykanką. Od tej pory bowiem rządy, które chcą uchodzić za "cywilizowane" nie zajmują się od tak po prostu organizowaniem sobie i swoim kolegom wygodnego życia na koszt poddanych (nawet, jeśli w praktyce na tym się skupia 90% ich wysiłków...), ale zmuszone są - jeśli pragną zachować dobre imię u "cywilizowanej" opinii publicznej - nieść "misję cywilizacyjną", "realizować ideę " (taką lub inną...), "spełniać standardy", itd., itp.

Dlaczego tak się stało? No cóż - gdzieś tak na przełomie XVII i XVIII wieku niezbyt licznej grupce cwaniaków, których łączyło podobieństwo wykształcenia (było to bez wyjątku tzw. "wykształcenie klasyczne") i poglądów oraz pozycji życiowej (niemal bez wyjątku ludzie ci byli urzędnikami lub dworzanami monarchii absolutnych albo - nauczycielami akademickimi), udało się przechwycić kontrolę nad obiegiem informacji w kilku najważniejszych krajach Europy Zachodniej: w Wielkiej Brytanii, we Francji i w krajach niemieckich.


Cały spryt tej grupy - moim zdaniem nieformalnej, ale jest wielu takich, którzy sądzą, że był to faktycznie spisek - polegał na tym, że opanowała ona zarówno obieg informacji "oficjalny" (tj. - cieszący się imprimatur takiej lub innej cenzury), jak i "nieoficjalny" (poza kontrolą cenzorów - co było tym łatwiejsze, że ci panowie... sami bywali cenzorami..!).


Grupka ta nazwała się z biegiem czasu "filozofami". Różnili się między sobą szczegółami swoich koncepcji - ale wszyscy zgodni byli co do rzeczy fundamentalnej: ludzkość "wychodzi z wieku dziecięcego" i od tej pory ma "rządzić się sobą w sposób świadomy".

To znaczy jak..? Ano w ten sposób, że filozofowie stworzą, metodą rozumowej dedukcji, pewien abstrakcyjny model "człowieka jako takiego" - z niego zaś wywiodą wszystkie tegoż idealnego człowieka potrzeby, zgodnie z którymi winien zostać ZMIENIONY świat.

Ponieważ wszyscy ci cwaniaczkowie byli tak naprawdę kiepskimi filozofami, a jeszcze gorszymi obserwatorami, historykami czy socjologami - bez żadnego wyjątku wszystkie zaproponowane przez nich modele "człowieka jako takiego" cechuje porażająca jednostronność.

Większość z nich istoty człowieczeństwa dopatrywała się w "rozumności" - co kazało im również dla instytucji porządkujących ludzkie życie domagać się "rozumowego" uzasadnienia. A ponieważ nie mieli cierpliwości ani zrozumienia dla gromadzenia faktów i obserwowania realnego życia, prędko doszli do wniosku, że większość z tych instytucji nie daje się obronić w świetle "władzy rozumu". Bo niby z jakiej racji poddani Ludwika XV - pijaka, obżartucha, kobieciarza, człowieka wprawdzie rozległych zainteresowań i wielu talentów, ale też nie mniej licznych słabości - mają przed nim klękać jak przed świętym obrazem i podawać mu owrzodzonych wierząc, że jego dotyk ich uzdrowi..? Toż to obelga dla rozumu..!



Co było dalej, to chyba Państwo sami wiecie i nie muszę tego powtarzać..?

Mylicie się jednak, jeśli sądzicie, że władza "filozofów" odeszła wraz z I lub II Restauracją Burbonów w Paryżu. Bynajmniej! Wprawdzie ludzie ci nie noszą już peruk ani jedwabnych pończoch (chyba, że po godzinach pracy..?), posługują się obecnie na ogół znacznie mniej wyrafinowanym językiem, a argumentacja, której używają jest jeszcze bardziej toporna i prymitywna niż 200 lat temu - ale też ich klasa nigdy nie była tak liczna, tak pewna siebie, tak przekonana do swojej bezwzględnej racji.

Znacie ich. To słudzy gosudarstwa. Urzędnicy, nauczyciele, pracownicy utrzymywanych przez gosudarstwo instytucji naukowych i bardzo wielu innych, wprost z gosudarstwem nie związanych.

Po raz pierwszy tego rodzaju "nowa klasa" pojawiła się w Chinach za czasów dynastii mandżurskiej: należeli do niej wszyscy, którzy zdali przynajmniej egzamin I stopnia ("magisterski"), uprawniający do ubiegania się o niższe stanowiska urzędnicze. Tylko niewielka ich część faktycznie pełniła urzędy, ale wszystkim przysługiwały pewne przywileje honorowe - i nawet ci, którzy przez całe życie nigdy nie zostali mianowani na najmniejszy nawet urząd, wiązali koniec z końcem, pasożytując na lokalnej ludności. Nazywano ich zbiorczo "mandarynami".


O ile w mandżurskich Chinach można było poznać mandaryna po rodzaju parasola, którym się posługuje i kolorze szaty, o tyle my nie mamy tyle szczęścia - słudzy niemiłościwie nam panującego gosudarstwa raczej starają się kamuflować niż wyróżniać z tłumu.

Mandaryni niemiłościwie nam panującego gosudarstwa są "klasą filozoficzną" per se - nawet, jeśli skądinąd zapytani o Kartezjusza nie wiedzą, czy ich się przypadkiem nie obraża. Rzecz bowiem nie w faktycznej zdolności do pojmowania problemów filozoficznych, a w uzasadnieniu, w racji bytu całej tej machiny. Racją bytu nowoczesnego gosudarstwa jest to samo, co było racją bytu "oświeconej" monarchii mojego ulubieńca, Starego Fryca: cywilizowanie tych biednych Irokezów. Stary Fryc "cywilizował" biednych Irokezów (czyli Polaków) - a Donald Tusk dalej ich "cywilizuje": ostatnio na przykład - "walcząc z pijanymi kierowcami".

Żyjemy w sztucznym, nieprawdziwym świecie, którego sprężyną napędową od ponad 200 lat pozostaje filozofia. Kiepska filozofia. Poczwarna, wykoślawiona, splugawiona i wywrócona na nice. Niemniej jednak - filozofia. Wykazując metodą filozoficznej argumentacji nonsensowność takiego lub innego modelu "człowieka idealnego", absurdalność takich lub innych uroszczeń gosudarstwa - walczymy o własną wolność, godność, a czasem także, o mienie, zdrowie i życie. Idee mają konsekwencje. Dlatego - nie można zaniedbać nauki o ideach..!

Zaś ów pierwotny spisek grupki cwaniaczków niektórzy nazywają "zdradą klerków"...

piątek, 7 marca 2014

Prawa zwierząt

Jak już chwaliłem się na fejsie, parę dni temu złapałem w wannie mysz. Oddałem ją naszym kotkom. Sylwestra właściwie nie zdążyła zareagować - wylegiwała się właśnie pod Herculesem i małe, piszczące (a swoją drogą: urocze!) stworzonko, które zadrapało ją łapkami po nosie, nie zdołało jej nawet postawić na nogi. Krystyna za to miała sporo zabawy.
 
 
Oczywiście, że mysz cierpiała. Nie mam z tego powodu wyrzutów sumienia. W zdarzeniu uczestniczyły trzy strony: kot, mysz i ja. Kot miał frajdę. Plusik. Mysz cierpiała i została na koniec pożarta. Minusik. Ja podjąłem decyzję - ani specjalnej frajdy nie miałem (choć niewątpliwie zabawa Krystyny z myszą była widowiskiem pełnym gracji: ale Krystyna likwiduje w ten lub podobny sposób 2 - 3 różne gryzonie dziennie - można przyjąć, że pozbawia życia jakieś 1000 różnych istot rocznie...), ani też z całą pewnością nie cierpiałem. Fakt, że udało mi się złapać mysz gołą ręką (choć w sprzyjających okolicznościach) napełnił mnie odrobiną przemijającej satysfakcji. Malutki plusik.
 
 
 
Na jakiej podstawie cierpienie i śmierć myszy mają być "więcej warte" niż frajda i pożywienie kota oraz moja satysfakcja i przyjemność z oglądania pełnych gracji kocich skoków?
 
Bo dla myszy była to "sprawa ostateczna", kres jej ziemskiego bytowania - podczas gdy kot zwiększył swoją frajdę o 1 promil (w ujęciu rocznym)?
 
 
Gdyby przyjąć taki argument, to Fryderyk Wielki wołając do swoich gwardzistów, łamiących szyki na widok zbliżającej się szarży austriackich kirasjerów pod Kolinem: Psy, chcecie żyć wiecznie? - nie miałby racji. A przecież dobrze wiemy, że miał! Jego gwardziści mieli jeszcze mniejszy wpływ na to, że czekała ich rychła i straszna śmierć niż wyżej inkryminowana mysz na to, że znalazła się w kociej paszczy.
 
Ostatecznie - myszy nikt nie kazał włazić do wanny. Wybrała się tam z własnej woli, czy to szukając mydła (które nam notorycznie podjada..), czy to gąbki (którą rozrywa - prawdopodobnie ścieląc w ten sposób gniazdo dla młodych...). Wpadła, bo okazała się niezręczna (lub nadmiernie ciekawska).
 
Gwardziści Fryderyka Wielkiego znaleźli się tam, gdzie się znaleźli, tylko z jednego powodu: mieli pecha urosnąć ponad 180 centymetrów - i dali się złapać (a nie jest łatwo ukryć się w tłumie przerastając o głowę większość sobie współczesnych). Mimo to, oczekuje się na ogół że żołnierze, niezależnie od tego, czy znaleźli się na polu bitwy dobrowolnie (to rzadkie przypadki...), czy pod przymusem - zrobią, co do nich należy. I stać spokojnie w szyku mimo zbliżającej się galopem śmierci to akurat NAJMNIEJSZA z rzeczy, których się od nich wymaga!
 
