Blog główny

sobota, 8 lutego 2014

Rytuał

Pisząc swego czasu o chrzcie Polski w 966 roku, jako o próżnym, pozbawionym istotnego pod względem religijnym znaczenia akcie gwałtu - z czego już kiedyś, na blogu głównym kpiłem - pan Woziński, mój "ulubiony" libertarianin, jak zwykle daje wyraz oceanicznym wręcz rozmiarom swojej ignorancji. Również i pod tym względem, że miesza publiczne wyznawanie religii (spełnianie rytuałów) z posiadaniem jakichś religijnych przekonań.

Tymczasem to nawet i dzisiaj są dwie całkowicie różne sprawy - a wówczas, ponad 1000 lat temu, tylko ostatni bałwan mógł te dwie sprawy ze sobą utożsamiać!


Oczywiście: chrześcijaństwo tym się między innymi różniło od religii pogańskich, które zastąpiło w Europie, że domagało się i domaga się od swoich wiernych nie tylko spełniania pewnych rytuałów (a więc: publicznego wyznawania religii), ale też - podaje im pewien zespół przekonań, które KONIECZNIE należy podzielać.

Zauważcie jednak, że gdyby religię dało się sprowadzić WYŁĄCZNIE do podzielania takich lub innych przekonań, to w ogóle żadne rytuały nie byłyby potrzebne. Po co? Skoro Bóg jest wszechwiedzący, to przecież wie, czy ktoś w niego wierzy, czy nie - nieprawdaż..? A skoro Bóg to i tak wie - to po jaką cholerę modlitwy, ofiary, ukłony, zwroty jak na wojskowej paradzie i cały ten ceremoniał..?


Bywały w historii Kościoła takie ruchy heretyckie, które z wyżej ukazanego założenia wychodząc, dążyły do zredukowania rytuału, lub zgoła do pozbycia się go w całości. Jak do tej pory jednak, żadna taka herezja nie odniosła sukcesu. Albo musiała z czasem zgodzić się na powrót rytuału - czasem w formie tylko pozornie uproszczonej, a w rzeczy samej, o wiele dotkliwsze stawiającej wiernym wymagania (jak u kalwinów z ich całe codzienne życie przenikającą "etyką" - lubo nie uważam użycia tego terminu za najszczęśliwszy i stąd cudzysłów - która tak zafascynowała Maxa Webera, że aż zaczęło mu się w niej zwidywać źródło kapitalizmu...). Albo też - pozostawała ruchem elitarnym, o szczupłej bardzo liczebności i zwykle - rychło popadała w zapomnienie.


Dlaczego tak się dzieje..? Nie chciałbym tu wchodzić w rozważania na temat istotnych przyczyn, bo zwyczajnie - nie wiem. Czysto fenomenologicznie jednak, nie sposób nie zauważyć, że posiadanie silnych (a czasem nawet: jakichkolwiek...) przekonań o charakterze religijnym jest rzeczą rzadką. Mało kto się nad tym zastanawia. I może dobrze - bo jak nieprzygotowany teologicznie, a chociażby filozoficznie człowiek zaczyna sobie fantazjować o "rzeczach ostatecznych" - to z tego tylko kuriozum, śmiech i obraza Boska wychodzi. Jak chociażby - wiara w duchy czy w życie pozagrobowe (co jest absurdalne i bez istotnego "zawieszenia niewiary" nawet w porządnie logicznej dogmatyce Kościoła bardzo trudne do strawienia...), przy deklarowaniu niewiary w Boga (który dla odmiany jest Bytem logicznym doskonale i, wbrew pozorom, łatwo się uzasadnia, na co też mamy istne biblioteki dowodów...).

Kościół NIGDY nie zgodził się ze stwierdzeniem, że sama tylko wiara (samo posiadanie przykonań o charakterze religijnym) wystarczy. Wręcz przeciwnie! Publiczne uczestnictwo w rytuałach było i jest gwarancją spełnienia wszystkich obietnic, jakie tylko religia katolicka może swoim wiernym oferować (o ile ich to, rzecz jasna, w jakikolwiek bądź sposób obchodzi - no bo skoro się nad tym nie zastanawiają, to ani nie popadają w niebezpieczeństwo błędu, ani też - sprecyzowanych oczekiwań co do "oferty" spodziewać się po nich nie należy...).


Jest to w ogóle fundament powodzenia katolicyzmu jako religii. O czym może innym razem, boż traktatu o historii religii tu nie piszę, tylko tego idiotę Wozińskiego po raz kolejny flekuję - nieprawdaż..?

Skoro fundamentem katolicyzmu jest publiczne uczestnictwo w rytuałach, to "podmiotem" w owych rytuałach uczestniczącym mogą być nie tylko pojedynczy ludzie (tylko pojedynczy, konkretni ludzie mogą mieć jakieś poglądy, w tym - jakieś przekonania o charakterze religijnym...), ale też - a nawet: przede wszystkim - wspólnoty ludzkie. W tym także i państwa.

Mieszko I swoje państwo ochrzcił i poddanych do udziału w rytuale - na tyle, na ile mógł - przymusił. Nie ma najmniejszego, teologicznego powodu zastanawiać się nad tym, czy był to akt skuteczny, pożyteczny i słuszny. Jasne, że BYŁ. A co tam sobie jeden z drugim myślał i czy tylko na wypięte zadki dwórek się gapił, albo po cichu do Trygława czy innego Swarożyca wzdychał - a kogo to obchodzi..?

Takie subiektywne, nieistotne z punktu widzenia mores całej wspólnoty dystrakcje mogą interesować li i jedynie heretyka - kalwinistę na ten przykład. Co jeszcze raz i chyba ostatecznie dowodzi, że cały ten libertarianizm to jedna wielka herezja!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz