Blog główny

piątek, 28 lutego 2014

Śmiech to zdrowie

Człowiek, najogólniej rzecz biorąc, jest rezultatem pewnych procesów termodynamicznych. Rezultatem oportunistycznym - w tym sensie, że procesy termodynamiczne, wedle naszej aktualnej o nich wiedzy, przebiegają stochastycznie, rządzi nimi rachunek prawdopodobieństwa, a nie Idea Doskonałości i szansę na zaistnienie ma każdy ustrój wystarczająco sprawny, aby utrzymać równowagę ze środowiskiem, w które rzucił go ślepy przypadek. To wymaga znacznej doskonałości jak chodzi o pewne podstawowe procesy fizyczne, ale już samopoczucie "obiektu", póki nie przywodzi go do nazbyt szybkiej zagłady ("nazbyt szybkiej", to akurat w tym wypadku dość precyzyjny termin, bo ewolucyjnie ten umiera przedwcześnie, kto się nie zdołał rozmnożyć...), jest bez znaczenia.
 
Podobnie zresztą jak losy samego "obiektu" po tym, gdy już oddał swój dług Naturze i potomstwo spłodził i odchował: stąd wszystkie dolegliwości wieku starczego, a i śmierć sama, to nie jest ani przypadek, ani żadna "kara za grzechy", tylko konsekwencja faktu, że ewolucji ustroje zachowujące doskonałą sprawność psychofizyczną przez czas nieokreślony, a przynajmniej znacząco dłuższy od "wieku reprodukcyjnego" - nigdy nie były do niczego potrzebne, tj. nigdy nie powstały warunki, w których sprawność w tym zakresie mogła dawać jakąś przewagę w walce o byt.
 
Nie będę zresztą przepisywał czy parafrazował całego "Paszkwilu na ewolucję", bo to nie ma sensu - kto chce, sam sobie przeczyta u Mistrza. Grunt, że w takim ujęciu w człowieku nie ma NIC, co by było jakoś "naturalnie", "samo z siebie", poważne, patetyczne, czy ostateczne. Kupka byle jak poskładanych komórek i tkanek. Mózg pofastrygowany naprędce świadomością, jako rodzajem "wyższego nadzorcy", do czasu (wiemy już jakiego...) utrzymującego w jakim - takim porządku wzajemnie sprzeczne dążenia warstw wywodzących się z różnych epok - a wszystkie one, poczynając od struny grzbietowej lancetnika, wciąż w nas siedzą, obudowane tylko, podparte, a czasem wyparte - nowszymi, bardziej złożonymi obszarami.
 
 
 
Ze wszystkim nie ma tu ani śladu perfidii, czy złośliwości: Ewolucja to nie osoba, więc próżnym byłoby wyrażać wobec niej jakieś pretensje. Ot - tak krawiec kraje, jak mu materii staje!
 
Nie jest tedy człowiek ani Koroną Stworzenia - jak w większości religii "mainstreamowych", ani też, podstępem lub przemocą wcielonym w podłą materię wolnym duchem - jak w gnozie. Niewiele go odróżnia od innych zwierząt - jest po prostu od innych skuteczniejszy w walce o byt i tyle.
 
Próżnym jest też wyglądać jakiejś przyszłej perfekcji. Jesteśmy ludźmi nie pomimo, a DZIĘKI naszym świństewkom, podłościom, słabościom, niekontrolowanym atawizmom, niezwalczonym instynktom, spazmom rozkoszy i bólom. Pozbawić ich nas - to pozbawić nas człowieczeństwa właśnie. Jak słusznie zauważył Mistrz: tylko względy estetyczne przemawiają za tym aby - skoro możliwość jakiegokolwiek "udoskonalania" w ogóle dopuszczamy - iść krok za krokiem, majstrując mozolnie przy tkankach naszych ciał, a nie - zbudować od podstaw jakiegoś świetlnego czy kwantowego mędrca (gdy już będziemy umieli to zrobić, ma się rozumieć: nie ma dowodu, że to niemożliwe...) i jemu przekazać nasze dziedzictwo, samemu czy to popełniając samobójstwo, czy to - zadowalając się rolą biernych konsumentów, ubezwłasnowolnionych beneficjentów dobrobytu, który zapewni - o ile go zapewni i póki go będzie zapewniał...
 
 
Skądinąd - bezprecedensowy dobrobyt ostatnich 200 lat rozkwitu naszej cywilizacji technicznej, to też jest pewne "wyzwanie ewolucyjne". Ludzie nieodporni na nadmiar rozkoszy i nadmierną łatwość istnienia - nie pozostawią po sobie potomstwa i tym sposobem, o ile nie zrobimy czegoś głupiego po drodze, nasz gatunek osiągnie sam z siebie, nowy szczebel rozwoju. Wszystko przy tym wskazuje, że pozytywnie "odsiewani" przez ten nowy rodzaj "ewolucyjnego sita" będą ludzie i całe społeczności ludzkie szczególnie gorliwe w "spirytualizacji" świata postrzeganego: amisze, chasydzi, staroobrzędowcy, lefebryści, itp.
 
W ten sposób, być może ostatecznie spełni się przepowiednia, którą zwykł się w takich momentach dzielić komentator MarkOwy - że,  mianowicie, świat całkowicie odczarowany, staje się na powrót światem zaczarowanym?
 
Coś w tym niewątpliwie jest! Dla prawdziwego poganina sacrum przeważało nad profanum: bogowie może i mieli swoje ulubione źródła, zagajniki i domy w świątyniach, ale ich świat, będący zarazem światem natury w każdej chwili mógł zerwać kruche tamy stawiane mu przez rytuał i z niszczącą na ogół mocą wkroczyć w codzienne życie ludzi. Chrześcijaństwu (a i Islamowi też...) udało się szczęśliwie zamknąć tę niebezpieczną świętość i moc w kamiennych murach świątyń (lub domów modlitwy - meczet świątynią nie jest, choć jest święty...) i ograniczyć jej oddziaływanie na człowieka do czasu świętego, stanowiącego tylko ułamek życia, a nie jego większość.
 
Wraz z laicyzacją wraca najprymitywniejsze, najbardziej wulgarne pogaństwo: ludzie, skądinąd rozsądni, deklarują niewiarę w Absolut (który, niezależnie od tego, czy istnieje, czy nie istnieje - jest przynajmniej pięknym wytworem abstrakcyjnej spekulacji najwyższej próby!) - ale za to obnoszą się z wiarą w urągające zdrowemu rozsądkowi, najoczywiściej niedorzeczne bzdury, jak duchy, UFO, horoskopy, magia, jedyny wszechświatowy spisek, prawa człowieka, demokracja czy postęp moralny.
 
 
Nie mogę powiedzieć, żeby taki rodzaj "ponownego zaczarowania świata" napawać mógł mnie optymizmem co do ludzkiego rozumu. Zapewne jednak, jest to nieuchronne. Uświadomienie sobie własnej przypadkowości, niekonieczności, małości - to nie jest problem, z którym można by sobie radzić na trzeźwo, brać go na klatę i na dłuższy czas pogrążać się w jego kontemplacji.
 
Wyjścia są trzy. Można się poddać rozpaczy - i rychło umrzeć. Można się znieczulić: takim lub innym rodzajem wiary, zaczarowującej ten pozbawiony krzty sensu świat, lub wprost - prochami i alkoholem. Można się wreszcie śmiać - bo choć NIC sensownego nie pozostało, przed czym by można pokłony bić i z czego mógłby jakiś patos w życiu wyniknąć, to przecież - powód do śmiechu zawsze się chyba znajdzie? Śmiejmy się więc! Śmiech to zdrowie.

wtorek, 25 lutego 2014

Beee, cztery nogi dobrze - dwie nogi źle..!

Jak wszyscy dobrze wiemy, knur Napoleon, by ułatwić szerokim rzeszom zwierząt Anglii zrozumienie "myśli nowej, co blaski promiennymi/ wiedzie nas na bój, na trud" streścił tę myśl w prostym haśle: cztery nogi dobrze - dwie nogi źle. To już każdy baran i każda owca była w stanie powtórzyć!


Zawsze mnie zastanawiało jak to jest, gdy człowiek dobrowolnie sam sobie horyzont umysłowy ogranicza w podobny sposób? Coś z tego musi wynikać pozytywnego, nie może inaczej być..! Tylko co..?

Przykładów na takie zachowania - multum. W ubiegłotygodniowym "NCz!" mój ulubiony głuptak, Jakub Woziński, popełnił tekst, które wprawdzie nie czytałem, ale który od prawie tygodnia leży na wierzchu kupy papierzysk przy moim stanowisku komputerowym - bo jak raz Lepsza Połowa na nim wypróbowywała długopis i tak już zostało. No i widzę, w związku z tym, czy chcę, czy nie chcę, samą końcówkę. Z której wynika, że powodem, dla którego pojawiła się ideologia gender jest... istnienie rejestrowanych przez państwo związków małżeńskich! Beee... dwie nogi źle..!

Z kolei mój dawny współpracownik z czasów projektu "Agepo", Maczeta Ockhama już parę lat temu zachorował na zoologiczny antyamerykanizm. Okazuje się, że nie jest mu też obca zoologiczna antyrosyjskość - w związku z czym cieszy się ostatnio ze "zwycięstwa demokracja" na Ukrainie... No - witki opadają..! Beee... cztery nogi dobrze..! 

I tak dalej i temu podobne. Więc ja się teraz pytam - pytam, bo nie wiem. Co takiego DAJE tym ludziom skrajne uproszczenie sposobu postrzegania świata, że tacy są w tym nadęci, tacy zaślepieni, tacy pozbawieni elementarnego poczucia humoru, że o skłonności do brania pod uwagę argumentów strony przeciwnej nie wspomnę (bo i nie ma po co - ale to akurat nic dziwnego, nie po to się przecież publikuje, na ogół, żeby z kimkolwiek dyskutować - tylko po to, żeby samego siebie utwierdzić w przekonaniu o własnej mądrości...)..? Ktoś z Państwa rozumie to zjawisko, potrafi mi wytłumaczyć..?

niedziela, 23 lutego 2014

Proste pytanie

Tak czysto teoretycznie, to oczywiście, że Nizina Kijowska jest kluczem ("Schwerpunkt") do bezpieczeństwa Polski od wschodu. Czysto teoretycznie oczywiście, że WSZYSCY nasi sąsiedzi, jako narody praworządne i państwowotwórcze (nawet, jeśli nie wszystkie za takowe właśnie uchodzą...) zasługują na to, aby... mieć jak najwięcej państw na swoim terytorium! Dwie Ukrainy to lepiej niż jedna, a 380 państw niemieckich, to byłby wręcz - stan idealny...

No ale to jest czysta teoria. Doskonale podpadająca pod trzeźwą obserwację Sun Zi sprzed 2500 lat: można doskonale wiedzieć jak zwyciężyć - a i tak nie być w stanie tego zrobić.


Bo - tu pada moje jedno, proste pytanie do wszystkich miłośników książęcia Giedroycia, tudzież zwolenników "Ideologii Czynu", co to - jak Profesor Bobola - nawołują do "odzyskania prastarych ziem kresowych" - czym..? Czym na Boga..? Czym mamy być dla Ukraińców atrakcyjni, gdy sami dla siebie atrakcyjni nie jesteśmy - co widać dowodnie po tym, że miliony młodych Polaków wybierają raczej ciasnotę Wysp niż szeroki oddech rodzimego stepu.

Co to właściwie za bzdura z tym "byciem adwokatem Ukrainy" w Jewrosojuzie..? Znaczy się że co? Że jak Niemcy powiedzą: nein! - to my im się w interesie Ukraińców Rejtanem postawimy..? A juści...

I WCALE nie przemawia przeze mnie jakiś defetyzm czy pacyfizm. Po prostu. Dla Ukrainy i dla Ukraińców ZAWSZE korzystniej będzie dogadać się z Niemcami - pośrednictwo Polski nie jest im do niczego potrzebne. Narzucając się z tym pośrednictwem, pielgrzymując do Kijowa - polscy politycy wyłącznie robią z siebie idiotów.


Bo raz - że gówno mogą. A dwa - że nikt ich tam tak naprawdę nie potrzebuje i nie chce.

Niemcy mogą Ukraińcom całkiem spokojnie obiecać na przykład Chełmszczyznę. Dlaczego nie? Już raz im ją oddali - w 1918.

A co mogą Ukraińcom TAK REALNIE obiecać Polacy..? Pomoc w znalezieniu roboty na londyńskim zmywaku..?


I dlatego - skoro nie udało się CAŁEJ Ukrainy wciągnąć do Jewrosojuza (co przynajmniej ten miałoby plus, że zapewne wymusiłoby gruntowną reformę obowiązującego w Jewrosojuzie systemu rozdawnictwa pieniędzy - po prostu środków by zabrakło na kontynuację obecnej polityki, w tym zwłaszcza, Wspólnej Polityki Rolnej) - to zdecydowanie najlepiej dla nas byłoby pozostawić sprawy w Kijowie ich własnemu biegowi i do niczego się nie mieszać.

Janukowycz, zresztą z jakimiś polskimi korzeniami i ze wschodu Ukrainy, więc bez banderowskich obciążeń, przynajmniej mógł być partnerem do interesów. Małych, bo małych (bo na duże nas po prostu nie stać) - ale, jak słusznie zauważył Wieszcz, każdy dusi swego - mały, małego.


A teraz? Teraz albo będziecie mieli, o idioci, jakąś kolejną wersję Bałkanów tuż za Bugiem (jedyny plus, że ukraińskie prostytutki JESZCZE stanieją...) - albo, co chyba bardziej prawdopodobne, a i gorsze jeszcze - jednoznacznie proniemiecko - banderowską Zachodnią Ukrainę: sąsiada w oczywisty sposób wrogiego, nie kryjącego pretensji terytorialnych do Polski, żywiącego się agresywnym, młodym nacjonalizmem, na który nie mamy czym odpowiedzieć, bo u nas już nawet wśród kiboli brak takiej "siły ducha"...

sobota, 22 lutego 2014

Cykl życia produktu

Sądzę, że wszyscy to znamy i nie ma się co rozwodzić nad teorią - lubo akurat ta prezentowana na polskiej Wikipedii niespecjalnie trafia mi do przekonania: najwyraźniej pisał to ktoś po studiach z marketingu i zarządzania, komu wbito do głowy, że "marketingowiec" jest Bogiem i Władcą Stworzenia i może sobie "strategie" wybierać, jak nie przymierzając jabłka na targu, czy serki z półki w "Pierdonce".

To nie jest prawda. Piszę to jako praktyk. Najczęściej zakres możliwych i sensownych wyborów jest mocno ograniczony. Co, z drugiej strony, wynika też i z faktu, że tak naprawdę teoria "cyklu życia produktu" ma dużo większy zakres zastosowań, niż tylko banalne i błache dywagacja nad tym, jak najlepiej wmówić konsumentom potrzebę zakupu nowego "produktu finansowego" (błeeee.., fuj!).

Wyjaśnie to na przykładach. Z dwóch dziedzin, na których trochę się znam.

"Podróż lotnicza" to "produkt" dostępny na rynku od nieco ponad 100 lat. Jego "wprowadzenie" na rynek trwało kilkanaście lat i ostatecznie udało się dzięki I wojnie światowej. U jej końca był to jednak w dalszym ciągu sport dla prawdziwych herosów, hobby silnych mężczyzn (i niezwykłych kobiet!) - podziwianych i oklaskiwanych przez tłumy.

Hanna Reitsch

W zasadzie w okresie międzywojennym lotnictwo wkroczyło w swoją fazę dojrzałą: wraz z pokonaniem Atlantyku i początkiem regularnej komunikacji, obejmującej klasyczne usługi - przewóz pasażerów, towarów i poczty. W tym czasie ustalił się typowy dla branży "marketing mix", oparty na "spijaniu śmietanki". Innymi słowy: wysokie ceny, wysokie marże, produkt prestiżowy, dostępny dla elit - fakt, że elit szybko rosnących liczebnie (zwłaszcza po II wojnie światowej), ale wciąż dla elit.

Faza dojrzałości "podróży lotniczych" trwała bardzo długo. Przez trzy ćwierci wieku. Wprawdzie wraz z wprowadzeniem silników turboodrzutowych zaistniały warunki dla obniżenia cen, ale Zimna Wojna i państwowe regulacje nader skutecznie powstrzymywały każdego, komu przyszłoby do głowy z tej teoretycznej opcji skorzystać. Po co zresztą ktokolwiek miałby to robić, skoro żyło się tak dostatnio, tak pięknie, tak łatwo..? Stewardessy były młode i piękne, kapitanowie przystojni, a ikoną tego okresu stał się naddźwiękowy "Concorde": maszyna tak wspaniała, że aż absurdalna!

Takie widoki to współcześnie raczej już poza Europą...

a i w Ameryce - łatwiej w kinie niż na żywo!

a i ten widok należy do przeszłości: współcześnie dla projektantów samolotów "wyzwaniem dnia" jest jak upchnąć najwięcej siedzisk - i jak zmniejszyć zużycie paliwa..?

Niejaki pan O'Leary, wraz z rodziną Ryanów oraz (wrednymi!) komisarzami Unii Europejskiej położyli kres tej sielance. Cała branża weszła niniejszym w okres schyłkowy: ceny i marże gwałtownie spadają, a cały romantyzm w ciągu zaledwie paru lat Dyabli wzięli. Podróż samolotem stała się wydarzeniem równie banalnym, co podróż tramwajem (i doprawdy trudno pojąć, czemu wieśniactwo wciąż klaska po lądowaniu..?). Stewardessy, jeśli nawet wciąż są młode, to z całą pewnością nie należą do najpiękniejszych: bo to ciężka, niezbyt dobrze płatna praca, do której już nie garną się finalistki konkursów na lokalną Miss, a suche powietrze w kabinie niszczy cerę...

Seria spektakularnych bankructw wśród tych przewoźników, którzy usiłowali trzymać się starego paradygmatu jasno pokazuje, że nie ma tu żadnej "swobody wyboru"! LOT też nieuchronnie czeka bankructwo i naprawdę nie ma znaczenia, ilu oficerów WSI wciąż tam pracuje na dobrze płatnych posadach i jakie jeszcze wygibasy wykonają "prowadzeni" przez nich władcy Naszej Umęczonej Ojczyzny - to się może uda odwlec w czasie jeszcze o parę lat, może się uda przy okazji pogrążyć Porty Lotnicze, ale upadku NIC nie powstrzyma.

No i tu przechodzimy do clou tych rozważań. A zarazem do drugiego z przykładów, o których chciałem sobie podywagować.

Jak chodzi o pozyskiwanie żywności, to paleolit był swego rodzaju "okresem wstępnym": człowiek korzystał z tego, co mu się nawinęło - i nie był w stanie wybrzydzać. Od rewolucji neolitycznej zaczęła się "faza dojrzałości". Przejście rolnictwa krajów strefy umiarkowanej na płodozmian w okresie od XVII do XIX wieku spowodowało nasycenie rynku: po raz pierwszy w dziejach ludzkość (jako całość) dysponowała stale nadwyżkami żywności. To wtedy pojawił się nacisk na upowszechnienie wśród szerokich mas takich produktów, które wcześniej były dostępne tylko dla nielicznych: mięsa, ryb, owoców morza.

Naturalnie, ceną za to upowszechnienie, stało się też obniżenie jakości i utrata całego romantyzmu. Ale! Rzecz wcale nie jest taka jednoznaczna i oczywista. Nie tak dawno konkietę "na szkle" zrobił jakiś profesor z krakowskiej bodaj Akademii Rolniczej (o ile dobrze pamiętam), który stwierdził, że mając wybór, zawsze wybiera jaja z chowu klatkowego, przemysłowego - bo kury, które nigdy w życiu nie widziały słońca ani piasku, żyją w warunkach w pełni kontrolowanych przez człowieka i można, w związku z tym, mieć pewność, iż ich jaja czy mięso nie zawierają niczego, co by się mogło przypadkiem, "z natury" (groźnej i wrogiej...) tam przedostać i człowiekowi zaszkodzić.


Profesor taką wypowiedzią udowodnił jedynie, że jest pospolitym (także wśród kadry naukowej, a juści...) głuptakiem. Przecenił rozmiary naszej wiedzy, niedocenił rozmiarów naszej niewiedzy - o tym, co jest nam do życia i zdrowia tak naprawdę potrzebne. Kolega Wojtek obszernie ostatnio ten problem na swoim blogu eksploruje.

Tzw. "mainstream" przemysłu żywieniowego zmierza w kierunku wytyczonym przez twórców skonsumowanego uroczyście kilka miesięcy temu "syntetycznego steka". Pisałem o tym: za kilkanaście, może za kilkadziesiąt lat, o ile naszej technicznej cywilizacji szlag wcześniej nie trafi, szanująca się gospodyni domowa będzie miała w kuchni maszynę, zapewne nie większą niż zmywarka czy kuchenka z której, po zasileniu odpowiednim "tonerem", zawierającym wyprodukowane w fabryce komórki zwierzęce i roślinne, uzyskiwać będzie dowolnie programowane, gotowe do spożycia dania. Sztuka kulinarna straci kontakt z krwią, mięsem i błonami zwierzęcego ciała - tym wszystkim, co tak brzydzi przestetyzowanych lekkoduchów - a ograniczy się do umiejętności komponowania potraw, zapewne przy pomocy jakiejś intuicyjnej aplikacji (iCook..?).

tradycja

vs "nowoczesność"

Powstaje pytanie, czy temu trendowi da się w ogóle przeciwstawić? Czy aby nie są to wysiłki tak samo syzyfowe, jak rządowe próby uratowaniu LOT-u przed bankructwem..?

Owszem: i w lotnictwie pozostaje nisza dla wyindywidualizowanych z rozentuzjazmowanego tłumu indywidualistów - jest to tzw. "General Aviation", czyli loty małych, prywatnych samolotów.

Jak mały promil populacji jednak z tak archaicznej metody posługiwania się samolotem korzysta..? Chyba nawet "koniarzy" jest w Polsce więcej, niż pilotów, szybowników, lotniarzy i właścicieli prywatnych odrzutowców!

Czy "rolnictwo naturalne" stanie się w przyszłości tak samo muzealnym, tak samo elitarnym i tak samo ograniczonym zabytkiem..? Wszystko na to wskazuje...

Z jednym tylko wyjątkiem: o ile pozbawienie transportu lotniczego jego dawnego blasku i romantyzmu da się rozpatrywać wyłącznie w kategoriach ekonomicznych - o tyle przejście na całkowicie sztuczne wyżywienie wiąże się jednak z ryzykiem także zdrowotnym. Właśnie wynikłym z faktu, że różnym profesorom - głuptakom tylko WYDAJE SIĘ, że wiedzą w zupełności, od początku do końca, co jest człowiekowi do życia i zdrowia potrzebne...

środa, 19 lutego 2014

Dlaczenie nie opowiadam zmyślonych historii?

Bez kokieterii i fałszywej skromności przyznam, że w zasadzie umiem opowiadać historie (oczywiście, że trafiają mi się kiksy: powtórzenia, czasem nawet błędy ortograficzne, a i pamięć już nie ta, co kiedyś...), a co najważniejsze - lubię to robić. Opowiadanie historii jest właściwie moim sposobem przeżywania świata.

Tyle tylko, że opowiadam, nieodmiennie, historie prawdziwe. Które sam przeżyłem. Ewentualnie - gdzieś zasłyszałem.

Dlaczego nie wymyślam historii fikcyjnych?

Pytanie to dręczy mnie odkąd codziennie, z wyjątkiem łykendów, spędzam prawie dwie godziny w pociągu, pochłaniając w tym czasie różne mniej lub bardziej ciekawe opowieści. Póki co z miesięcznika "Nowa Fantastyka", którego kilka numerów kupiłem w dziwnym kiosku rozprowadzającym za połowę ceny stare numery pism (ale o tym już opowiadałem...).

Odpowiedź pierwsza i zarazem najbardziej lapidarna jest taka, że jestem po prostu zbyt leniwy. Państwo niejednokrotnie narzekali, że piszę zbyt rozwlekle i o zbyt wielu rzeczach naraz. Faktycznie - mój "przeciętny" wpis na blogu to jakieś 2 - 3 strony w Wordzie. Od dawna udowodniono, że już pod koniec pierwszej strony większość współczesnych czytelników traci wątek, zniechęca się i porzuca lekturę.

Co jest zapewne jednym z ważniejszych powodów, dla którego mój blog główny, "Konie achałtekińskie...", od dłuższego już czasu znajduje się w martwym punkcie: czytelnictwo utrzymuje się na stałym poziomie i od bardzo, bardzo dawna, nie przybył mi żaden dający zauważalną liczbę wejść "link naturalny".

Jednakowoż 2 - 3 strony w Wordzie (a nawet 7 do 9, jak w przypadku najdłuższych wpisów, jakie kiedykolwiek popełniłem) to, w przypadku literackiej fikcji, historii zmyślonej, a nie prawdziwej, nie byłby nawet "short", a wręcz - literackie stringi, miniaturka zaledwie aspirująca do szlachetnej i klasycznej formy noweli (wedle wzorca "Sokoła" z Dekameronu...).

Formy dłuższej niż 2 - 3 strony (a nawet 7 do 9) nie dałbym rady napisać "na jednym oddechu", pod wpływem chwilowego impulsu natchnienia. Musiałbym nad tym pracować systematycznie, przez dłuższy czas. Tymczasem - ilekroć próbowałem tak postępować, a próbowałem przecież - rychło okazywało się, że brak mi wytrwałości i dyscypliny (a piszę te słowa w chwili, gdy na "Koniach achałtekińskich..." liczba postów zbliża się do 1200! Okazuje się jednak, że czymś zupełnie innym jest nawet i codziennie, a czasem dwa razy dziennie, o czymś nowym opowiedzieć - a czymś innym, snuć tę samą opowieść nie wiadomo jak długo...).

Historie prawdziwe tę mają przewagę nad zmyślonymi, że... nie trzeba ich wymyślać! Samo zaś zdanie relacji z tego, co się dzieje lub działo - zajmuje po prostu dużo mniej czasu i miejsca, no i właśnie: skoro z góry wiadomo, jak taka, prawdziwa przecież historia się kończy, skoro nie trzeba wprowadzać czytelników w nastrój i charakteryzować postaci - to daje się ją "jednym oddechem" opisać...

Poza tym pierwszym i najważniejszym chyba powodem jest, oczywiście, cała masa innych. Uczestniczyłem w zbiorowej kreacji kilku "zmyślonych" uniwersów w postaci wątków historii alternatywnej. Niektóre z nich uważam za obdarzone sporym nawet "potencjałem literackim". Cóż, kiedy nie potrafię tego potencjału wykorzystać przez... brak wiedzy!

Kraj Gburów byłby świetną scenerią dla rodzinnej sagi, dramatu społecznego (skrajnie ksenofobiczna, zastygła w stanie z połowy XVII wieku, odrzucająca wszelkie zmiany społeczność Gburów obfitować musi w ukryte dramaty, resentymenty i nierozładowaną frustrację...), czy nawet dla prozy "gatunkowej" (wykorzystującej na przykład motyw uprawianego przez tubylców szamanizmu, w zderzeniu z ludową ortodoksją niezbyt skądinąd intelektualnie rozwiniętych, a jednak święcie wierzących w swoją wyższość, katolickich Gburów - mógłby wyjść z tego równie dobrze horror, jak typowa chyba wyłącznie dla polskiej fantastyki, "fantastyka religijna").


Cóż - niczego takiego nie napiszę, bo zbyt mało wiem na temat fauny, flory, krajobrazu i ludów Afryki Południowej, a co najważniejsze... ni w ząb nie znam kaszubskiego!

Podobny był powód porażki próby literackiej obróbki jednego z węzłowych momentów historii mojej ukochanej rasy koni - projekt "Hrabina", z generałem Kuropatkinem i elitą Imperium Rosyjskiego bawiącą w początkach XX wieku "u wód" w Mineralnych Wodach. Nawet planu miasta z epoki nie udało mi się znaleźć...


Pewnym rozwiązaniem w sytuacji, gdy brak jest wiadomości o świecie realnym (a nawet nierealnym, ale mocno w geografii, biologii i etnografii tego nam znanego zakotwiczonym), byłoby oczywiście - wymyślić jakiś świat od początku do końca. No ale to jest, znowuż, nieposilne zadanie, wymagające takiego nakładu pracy, że aż ręce opadają!

Najwyraźniej, tak naprawdę, to po prostu nie mam takiego bolesnego urazu, takiego kompleksu, takiej frustracji, którą koniecznie musiałbym poprzez opowiadanie zmyślonych historii leczyć, wrodzone lenistwo i brak dyscypliny pokonując po drodze. Czy to dobrze, czy źle, skoro generalnie opowiadać lubię..? A bo ja wiem..?

poniedziałek, 17 lutego 2014

Dlaczego Hobbes nie miał racji, a libertarianie i tak błądzą..?

Gdybym chciał wyliczać i linkować wszystkie eseje na blogu głównym, w których zastanawiałem się nad granicą między "tym co ludzkie" a "tym co zwierzęce" - spędziłbym na tej zbożnej czynności większą część dnia. A mam jeszcze inne rzeczy do roboty!

Podsumuję więc tylko jednym zdaniem: NIE UDAŁO MI SIĘ takiej granicy wyznaczyć. Ludzie pragną odróżniać się od innych zwierząt. I w zasadzie to pragnienie jest JEDYNĄ rzeczą, która ich faktycznie jakościowo od pozostałych stworzeń ożywionych odróżnia - bo nic nie wskazuje na to, aby koni martwiło dzielenie wspólnej kondycji bytowej z krowami, a kotów - z psami. Nawet, jeśli się wzajemnie nie kochają!
 

Również instytucje oraz behawioralne reguły postępowania, jakie wytwarza człowiek, mają swoje odpowiedniki w świecie zwierzęcym. I tak własność jest efektem rozwoju wspólnego wszystkim zwierzętom terytorialnym instynku walki o "przestrzeń życiową". Władza w społeczeństwie ludzkim nie różni się w sposób jakościowy od władzy w gromadzie szympansów, stadzie koni czy watasze wilków. Nie może istnieć grupa zwierząt nie posiadająca jakichś w miarę stałych reguł zachowania - przy czym, im wyżej rozwinięty system nerwowy, tym mniej spośród tych reguł ma charakter wrodzony, a więcej - nabywanych jest w toku socjalizacji i podlega, w związku z tym, pewnej zmienności "kulturowej".

Nasze konie jedzą posiłki z wiaderek stawianych na ziemi. Wykształciły, w związku z tym, cały rytuał, zaczynając od kolejności, w jakiej podchodzą, abym mógł postawić wiaderko z owsem czy marchewką, przez dość ściśle określone miejsca, gdzie każda z Trzech Gracji najchętniej spożywa swój posiłek, pozy jakie przy tym przyjmują i odległości, jakie muszą być przestrzegane, by nie doszło do awantury - a kończąc na obchodzeniu, w kolejności wynikającej z pozycji w stadzie, kolejno wszystkich trzech miejsc, w których stały wiaderka (gdy już zostaną opróżnione i zabrane) i wyjadaniu ewentualnych, rozsypanych resztek.

Podstawa tego rytuału to wrodzona wszystkim koniowatym zasada, że kolejność zaspokajania potrzeb życiowych zależy od miejsca w hierarchii - to szefowa pierwsza je, pije, zajmuje najlepsze miejsce do odpoczynku, itd.

Ale już konkretny sposób realizacji tej zasady jest nasz, naszym tylko koniom właściwy, unikalny. Kiedy swego czasu prowadziłem pensjonat, konie nowo przybyłe, musiały się "właściwego" zachowania podczas posiłku uczyć. Co ciekawe - nie tylko ja je uczyłem (będąc naturalnie zainteresowanym w utrzymaniu porządku - jako dobry komendant obozu, ma się rozumieć...), ale i nasze, dawniej tu przebywające konie wchodziły w role swoistych "capo", aktywnie wymuszając na przybyszach konformizm względem reguł, do których przywykły.


Ten wzorzec zachowań "kulturalnych" jest przy tym na swój sposób dziedziczny: źrebięta uczyły się tego zachowania od matek (i w ich przypadku wychodziło to zresztą jeszcze sprawniej, niż w przypadku dorosłych koni wdrażanych do takiego porządku...).

Kultury wytwarzane przez ludzi są oczywiście nieskończenie bardziej skomplikowane od tego prostego rytuału naszych koni - ale czy sam tylko stopień komplikacji sprawia, że można mówić o odmienności zasady, skoro mechanizmy wytwarzania i przekazywania takich zachowań są co do joty IDENTYCZNE?

Hobbes nie miał racji, ponieważ nigdy nie istniał żaden "stan natury", rozumiany jako "wojna każdego z każdym". Gdyby Hobbes miał rację, to nasze konie za każdym razem, gdy tylko spuściłbym je z oka podczas posiłku - natychmiast wszczynałyby burdę. Tymczasem coś takiego praktycznie się nie zdarza: mogę postawić przed nimi wiaderka, a potem pójść nalać wody czy podrzucić siano pod wiatą, a one nadal grzecznie jedzą każda swoje - póki choć jedna nie skończy. "Wzorzec zachowania" został przez nie zinternalizowany i nie tylko się przeciw niemu nie buntują, ale też - gdy jest po temu okazaja i potrzeba, same go propagują i umacniają.


"Stan natury" jest porządkiem, a nie chaosem. Własność, władza, hierarchia, prawo - nie są instytucjami nieznanymi naturze, nie zstąpiły na ziemię z Niebios, ani też - nie są (jak uważało i nadal uważa bardzo wielu utopistów!) efektem gwałtu lub oszustwa ze strony jakiejś agresywnej mniejszości, która kiedyś, dawno temu zapragnęła żyć na koszt ciężko pracującego ogółu. To są  wszystko instytucje wspólne ludziom i bardzo wielu innym gatunkom zwierząt.

Dlatego też, niezależnie od tego, że Hobbes nie miał racji (i państwo WCALE nie broni ludzi przed ich własną agresją..!), że nie miał też w żadnym razie racji Hegel (i nie jest bynajmniej państwo "tworem etycznym", czy też "koniecznym warunkiem dla powstania etyki"), ani nawet Kant (i żadne oświecenie nie prowadzi do "państwa celów") - libertarianie, słusznie wytykając faktyczną bezcelowość istnienia państwa (NIE DA SIĘ udowodnić, że państwo spełnia jakąkolwiek użyteczną funkcję...), mimo to i tak błądzą, gdy - i jeśli - wydaje im się, że można państwo jako "terytorialny monopol na używanie przemocy" znieść lub drastycznie ograniczyć.

Ponieważ ludzie są ludźmi nie ze względu na ideały, zalety, cnoty - tylko dzięki swoim wadom, słabościom, ułomnościom. A z tych właśnie wad, słabości, ułomności - wyrasta konieczna przemoc i dążenie do - takiego lub innego - monopolu na jej używanie. Aby zanikło państwo, potrzeba by zmienić nie kulturę - a geny.

Tyle tylko, że wtedy - nie byłoby też już i ludzi...

poniedziałek, 10 lutego 2014

Let it be!

Wiedzieni małpim zupełnie odruchem nabyliśmy w sobotę, podczas bytności w Warce, bieżący numer "Najwyższego Czasu!". Kompletnie nie wiem po co? Żeby sztachnąć się kolejną porcją oderwanych od rzeczywistości prognoz i snów na jawie? Naturalnie - wieszczących wielkie zwycięstwo korwinizmu już w najbliższych wyborach? Czy też po to, żeby przekonać się, jak mój "ulubieniec", patentowy bałwan, Jakub Woziński, kompromituje się brakiem podstawowych wiadomości o Islamie - dowodząc zarazem, że żaden brak nie powstrzyma go od pisania na ten temat..?

Szkoda strzępić klawiaturę na takie idiotyzmy.

Za to na moim ulubionym historycznym forum poniósł mnie nerw. Trwa tam niekończąca się jak niemieckie baśnie dyskusja o tzw. "problemie demograficznym".

Dyskusje tego rodzaju są z definicji bezsensowne. Prognozy, na których się opierają, tak samo jak WSZYSTKIE INNE prognozy, zasadzają się bowiem na ekstrapolowaniu w przyszłość stanu aktualnego.

Tak więc - skoro AKTUALNIE rodzi się w Polsce mniej dzieci niż umiera starców - to jednym ruchem myszki przedłużając ten wykres o 20 lat, łatwo dojść do tego, kiedy Polaków będzie już tylko 30 milionów, 20 milionów - a nawet dojść, kiedy umrze ostatni Polak.

Na podobnej zasadzie jakiś bęcwał wyliczył, kiedy umrze ostatni niebieskooki blondyn. Bo te cechy kodują recesywne geny które przy mieszankach międzyrasowych rzadziej się ujawniają w fenotypie.


W obu przypadkach, na alarm biją rasiści - i to głupi: ostatecznie, co z tego, że recesywne geny nie ujawianiają się w fenotypie tak często? Przecież nie znikają, tylko są przenoszone na potomstwo - w ukryciu. W określonym procencie przypadków ujawnią się tak, czy inaczej - ergo: ZAWSZE będą się rodzić jacyś niebieskoocy blondyni (choć będzie ich mniej niż było, gdy chowali się "wsobnie"...).

Jeśli tylko czynniki demograficzne brać pod uwagę, to przewidywanie śmierci ostatniego Polaka jest równie bezsensowne: jak już kiedyś pisałem, koniec końców najchętniej rozmnażają się ludzie, którym sprawia to największą satysfakcję - i, niezależnie od tego, czy jest to cecha wrodzona, czy kulturowa - istnieje niezerowe prawdopodobieństwo, że potomkowie ludzi rozmnażających się, bo sprawia im to satysfakcję, RÓWNIEŻ będą odczuwać podobną satysfakcję z tej, skądinąd mało intelektualnej czynności - za czym, z biegiem czasu, "posiądą Ziemię".

Prognozy budowane w ten sposób ogólnie cechuje to właśnie, że się NIE sprawdzają. Z zasady. Kiedy to miał się nam skończyć węgiel albo ropa naftowa wedle sławetnych "raportów dla Klubu Rzymskiego" z lat 60-tych..? Kiedyż to - jak przewidywała RAND Corporation - miało być w posiadaniu Wielkich więcej głowic bojowych niż potencjalnych celów..?

I co - sprawdziło się coś z tego..?

Tak, jak napisałem na forum - prawdziwym problemem nie jest to, że Polki nie chcą mieć dzieci. Prawdziwym problemem jest to, że one nie chcą mieć dzieci z Polakami. A już z Arabami czy Turkami: a i owszem, czemu nie! A to dotyka zakompleksionych rasistów jak osobista obelga - jak zakwestionowanie rozmiarów ich męskości...

I naprawdę nie ma znaczenia, czy są to rasiści ogoleni na łyso i pałujący "kolorowych", czy rasiści wystrojeni w zgrzebne płótna i unikający mięsa jak ognia (tych drugich zdaje się być, w gruncie rzeczy, dużo więcej...).

sobota, 8 lutego 2014

Rytuał

Pisząc swego czasu o chrzcie Polski w 966 roku, jako o próżnym, pozbawionym istotnego pod względem religijnym znaczenia akcie gwałtu - z czego już kiedyś, na blogu głównym kpiłem - pan Woziński, mój "ulubiony" libertarianin, jak zwykle daje wyraz oceanicznym wręcz rozmiarom swojej ignorancji. Również i pod tym względem, że miesza publiczne wyznawanie religii (spełnianie rytuałów) z posiadaniem jakichś religijnych przekonań.

Tymczasem to nawet i dzisiaj są dwie całkowicie różne sprawy - a wówczas, ponad 1000 lat temu, tylko ostatni bałwan mógł te dwie sprawy ze sobą utożsamiać!


Oczywiście: chrześcijaństwo tym się między innymi różniło od religii pogańskich, które zastąpiło w Europie, że domagało się i domaga się od swoich wiernych nie tylko spełniania pewnych rytuałów (a więc: publicznego wyznawania religii), ale też - podaje im pewien zespół przekonań, które KONIECZNIE należy podzielać.

Zauważcie jednak, że gdyby religię dało się sprowadzić WYŁĄCZNIE do podzielania takich lub innych przekonań, to w ogóle żadne rytuały nie byłyby potrzebne. Po co? Skoro Bóg jest wszechwiedzący, to przecież wie, czy ktoś w niego wierzy, czy nie - nieprawdaż..? A skoro Bóg to i tak wie - to po jaką cholerę modlitwy, ofiary, ukłony, zwroty jak na wojskowej paradzie i cały ten ceremoniał..?


Bywały w historii Kościoła takie ruchy heretyckie, które z wyżej ukazanego założenia wychodząc, dążyły do zredukowania rytuału, lub zgoła do pozbycia się go w całości. Jak do tej pory jednak, żadna taka herezja nie odniosła sukcesu. Albo musiała z czasem zgodzić się na powrót rytuału - czasem w formie tylko pozornie uproszczonej, a w rzeczy samej, o wiele dotkliwsze stawiającej wiernym wymagania (jak u kalwinów z ich całe codzienne życie przenikającą "etyką" - lubo nie uważam użycia tego terminu za najszczęśliwszy i stąd cudzysłów - która tak zafascynowała Maxa Webera, że aż zaczęło mu się w niej zwidywać źródło kapitalizmu...). Albo też - pozostawała ruchem elitarnym, o szczupłej bardzo liczebności i zwykle - rychło popadała w zapomnienie.


Dlaczego tak się dzieje..? Nie chciałbym tu wchodzić w rozważania na temat istotnych przyczyn, bo zwyczajnie - nie wiem. Czysto fenomenologicznie jednak, nie sposób nie zauważyć, że posiadanie silnych (a czasem nawet: jakichkolwiek...) przekonań o charakterze religijnym jest rzeczą rzadką. Mało kto się nad tym zastanawia. I może dobrze - bo jak nieprzygotowany teologicznie, a chociażby filozoficznie człowiek zaczyna sobie fantazjować o "rzeczach ostatecznych" - to z tego tylko kuriozum, śmiech i obraza Boska wychodzi. Jak chociażby - wiara w duchy czy w życie pozagrobowe (co jest absurdalne i bez istotnego "zawieszenia niewiary" nawet w porządnie logicznej dogmatyce Kościoła bardzo trudne do strawienia...), przy deklarowaniu niewiary w Boga (który dla odmiany jest Bytem logicznym doskonale i, wbrew pozorom, łatwo się uzasadnia, na co też mamy istne biblioteki dowodów...).

Kościół NIGDY nie zgodził się ze stwierdzeniem, że sama tylko wiara (samo posiadanie przykonań o charakterze religijnym) wystarczy. Wręcz przeciwnie! Publiczne uczestnictwo w rytuałach było i jest gwarancją spełnienia wszystkich obietnic, jakie tylko religia katolicka może swoim wiernym oferować (o ile ich to, rzecz jasna, w jakikolwiek bądź sposób obchodzi - no bo skoro się nad tym nie zastanawiają, to ani nie popadają w niebezpieczeństwo błędu, ani też - sprecyzowanych oczekiwań co do "oferty" spodziewać się po nich nie należy...).