 
Powyższe przykłady podaję po to głównie, aby wykazać absurdalność tzw. "utylitaryzmu". Osobliwie w ujęciu durnia najwyższego kalibru, niejakiego Jeremiasza Benthama. Zaiste, aż strach cytować, ale nawet i ślepej kurze trafia się ziarno, a całą "filozofię moralności" Benthama najlepiej podsumował Keynes, określając ją jako duch rachunkowości podporządkowujący sobie wszystkie obszary życia.
 
Żeby cokolwiek dawało się z czymś sumować lub odejmować - najpierw musi zostać sprowadzone do jednakowej miary. Jabłka można sumować z jabłkami, ale nie z gruszkami - i odwrotnie. Żeby otrzymać jak największe szczęście największej liczby ludzi (albo wręcz: największej liczby istot żywych - jak u Petera Singera, którego "Wyzwolenie zwierząt" - język wroga trzeba znać - dzięki uprzejmości koleżanki Kiry właśnie studiuję...), musielibyśmy umieć jakoś owo szczęście zmierzyć. Bo tylko wtedy dałoby się rozwikłać takie sprzeczności jak w naszej historyjce ze mną, myszą i kotem - gdy cierpienie jednej istoty jest frajdą dla drugiej!
 
 
Idealistycznie można oczywiście przyjąć, że rozwikływanie takich sprzeczności nas nie interesuje - i od tej pory już żaden kot nie powinien polować i zabijać, bo nie jest mu to przecież do życia potrzebne: da się współcześnie uchować kota na sztucznej karmie, nieprawdaż?
 
Takie podejście to jednak najpoważniejszy gwałt na naturze (rozumianej po prostu jako istniejące w przyrodzie status quo), jaki tylko można sobie wyobrazić! Albowiem ogromna liczba stosunków międzygatunkowych na tym właśnie polega, że jedna strona ma frajdę - a druga cierpi.
 
Tak po prostu już jest. Jak pisałem poprzednio - satysfakcja jakiejkolwiek istoty żywej jest dokładnie ostatnią rzeczą, jaka mogłaby interesować Ewolucję, o ile nie ma znaczenia dla przetrwania gatunku. Bunt przeciw cierpieniu jest zatem buntem przeciw naturze.
 
Jeśli zwolennicy "ruchu wyzwolenia zwierząt" (a przecież wiem dobrze, że nikogo nie przekonam...) ignorują naturę, to znaczy, że ignorują najgłębsze, najbardziej podstawowe filozoficzne fundamenty własnego światopoglądu. Czyż nie opiera się on bowiem na założeniu, że wszystkie zwierzęta są równe, a gatunek homo sapiens ma dokładnie takie same prawa, jak każdy inny?
 
Całkowicie się z tym stwierdzeniem zgadzam! Ba! Wiele razy uzasadniałem, dlaczego nie dostrzegam żadnej istotnej, JAKOŚCIOWEJ różnicy między sobą, a kobyłami, którymi się opiekuję, naszymi kotkami, czy tymi psami, które teraz terroryzują całą okolicę, bo z racji wiosennej aury zebrały się w stada i ganiają po polach suki, a przy okazji zające i sarny.
 
Ale przyjęcie jakiejś zasady oznacza zgodę na WSZYSTKIE konsekwencje, które z niej wynikają, a nie tylko na takie, które nam pasują estetycznie czy retorycznie. Skoro moje prawa niczym nie różnią się od praw moich zwierząt - to niby dlaczego mnie nie wolno zabijać i zjadać innych zwierząt, skoro mój kot czynem codziennie udowadnia, że jak najbardziej - przyznaje sobie takie prawo?
 
Uznanie, że człowiek ma tak naprawdę MNIEJSZE prawa niż inne zwierzęta (im wolno się między sobą zabijać i zjadać, a nam nie wolno) musi ipso facto wynikać ze stwierdzenia lub założenia jakiejś "moralnej wyższości" człowieka nad innymi zwierzętami. A to jest sprzeczność. Bo jeśli "moralna wyższość człowieka nad innymi zwierzętami" ma służyć powstrzymaniu zabijania i zjadania zwierząt - to dlaczego nie może służyć uzasadnieniu tezy całkowicie przeciwnej? Czyż istota "moralnie wyższa" nie ma prawa posługiwać się istotami "moralnie niższymi"..?
 
 
Tezy pana Singera w istocie wiszą w powietrzu i mają całkowicie arbitralny charakter, pozornie tylko podpierając się jakąś filozoficzną argumentacją. Sam Singer przyznaje się do ideowego pokrewieństwa z Benthamem - a widzimy powyżej do jakich praktycznych absurdów prowadzi ten "arytmetyczny" utylitaryzm. Pan Singer za naczelną wartość swojej filozofii, idąc za Benthamem, przyjmuje ideę równości.
 
Faktycznie - GDYBY ideę równości przyjąć za "dobro najwyższe", któremu podporządkowane są wszystkie inne (co, swoją drogą, jest całkowicie ARBITRALNYM wyborem, nie posiadającym żadnego zgoła uzasadnienia...) to, wiedząc o tym, iż nie ma żadnej jakościowej różnicy między człowiekiem a innymi zwierzętami - należy stosowanie tej idei rozciągnąć także na zwierzęta.
 
Tyle, że wtedy dochodzimy do twardej, logicznej konieczności dokonania wyboru. Albo człowiek, będąc równy innym zwierzętom, ma takie samo jak inne zwierzęta prawo zabijać, wykorzystywać dla swojej rozrywki i zjadać swoich "braci i siostry w równości" - albo też, należy tego prawa odmówić wszystkim zwierzętom bez żadnego wyjątku, nawet tym nie trzymanym w domu czy w zoologu, które od biedy można by wykarmić sztuczną, chemiczną karmą z "Pierdonki", ale i żyjącym na wolności lwom czy tygrysom. Tertium non datur!
 
W istocie, problem polega na tym, że człowiek - przynajmniej syty, odziany, ogrzany i pozbawiony poważniejszych życiowych problemów człowiek Zachodu - zdolny jest do odczuwania empatii wobec małej, sympatycznej z pyska i rezolutnej myszki. Podczas gdy nie spotkano jeszcze zdrowego na ciele i umyśle kota, który by taką empatię odczuwał...
 
 
Poza tym - jakoś z natury nie wierzę ludziom, którzy wywód swoich poglądów zaczynają od stwierdzenia, że, cytuję: jesteśmy przeciwko dyskryminacji; (...) złem jest zadawanie niepotrzebnych cierpień innym, nawet jeśli nie należą do naszego gatunku; (...) człowiek eksploatuje zwierzęta bezwzględnie i okrutnie; i że czas z tym skończyć. Ale szczególnymi "miłośnikami" zwierząt wcale nie jesteśmy. Nie pasjonujemy się psami, kotami czy końmi. Nie "kochamy" zwierząt.
 
Oczywiście, "obrońca praw zwierząt" może mi zaraz odpowiedzieć (jako też pan Singer natychmiast to robi!), że i zwolennicy zniesienia niewolnictwa w Stanach Zjednoczonych rzadko byli miłośnikami Murzynów - najczęściej zgoła wprost przeciwnie, trzymali się od nich jak najdalej, a najchętniej, to by ich odesłali z powrotem do Afryki, którego to dążenia pomnikiem jest po dziś dzień państwo o nazwie Liberia.
 
Ale ja się z tym argumentem nie spieram! Bo tak się składa, że jak najbardziej zgadzam się z panem Singerem: istnieje doskonała równoważność argumentów za "równouprawnieniem" Murzynów, kobiet, klasy robotniczej czy zwierząt.
 
Co innymi słowy oznacza, że NIE MA argumentów, które by w sposób logicznie nieodparty zniewalały mnie do opowiedzenia się za tymi ruchami. Wszystkie one bowiem, podpierają się założeniami, które są całkowicie dowolne, arbitralne i niemożliwe do uzasadnienia.
 
Zaś fakt, że pan Singer poświęcił życie "wyzwoleniu zwierząt", a nie odczuwał potrzeby nawiązania emocjonalnej więzi z jakimkolwiek konkretnym zwierzęciem - nisko go stawia w moich oczach jako człowieka. I tyle...

środa, 5 marca 2014

Czy przeszłość istnieje?

Ludowe przysłowie mówi: co było a nie jest - nie pisze się w rejestr. Żyjemy jednak w przedziwnej epoce. Państwo w Boga nie wierzycie (choć jest bytem doskonale logicznym: a czy w świecie, w którym zakwestionowane zostały wszelkie zasady i niezmienniki mamy jeszcze w ogóle jakikolwiek inny punkt odniesienia OPRÓCZ logiki..?) - bo Go nie widzieliście i nie wierzycie tym, którzy widzieli. Ale nie sposób Was przekonać, że duchy ani zielone ludziki nie istnieją, choć ich byt zaprzeczałby wszelkiej znanej nam logice - bo bez zastrzeżeń wierzycie różnym przypadkowym pijakom, wariatom czy oszustom którzy twierdzą, że im się takowe zwidywały.
Być może, po serii filmów (a i serialu telewizyjnym) o Terminatorze, tudzież kilku kolejnych "Powrotach do przyszłości" Państwo już nie potraficie sobie wyobrazić innego "sposobu istnienia czasu" niż ten, który tam został pokazany? Jest to czas absurdalny. Skoro bowiem kolejne terminatory mogą się dowolnie przemieszczać z przyszłości w przeszłość tak, jakby to były istniejące obok siebie miejsca, a JEDNOCZEŚNIE ich zaplanowane działania w przeszłości mają wpływ na przyszłość - to efektem jakiejkolwiek próby myślowego uporządkowania tego, co się scenarzystom zwidziało jest tak czy inaczej absurd.

Jest tedy czas terminatorów czymś ciągłym. Jeśli człowiek idzie chodnikiem, to w czterowymiarowym continuum istnieje jako rozmyta smuga - we wszystkich fazach ruchu naraz. Jednocześnie te naraz istniejące fazy ruchu są ze sobą jakimś cudem powiązane i jeśli cofnąć się w czasie i podstawić mu nogę - wyłoży się jak długi i zabarwi chodnikowe płyty na czerwono choć "przedtem" wcale tak nie było.
Nie chce mi się wierzyć, że uda mi się to Państwu wytłumaczyć - bo taka analogia między poruszaniem się w przestrzeni, a poruszaniem się w czasie ma tę niewątpliwą zaletę, że narzuca się naszym zmysłom jako oczywistość, choć bynajmniej oczywistością nie jest!
Jeśli terminator zabijając Johna Connora (lub jego matkę) zmieni bieg dziejów - to kto w tak zmienionej przyszłości wyśle go w przeszłość - skoro nie ma po temu przyczyny? A to tylko najprostszy z nieuchronnych paradoksów, do których prowadzi takie założenie...

Co do mnie, to jednak wolę, po staremu, myśleć, że co się stało, to się już nie odstanie - i nie da się "pojechać w przeszłość" tak, jak się jedzie do Krakowa czy Gdańska - bo przeszłości, która się stała, po prostu już nie ma i koniec.
Oczywiście, to nie jest takie proste! Wiemy już dobrze, że "teraźniejszość" nie jest matematycznym punktem bez wymiarów. Nasze zmysły posiadają sobie właściwy czas reakcji i praktycznie nie możemy dzielić naszego czasu w nieskończoność, aż osiągnie wielkości dowolnie małe. Co więcej - stopień "rozmazania" teraźniejszości zależny jest od punktu odniesienia (a pisząc bardziej pospolicie - od prędkości z jaką się poruszamy i odległości od obiektu, względem którego określamy swoje położenie). Światło odległych gwiazd biegnie do nas miliardy lat - i w tym sensie jest nasza "teraźniejszość" na owe miliardy rozciągnięta: co prawda, ma to jakieś praktyczne konsekwencje tylko dla pasjonatów astronomii.
W odległości 900 lat świetlnych od Ziemi istnieje sobie OBRAZ naszego świata z roku 1114 - z Bolesławem Krzywoustym na polskim tronie, jak najbardziej. Ale to tylko obraz (o ile, rzecz jasna, jakiś nośnik zdołał to, co się wówczas na Naszej Umęczonej Planecie działo zarejestrować: tego nie możemy być na razie pewni - z pewnością jednak w odległości 100 lat świetlnych od Ziemi niedługo zacznie się I wojna światowa - odkąd bowiem ludzie używają fal elektromagnetycznych do przesyłania informacji i obrazów, otacza nas w przestrzeni rozciągająca się z prędkością światła sfera coraz to potężniejszego, elektromagnetycznego hałasu - od kilkunastu lat, dzięki naszej aktywności w tej materii, jest bodaj Słońce najsilniejszym źródłem fal radiowych w galaktyce...). O ile w ogóle istnieje, to przeganiając światło - moglibyśmy go sobie ewentualnie obejrzeć. Bez możliwości ingerencji - bo niby jak?
Wzrost prędkości (lub grawitacji) spowalnia upływ czasu dla obserwatora, który jest temu eksperymentowi poddany. Zjawisko to trudno ująć intuicyjnie o tyle, że na ogół bytujemy w świecie "niskich prędkości i niskiej grawitacji", dla którego prawdziwe są "transformacje Galileusza", a  prędkość dwóch mijających pociągów sumuje się. Biegnące z przeciwka fotony mimo, że każdy z nich pędzi z prędkością światła, mają sumaryczną prędkość względem siebie... także równą prędkości światła!
Skądinąd jednak, gdyby jakiś byt materialny osiągnął prędkość c, to by się nigdy nie zestarzał, a upływ czasu dla niego całkiem by ustał - dobry argument za tym, aby w imię utrzymania porządku we Wszechświecie, coś takiego było niemożliwe!
Przy prędkości nadświetlnej (czysto hipotetycznej, bo jak na razie sądzimy, że coś takiego jest niemożliwe - i zakaz ten ma nie tylko takie "policyjne" usprawiedliwienie, jakie podałem powyżej - jednak wnikanie w realne, fizyczne przyczyny tego stanu przekracza moje możliwości...) lub też pod "horyzontem zdarzeń" czarnej dziury, strzałka czasu powinna ulec odwróceniu. Czy z tego jednak wynika, że będzie można "cofnąć się w czasie"?
Niby jak, skoro przeszłości już nie ma? Przekraczając prędkość światła moglibyśmy, jak już napisałem powyżej, "dogonić" obrazy naszej przeszłości. Teoretycznie jednak, poruszający się z prędkością nadświetlną pojazd, wykonując pętlę wokół Ziemi - powinien wylądować ZANIM wystartuje. A to już absurd! Taki pojazd zapewne zniknie z naszego Wszechświata i nigdy już nie powróci. Ewentualnie - JEDNAK wyląduje w jakiś czas po starcie, a tylko - nie będziemy w stanie śledzić toru jego lotu (to wymagałoby kolejnych, jeszcze mniej intuicyjnych dla naszych zmysłów reguł matematycznych odnoszących się do względnej prędkości poruszających się ciał...: mianowicie względna prędkość dwóch ciał poruszających się przeciwbieżnie z prędkością nadświetlną powinna być... podświetlna! Taki mniej - więcej obraz świata przyjęty jest w większości "space oper", ze Star Trekiem na czele).
Odwrócenie "strzałki czasu" ma konsekwencje przede wszystkim dla zjawisk termodynamicznych. Przedmioty martwe powinny "termodynamicznie odmładzać się" (a więc: powinna rosnąć koncentracja energii i stopień uporządkowania). Natomiast jakiekolwiek istoty żywe MOIM ZDANIEM umrą: funkcjonowanie naszych ciał jest ściśle uzależnione od wydatkowania i rozpraszania energii, jeśli nagle energia przestanie się rozpraszać - co odżywi komórki naszego ciała? Jak miałyby się rozchodzić impulsy elektryczne w naszym systemie nerwowym? I tak dalej, i temu podobne.
Istnieje jeszcze jedna możliwość. Zawarta w koncepcji wielości wszechświatów. Wedle tej teorii za każdym razem, gdy dochodzi do "ujednoznacznienia" jakiegoś stanu kwantowego (np.: podjęcia decyzji, czy czytać dalej, czy rzucić w cholerę te nudziarstwa...) rodzi się cały nowy Wszechświat. Wszechświatów jest zatem nieskończenie wiele (a przynajmniej - bardzo, ale to bardzo wiele..) i są wśród nich - teraz, aktualnie - również i takie, w których właśnie mamy rok 1114 i panowanie Bolesława Krzywoustego!
Gdyby tak było, to wyobrażalne byłoby być może także i "podróżowanie między Wszechświatami", w danym wypadku nader podobne do "podróży w czasie". Tyle tylko, że akt takiej "podróży", byłby zarazem aktem kreacji zupełnie nowego Wszechświata. Cokolwiek by się w nim stało - nie miałoby żadnego wpływu na nasze losy tu i teraz...

