Blog główny

sobota, 22 lutego 2014

Cykl życia produktu

Sądzę, że wszyscy to znamy i nie ma się co rozwodzić nad teorią - lubo akurat ta prezentowana na polskiej Wikipedii niespecjalnie trafia mi do przekonania: najwyraźniej pisał to ktoś po studiach z marketingu i zarządzania, komu wbito do głowy, że "marketingowiec" jest Bogiem i Władcą Stworzenia i może sobie "strategie" wybierać, jak nie przymierzając jabłka na targu, czy serki z półki w "Pierdonce".

To nie jest prawda. Piszę to jako praktyk. Najczęściej zakres możliwych i sensownych wyborów jest mocno ograniczony. Co, z drugiej strony, wynika też i z faktu, że tak naprawdę teoria "cyklu życia produktu" ma dużo większy zakres zastosowań, niż tylko banalne i błache dywagacja nad tym, jak najlepiej wmówić konsumentom potrzebę zakupu nowego "produktu finansowego" (błeeee.., fuj!).

Wyjaśnie to na przykładach. Z dwóch dziedzin, na których trochę się znam.

"Podróż lotnicza" to "produkt" dostępny na rynku od nieco ponad 100 lat. Jego "wprowadzenie" na rynek trwało kilkanaście lat i ostatecznie udało się dzięki I wojnie światowej. U jej końca był to jednak w dalszym ciągu sport dla prawdziwych herosów, hobby silnych mężczyzn (i niezwykłych kobiet!) - podziwianych i oklaskiwanych przez tłumy.

Hanna Reitsch

W zasadzie w okresie międzywojennym lotnictwo wkroczyło w swoją fazę dojrzałą: wraz z pokonaniem Atlantyku i początkiem regularnej komunikacji, obejmującej klasyczne usługi - przewóz pasażerów, towarów i poczty. W tym czasie ustalił się typowy dla branży "marketing mix", oparty na "spijaniu śmietanki". Innymi słowy: wysokie ceny, wysokie marże, produkt prestiżowy, dostępny dla elit - fakt, że elit szybko rosnących liczebnie (zwłaszcza po II wojnie światowej), ale wciąż dla elit.

Faza dojrzałości "podróży lotniczych" trwała bardzo długo. Przez trzy ćwierci wieku. Wprawdzie wraz z wprowadzeniem silników turboodrzutowych zaistniały warunki dla obniżenia cen, ale Zimna Wojna i państwowe regulacje nader skutecznie powstrzymywały każdego, komu przyszłoby do głowy z tej teoretycznej opcji skorzystać. Po co zresztą ktokolwiek miałby to robić, skoro żyło się tak dostatnio, tak pięknie, tak łatwo..? Stewardessy były młode i piękne, kapitanowie przystojni, a ikoną tego okresu stał się naddźwiękowy "Concorde": maszyna tak wspaniała, że aż absurdalna!

Takie widoki to współcześnie raczej już poza Europą...

a i w Ameryce - łatwiej w kinie niż na żywo!

a i ten widok należy do przeszłości: współcześnie dla projektantów samolotów "wyzwaniem dnia" jest jak upchnąć najwięcej siedzisk - i jak zmniejszyć zużycie paliwa..?

Niejaki pan O'Leary, wraz z rodziną Ryanów oraz (wrednymi!) komisarzami Unii Europejskiej położyli kres tej sielance. Cała branża weszła niniejszym w okres schyłkowy: ceny i marże gwałtownie spadają, a cały romantyzm w ciągu zaledwie paru lat Dyabli wzięli. Podróż samolotem stała się wydarzeniem równie banalnym, co podróż tramwajem (i doprawdy trudno pojąć, czemu wieśniactwo wciąż klaska po lądowaniu..?). Stewardessy, jeśli nawet wciąż są młode, to z całą pewnością nie należą do najpiękniejszych: bo to ciężka, niezbyt dobrze płatna praca, do której już nie garną się finalistki konkursów na lokalną Miss, a suche powietrze w kabinie niszczy cerę...

Seria spektakularnych bankructw wśród tych przewoźników, którzy usiłowali trzymać się starego paradygmatu jasno pokazuje, że nie ma tu żadnej "swobody wyboru"! LOT też nieuchronnie czeka bankructwo i naprawdę nie ma znaczenia, ilu oficerów WSI wciąż tam pracuje na dobrze płatnych posadach i jakie jeszcze wygibasy wykonają "prowadzeni" przez nich władcy Naszej Umęczonej Ojczyzny - to się może uda odwlec w czasie jeszcze o parę lat, może się uda przy okazji pogrążyć Porty Lotnicze, ale upadku NIC nie powstrzyma.

No i tu przechodzimy do clou tych rozważań. A zarazem do drugiego z przykładów, o których chciałem sobie podywagować.

Jak chodzi o pozyskiwanie żywności, to paleolit był swego rodzaju "okresem wstępnym": człowiek korzystał z tego, co mu się nawinęło - i nie był w stanie wybrzydzać. Od rewolucji neolitycznej zaczęła się "faza dojrzałości". Przejście rolnictwa krajów strefy umiarkowanej na płodozmian w okresie od XVII do XIX wieku spowodowało nasycenie rynku: po raz pierwszy w dziejach ludzkość (jako całość) dysponowała stale nadwyżkami żywności. To wtedy pojawił się nacisk na upowszechnienie wśród szerokich mas takich produktów, które wcześniej były dostępne tylko dla nielicznych: mięsa, ryb, owoców morza.

Naturalnie, ceną za to upowszechnienie, stało się też obniżenie jakości i utrata całego romantyzmu. Ale! Rzecz wcale nie jest taka jednoznaczna i oczywista. Nie tak dawno konkietę "na szkle" zrobił jakiś profesor z krakowskiej bodaj Akademii Rolniczej (o ile dobrze pamiętam), który stwierdził, że mając wybór, zawsze wybiera jaja z chowu klatkowego, przemysłowego - bo kury, które nigdy w życiu nie widziały słońca ani piasku, żyją w warunkach w pełni kontrolowanych przez człowieka i można, w związku z tym, mieć pewność, iż ich jaja czy mięso nie zawierają niczego, co by się mogło przypadkiem, "z natury" (groźnej i wrogiej...) tam przedostać i człowiekowi zaszkodzić.


Profesor taką wypowiedzią udowodnił jedynie, że jest pospolitym (także wśród kadry naukowej, a juści...) głuptakiem. Przecenił rozmiary naszej wiedzy, niedocenił rozmiarów naszej niewiedzy - o tym, co jest nam do życia i zdrowia tak naprawdę potrzebne. Kolega Wojtek obszernie ostatnio ten problem na swoim blogu eksploruje.

Tzw. "mainstream" przemysłu żywieniowego zmierza w kierunku wytyczonym przez twórców skonsumowanego uroczyście kilka miesięcy temu "syntetycznego steka". Pisałem o tym: za kilkanaście, może za kilkadziesiąt lat, o ile naszej technicznej cywilizacji szlag wcześniej nie trafi, szanująca się gospodyni domowa będzie miała w kuchni maszynę, zapewne nie większą niż zmywarka czy kuchenka z której, po zasileniu odpowiednim "tonerem", zawierającym wyprodukowane w fabryce komórki zwierzęce i roślinne, uzyskiwać będzie dowolnie programowane, gotowe do spożycia dania. Sztuka kulinarna straci kontakt z krwią, mięsem i błonami zwierzęcego ciała - tym wszystkim, co tak brzydzi przestetyzowanych lekkoduchów - a ograniczy się do umiejętności komponowania potraw, zapewne przy pomocy jakiejś intuicyjnej aplikacji (iCook..?).

tradycja

vs "nowoczesność"

Powstaje pytanie, czy temu trendowi da się w ogóle przeciwstawić? Czy aby nie są to wysiłki tak samo syzyfowe, jak rządowe próby uratowaniu LOT-u przed bankructwem..?

Owszem: i w lotnictwie pozostaje nisza dla wyindywidualizowanych z rozentuzjazmowanego tłumu indywidualistów - jest to tzw. "General Aviation", czyli loty małych, prywatnych samolotów.

Jak mały promil populacji jednak z tak archaicznej metody posługiwania się samolotem korzysta..? Chyba nawet "koniarzy" jest w Polsce więcej, niż pilotów, szybowników, lotniarzy i właścicieli prywatnych odrzutowców!

Czy "rolnictwo naturalne" stanie się w przyszłości tak samo muzealnym, tak samo elitarnym i tak samo ograniczonym zabytkiem..? Wszystko na to wskazuje...

Z jednym tylko wyjątkiem: o ile pozbawienie transportu lotniczego jego dawnego blasku i romantyzmu da się rozpatrywać wyłącznie w kategoriach ekonomicznych - o tyle przejście na całkowicie sztuczne wyżywienie wiąże się jednak z ryzykiem także zdrowotnym. Właśnie wynikłym z faktu, że różnym profesorom - głuptakom tylko WYDAJE SIĘ, że wiedzą w zupełności, od początku do końca, co jest człowiekowi do życia i zdrowia potrzebne...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz