Blog główny

środa, 19 lutego 2014

Dlaczenie nie opowiadam zmyślonych historii?

Bez kokieterii i fałszywej skromności przyznam, że w zasadzie umiem opowiadać historie (oczywiście, że trafiają mi się kiksy: powtórzenia, czasem nawet błędy ortograficzne, a i pamięć już nie ta, co kiedyś...), a co najważniejsze - lubię to robić. Opowiadanie historii jest właściwie moim sposobem przeżywania świata.

Tyle tylko, że opowiadam, nieodmiennie, historie prawdziwe. Które sam przeżyłem. Ewentualnie - gdzieś zasłyszałem.

Dlaczego nie wymyślam historii fikcyjnych?

Pytanie to dręczy mnie odkąd codziennie, z wyjątkiem łykendów, spędzam prawie dwie godziny w pociągu, pochłaniając w tym czasie różne mniej lub bardziej ciekawe opowieści. Póki co z miesięcznika "Nowa Fantastyka", którego kilka numerów kupiłem w dziwnym kiosku rozprowadzającym za połowę ceny stare numery pism (ale o tym już opowiadałem...).

Odpowiedź pierwsza i zarazem najbardziej lapidarna jest taka, że jestem po prostu zbyt leniwy. Państwo niejednokrotnie narzekali, że piszę zbyt rozwlekle i o zbyt wielu rzeczach naraz. Faktycznie - mój "przeciętny" wpis na blogu to jakieś 2 - 3 strony w Wordzie. Od dawna udowodniono, że już pod koniec pierwszej strony większość współczesnych czytelników traci wątek, zniechęca się i porzuca lekturę.

Co jest zapewne jednym z ważniejszych powodów, dla którego mój blog główny, "Konie achałtekińskie...", od dłuższego już czasu znajduje się w martwym punkcie: czytelnictwo utrzymuje się na stałym poziomie i od bardzo, bardzo dawna, nie przybył mi żaden dający zauważalną liczbę wejść "link naturalny".

Jednakowoż 2 - 3 strony w Wordzie (a nawet 7 do 9, jak w przypadku najdłuższych wpisów, jakie kiedykolwiek popełniłem) to, w przypadku literackiej fikcji, historii zmyślonej, a nie prawdziwej, nie byłby nawet "short", a wręcz - literackie stringi, miniaturka zaledwie aspirująca do szlachetnej i klasycznej formy noweli (wedle wzorca "Sokoła" z Dekameronu...).

Formy dłuższej niż 2 - 3 strony (a nawet 7 do 9) nie dałbym rady napisać "na jednym oddechu", pod wpływem chwilowego impulsu natchnienia. Musiałbym nad tym pracować systematycznie, przez dłuższy czas. Tymczasem - ilekroć próbowałem tak postępować, a próbowałem przecież - rychło okazywało się, że brak mi wytrwałości i dyscypliny (a piszę te słowa w chwili, gdy na "Koniach achałtekińskich..." liczba postów zbliża się do 1200! Okazuje się jednak, że czymś zupełnie innym jest nawet i codziennie, a czasem dwa razy dziennie, o czymś nowym opowiedzieć - a czymś innym, snuć tę samą opowieść nie wiadomo jak długo...).

Historie prawdziwe tę mają przewagę nad zmyślonymi, że... nie trzeba ich wymyślać! Samo zaś zdanie relacji z tego, co się dzieje lub działo - zajmuje po prostu dużo mniej czasu i miejsca, no i właśnie: skoro z góry wiadomo, jak taka, prawdziwa przecież historia się kończy, skoro nie trzeba wprowadzać czytelników w nastrój i charakteryzować postaci - to daje się ją "jednym oddechem" opisać...

Poza tym pierwszym i najważniejszym chyba powodem jest, oczywiście, cała masa innych. Uczestniczyłem w zbiorowej kreacji kilku "zmyślonych" uniwersów w postaci wątków historii alternatywnej. Niektóre z nich uważam za obdarzone sporym nawet "potencjałem literackim". Cóż, kiedy nie potrafię tego potencjału wykorzystać przez... brak wiedzy!

Kraj Gburów byłby świetną scenerią dla rodzinnej sagi, dramatu społecznego (skrajnie ksenofobiczna, zastygła w stanie z połowy XVII wieku, odrzucająca wszelkie zmiany społeczność Gburów obfitować musi w ukryte dramaty, resentymenty i nierozładowaną frustrację...), czy nawet dla prozy "gatunkowej" (wykorzystującej na przykład motyw uprawianego przez tubylców szamanizmu, w zderzeniu z ludową ortodoksją niezbyt skądinąd intelektualnie rozwiniętych, a jednak święcie wierzących w swoją wyższość, katolickich Gburów - mógłby wyjść z tego równie dobrze horror, jak typowa chyba wyłącznie dla polskiej fantastyki, "fantastyka religijna").


Cóż - niczego takiego nie napiszę, bo zbyt mało wiem na temat fauny, flory, krajobrazu i ludów Afryki Południowej, a co najważniejsze... ni w ząb nie znam kaszubskiego!

Podobny był powód porażki próby literackiej obróbki jednego z węzłowych momentów historii mojej ukochanej rasy koni - projekt "Hrabina", z generałem Kuropatkinem i elitą Imperium Rosyjskiego bawiącą w początkach XX wieku "u wód" w Mineralnych Wodach. Nawet planu miasta z epoki nie udało mi się znaleźć...


Pewnym rozwiązaniem w sytuacji, gdy brak jest wiadomości o świecie realnym (a nawet nierealnym, ale mocno w geografii, biologii i etnografii tego nam znanego zakotwiczonym), byłoby oczywiście - wymyślić jakiś świat od początku do końca. No ale to jest, znowuż, nieposilne zadanie, wymagające takiego nakładu pracy, że aż ręce opadają!

Najwyraźniej, tak naprawdę, to po prostu nie mam takiego bolesnego urazu, takiego kompleksu, takiej frustracji, którą koniecznie musiałbym poprzez opowiadanie zmyślonych historii leczyć, wrodzone lenistwo i brak dyscypliny pokonując po drodze. Czy to dobrze, czy źle, skoro generalnie opowiadać lubię..? A bo ja wiem..?

2 komentarze:

  1. "wymyślić jakiś świat od początku do końca. No ale to jest, znowuż, nieposilne zadanie, wymagające takiego nakładu pracy, że aż ręce opadają!" Tolkien tworzył Śródziemie przez większość swojego życia, a i tak jest ono uniwersum niepełnymi i, jednak trzeba to przyznać: w pewnych aspektach uproszczonym.
    Moja najdłuższa próba fabularna, niedokończona została zarzucona na 83 stronie edytora tekstu, jako "schematyczna, zbyt uproszczona, ze zbyt rozwlekłymi opisami nieistotnych szczegółów". Ale jednocześnie od tamtego czasu nie napisałem nic równie długiego, co nie było pracą dyplomową.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Najwyraźniej mamy podobne podejście do tej kwestii. Powstaje zatem pytanie - jak to robią pisarze, że jednak piszą..?

      Usuń