wtorek, 4 marca 2014

Mit "turańszczyzny"

Dzieła Feliksa Konecznego mało kto czytał. To grube, napisane nieco już archaicznym językiem tomiszcza. Kto by miał na to czas..? Kiedy życie "rumiane jak rzeźnia o poranku" (jako rzecze Klasyk) biegnie i przyspiesza, nie zostawiając ani chwili na wątpliwości..?
 
Nieznajomość dzieł Konecznego nie przeszkadza jednak w używaniu jego terminów jako wyzwisk. Jeśli kogoś: jakiegoś państwa (ościennego lub nie...), jakiegoś przywódcy politycznego, jakiejś partii nie lubimy - możemy go zwyzywać od "nosicieli cywilizacji turańskiej" - i brzmi to prawie równie okropnie, jakby rzeczony był nosicielem syfilisu czy trądu!
 
Jest to oczywiście bzdura. Koneczny nie miał bladego pojęcia o życiu, etyce i historii ludów Wielkiego Stepu i cokolwiek na ten temat napisał - bredził. A ci, którzy teraz bezmyślnie klepią jego terminem swoich wrogów - bredzą do potęgi.
 
Przede wszystkim ludy tureckie, do których chyba (zgaduję...) odnosić się winien Konecznego termin "turańszczyzna" są stosunkowo późnym przybyszem w pisanych dziejach świata. Pierwotnymi mieszkańcami Wielkiego Stepu byli nasi przodkowie i krewni, przynajmniej pod względem językowym (w dyskusje na temat haplogrup wdawać się nie zamierzam...), Indoeuropejczycy. Wszystko przy tym wskazuje na przejęcia przez Turków (Turkutów, Heftalitów, Turkmenów - jak zwał, tak zwał...) istotnych elementów organizacji społecznej i kultury materialnej od koczowników indoeuropejskich (Scytów, Saków).
 
 
Mamy ciągłość hodowli TAKICH SAMYCH koni, przynajmniej w południowej części Wielkiego Stepu - całkiem niezależnie od politycznych i lingwistycznych zawirowań. Niewiele się zmieniło jak chodzi o sposób budowy zarówno miast, jak i koczowisk, używaną broń, taktykę. Nawet owa, tak przez Konecznego nie lubiana nietrwałość związków ponadrodowych wygląda na cechę całkiem niezależną od języka, którym posługują się rodowcy. Sugeruje to zresztą, że jest to cecha wynikająca z ekologii stepowego biotopu, a nie z jakichkolwiek właściwości "etycznych" zamieszkującej go populacji.
 
 
Nie chcę się zresztą nadmiernie na ten temat rozpisywać, bo wygląda na to, że czeka mnie napisanie jeszcze jednego artykułu dla "KT" o Irańczykach. A to dlatego, że Ali, z którym wywiad ukazał się właśnie w numerze marcowym, lepszej jakości zdjęcia zdołał dosłać dopiero w końcu zeszłego tygodnia. Kiedy miesięcznik był już w drukarni. Że są to piękne zdjęcia, szkoda je marnować - to będę miał okazję, aby trochę o Wielkim Stepie się powyzewnętrzniać (a Państwo będziecie to mogli sobie przeczytać w kwietniowym numerze "KT").
 
Jedyna właściwie zagadka, dla której nie widzę póki co żadnego satysfakcjonującego rozwiązania, to religia. Indo-irańscy mieszkańcy Azji Środkowej byli albo zoroastrianami, albo chrześcijanami wyznania nestoriańskiego. Tymczasem po zasiedleniu tego obszaru przez Turków - mimo, że istniała już alternatywa w postaci islamu (religii prostej, zrodzonej w dość podobnym środowisku pustynnym, a koniec końców zwycięskiej na tym obszarze...) - triumfujący okazał się typowo turecki szamanizm (blisko spokrewniony z pierwotnymi religiami ludów syberyjskich). A w samym środku stepowej ekumeny, nad dolną Wołgą, pojawiło się w dodatku takie dziwadło, jak Chanat Chazarski z mozaizmem jako religią panujących elit (karaimi się od nich wywodzą: obszar nad dolną Wołgą ma "coś" w glebie, powietrzu czy w wodzie, co dziwolągi przyciąga - wszak już w czasach nowożytnych zawędrowali tam też i wyznający lamaizm Kałmucy...). Tak, jakby przejmując od ludów wśród których się osiedlali złożoną wiedzę hodowlaną, metalurgię czy też inne technologie - okazali się Turcy niezdolnymi do przejęcia także ich religii. Pojęcia nie mam, jak to możliwe? O czym już zresztą kiedyś pisałem...
 
 
Jest rzeczą oczywistą, że koczownicy Wielkiego Stepu mają i zawsze mieli swoją etykę. Jest to etyka bohaterska, nader podobna do wyznawanej przez bohaterów Homera. Dżygici, ghazi, mudżahedini - dobrze by się czuli w towarzystwie Achillesa, Ajaksa czy Agamemnona. Inna rzecz, że po kumysie, tak samo jak po (słabym i rozwodnionym dodatkowo) winie - pewnie i tak by się wzięli za łby.
 
Taka etyka doskonale służy konnym łucznikom i lansjerom, skorym do popisania się indywidualnym wyczynem, dość przy tym nielicznym i żyjącym w stanie ciągłego zagrożenia katastrofą (starczy byle susza, czy byle klęska wojenna, by wielkie i bogate ordy w krótkim czasie popadły w skrajną nędzę...), a więc - ciągle na krawędzi życia i śmierci. Pokrewieństwo między nami a pierwotnymi mieszkańcami Wielkiego Stepu doskonale wyjaśnia, dlaczego stepowy "styl życia" i dla XVI-to czy XVII-wiecznych "Sarmatów" wydawał się junacki i atrakcyjny.
 
 
Wydaje się zresztą, że duch w narodzie nie ginie - czego triumf "Majdanu", iście kozacki w stylu (a jednak od Ukrainy się nie ucieknie...) najlepszym jest dowodem. Ze wszystkim - traktowanie pojęcia "turańszczyzna" jak wyzwiska to nonsens...

niedziela, 2 marca 2014

Nowe Monachium, czyli gdybym to ja negocjował z Putinem...

Na moim blogu głównym Pan Janusz domaga się korepetycji z historii. Tak się składa, że w zasadzie co miałem do powiedzenia na temat geo-strategicznego znaczenia Niziny Kijowskiej w naszych dziejach, to już dawno napisałem. O tym, że orgazm na punkcie rzekomego "wyzwolenia" Ukrainy jest jednakowoż nieco przedwczesny (ale bez obaw, medycyna zna już terapie pozwalające na wydłużenie przyjemności...), też już pisałem - i to całkiem niedawno.

Jak jednak patrzę na ten kalejdoskop coraz to bardziej sensacyjnych tytułów Onetu - to jednak jedna dodatkowa refleksja jeszcze mi się o Ukrainie nasuwa.

Jakiś czas temu zwierzałem się z moich poglądów na istotę negocjacji handlowych. Przypomnę tylko, tytułem wstępu, że brzydzi mnie taktyka "spalonej ziemi", a zdanie, jakoby "negocjacje były udane, jeśli obie strony wstają od stołu jednakowo niezadowolone", to chyba pierwszy i jedyny, z jakim miałem do czynienia na żywo dowód na to, że Koneczny gdy pisał o "cywilizacji żydowskiej", chyba jednak gdzieniegdzie miał rację: słyszałem to bowiem z ust prawdziwego Żyda, a wydaje mi się opinią horrendalną - bo jakże tak, jeśli obie strony wstają od stołu tak samo niezadowolone - to co, mają z tym niezadowoleniem potem żyć..? Czyż nie byłoby o wiele łatwiej w przyszłości, gdyby wstały od stołu tak samo ZADOWOLONE?

No ale to wymaga na ogół - wyjścia poza schemat, znalezienia jakichś nowych pól współdziałania, stworzenia "wartości dodanej" która skompensuje takie czy inne ustępstwa.


Pierwszym i podstawowym warunkiem udanego kompromisu jest zrozumienie potrzeb i zamiarów drugiej strony.

To jest akurat w polityce łatwiejsze nawet niż w handlu - boż potrzeby politycy mają na ogół stałe, a co najwyżej pojawia się czasem trudność w odszyfrowaniu METODY jaką zamierzają użyć dla ich zaspokojenia.

W tym konkretnym przypadku Putin albo blefuje albo nie blefuje. Jeśli blefuje, to są dwie możliwości:
- rację mają ci spośród komentatorów sytuacji w Kijowie którzy uważają, że cały "przewrót" był pozorowany i władza tak naprawdę pozostaje wciąż w rękach tej samej, pro-rosyjskiej agentury, tyle że występującej pod inną flagą - a blef Putina służy temu, żeby uwiarygodnić nowe kukiełki (jak wiemy, tzw. "Majdan" bynajmniej nie jest politycznym monolitem i np. Tymoszenko, która swoją drogą siedziała w więzieniu m.in. za to, że kradła pieniądze ze sprzedaży rosyjskiego gazu - a trudno sobie wyobrazić, żeby je kradła bez wiedzy Rosjan, nieprawdaż? - jakoś nie została na Majdanie powitana entuzjastycznie...),
- albo rację mają ci spośród komentatorów sytuacji w Kijowie, którzy uważają, że jednak sytuacja wymknęła się spod kontroli - a więc blef ma posłużyć wywarciu nacisku na "Majdan" w celu niedopuszczenia do "banderyzacji" wschodniej Ukrainy i Krymu i utrzymania tamże władzy prorosyjskich elit.

W obu przypadkach najrozsądniej jest nie robić nic. Interweniując w obronie kukiełek Putina na niby atakowanych przez Putina tylko się ośmieszamy. Jeśli zaś nawet nie są to tak do końca kukiełki Putina - to kto nieuprzedzony jest w stanie zaprzeczyć oczywistej prawdzie, że większość mieszkańców Krymu i wschodniej Ukrainy mówi na co dzień po rosyjsku, identyfikuje się z Rosją i Putin zwyczajnie ma rację, broniąc ich przed przymusową ukrainizacją, której można by się spodziewać w razie zagarnięcia pełni władzy przez tak lub inaczej definiowany "Majdan"..?

Oczywiście istnieje też możliwość, że Putin nie blefuje. To by dowodziło desperacji i zaskoczenia na Kremlu. Putin nie blefuje wtedy i tylko wtedy, jeśli zagrożenie dla rosyjskich interesów i rosyjskojęzycznej ludności wschodniej Ukrainy i Krymu jest realne, bezpośrednie i poważne.



Federacja Rosyjska, w odróżnieniu od Stanów Zjednoczonych, Niemiec, czy Polski - aktualnie POSIADA interesy na Krymie i we wschodniej części Ukrainy. Należałoby zatem oczekiwać, że Moskwa będzie dużo bardziej zdeterminowana w obronie swoich interesów istniejących, niż Stany Zjednoczone, Niemcy, czy (jakkolwiek śmiesznie by to nie zabrzmiało...) Polska w obronie interesów potencjalnych, które dopiero ewentualnie mogłyby zaistnieć po wyrzucenia stamtąd Federacji.

Oczywistą oczywistością jest zatem, że z tej konfrontacji zwycięsko powinna wyjść Rosja.

Dochodząc tak szybko do tego rodzaju wniosku nie mamy innego wyjścia, jak tylko podjąć próbę uniknięcia konfrontacji, skoro jest ona z góry skazana na porażkę.

Co zatem powinno być przedmiotem negocjacji w ramach hipotetycznego "Nowego Monachium"?



Przedmiotem negocjacji w "Nowym Monachium" powinno być to, jak zagwarantować nienaruszalność rosyjskich interesów na Krymie i we wschodniej części Ukrainy bez formalnego dzielenia Ukrainy (co oznaczałoby utratę twarzy dla zachodnich - i polskich - polityków, którzy już się w obronę "integralności Ukrainy" zdążyli zaangażować). Ot i wszystko...