Jest to w ogóle fundament powodzenia katolicyzmu jako religii. O czym może innym razem, boż traktatu o historii religii tu nie piszę, tylko tego idiotę Wozińskiego po raz kolejny flekuję - nieprawdaż..?

Skoro fundamentem katolicyzmu jest publiczne uczestnictwo w rytuałach, to "podmiotem" w owych rytuałach uczestniczącym mogą być nie tylko pojedynczy ludzie (tylko pojedynczy, konkretni ludzie mogą mieć jakieś poglądy, w tym - jakieś przekonania o charakterze religijnym...), ale też - a nawet: przede wszystkim - wspólnoty ludzkie. W tym także i państwa.

Mieszko I swoje państwo ochrzcił i poddanych do udziału w rytuale - na tyle, na ile mógł - przymusił. Nie ma najmniejszego, teologicznego powodu zastanawiać się nad tym, czy był to akt skuteczny, pożyteczny i słuszny. Jasne, że BYŁ. A co tam sobie jeden z drugim myślał i czy tylko na wypięte zadki dwórek się gapił, albo po cichu do Trygława czy innego Swarożyca wzdychał - a kogo to obchodzi..?

Takie subiektywne, nieistotne z punktu widzenia mores całej wspólnoty dystrakcje mogą interesować li i jedynie heretyka - kalwinistę na ten przykład. Co jeszcze raz i chyba ostatecznie dowodzi, że cały ten libertarianizm to jedna wielka herezja!

czwartek, 6 lutego 2014

Kosika czarnowidztwo

Przebywając ostatnio w Trochę Większym Mieście nabyłem, drogą kupna - sprzedaży, styczniowy numer "Nowej Fantastyki". Właściwie to chciałem nabyć najnowszy, lutowy - ale okazało się, że w okienku, do którego rzuciła mnie ludzka fala, nabyć można wyłącznie periodyki przeterminowane - za to za mniej niż połowę ceny. Osobliwość tę pozostawiam bez komentarza. W sumie - a jakież to ma znaczenie w przypadku pisma literackiego, raczej nie goniącego za sensacją i nowością..?
 
Nawet to, że tak się zapierałem na najnowszy numer, to był skutek pomyłki - kojarzyłem bowiem, że dopiero co "Nową Fantastykę" przeczytałem, ergo - pewnikiem był to numer styczniowy. Okazało się że bynajmniej! Przeczytałem bowiem tak naprawdę numer z listopada. Który wcześniej przeleżał sobie wśród papierzysk, aż wyciągnąłem go, gdy przejściowy brak samochodu zmusił mnie do szukania lektur do pociągu...
 
Kiedy zakończę lekturę styczniowej "Nowej Fantastyki" zatem - trudno przewidzieć! Na razie ledwo ją napocząłem - i tu wreszcie kończy się wstęp do felietonu, a zaczyna rzetelny ad rem, jak to się zwykło mawiać w pewnych kręgach. Przeczytałem bowiem katastroficzny felieton Rafała Kosika. Popłuczyny po Malthusie skrzyżowane z niesławnej pamięci raportem "dla Klubu Rzymskiego" i prymitywnym, westernocentrycznym rasizmem, co z tego, że niejako a rebours?
 
 
Jak Państwo doskonale wiecie, sam jestem niepoprawnym prepersem i wieszczę Koniec Cywilizacji.
 
Jednak - na Boga! Róbmy to chociaż z sensem (i z wdziękiem - Koniec Cywilizacji nastąpi tak, czy inaczej, zupełnie niezależnie od tego, co zrobimy - cóż nam zatem po rozważaniach na ten temat, jeśli nie mamy z tego chociaż dobrej rozrywki..?).
 
 
Tym, co mnie najbardziej odstręcza w tego rodzaju rozważaniach jest ów płaski, prymitywny maltuzjanizm, widzący w ludziach li i jedynie nienasycone gęby. A przecież człowiek z samej tylko gęby w żadnym razie się nie składa!
 
Oprócz gęby ma też dwie ręce i głowę. Ja się wprawdzie całkowicie zgadzam, że większość, jak to p. Kosik określił "DINK (double income, no kids)* - prędzej umrze z głodu, niż weźmie w swe pracą fizyczna nie skalane dłonie widły czy łopatę i prędzej zrobi rewolucję, niż przyjmie do zakutej łepetyny, że nic zgoła im się nie należy tylko z tej racji, że raczyli zaistnieć na Naszej Umęczonej Planecie.
 
 
Ale właśnie dlatego, że tak jest - rozwój Chin, Indii czy Ameryki Południowej to wielka szansa dla ludzkości! Jeśli nawet lokalnie, nasza cywilizacja skazana jest na zagładę i nic już jej pomóc nie może - to im lepiej wymyśloną na Zachodzie technikę opanują ludzie którym wciąż jeszcze chce się pracować - tym większa szansa na to, że upadek lokalny nie przekształci się w planetarne Ciemne Wieki.
 
Człowiek oprócz gęby, pary rąk i głowy ma też dupę. Przy pomocy której produkuje niezgorszy nawóz. Pisanie w tej sytuacji, że bez przemysłowego rolnictwa Ziemia nie wyżywi więcej niż 400 milionów istot dwunogich, nieopierzonych to doprawdy - wstyd...
 
* A drugi wstyd to wytykać ludziom ów "double income"! A jaki niby ma być, skoro ponad połowa efektów ludzkiej pracy marnowana jest przez taką czy inną Świętą Biurokrację..?

wtorek, 4 lutego 2014

Proste wytłumaczenie zawiłej zagadki

Homo sapiens neanderthalensis - odmiana naszego gatunku zamieszkująca Europę zanim trafili do niej nasi bezpośredni przodkowie, wywodzący się z Afryki Wschodniej. Przynajmniej wedle tzw. "teorii standardowej" - można ją oczywiście kwestionować, czemu nie, ale ja akurat nie czuję się w tej materii kompetentny. Na ten temat dyskutujcie sobie proszę z Profesorem Bobolą...
 
Co innego mnie interesuje w postaci tego masywnego brzydala.
 
 
Podobnie jak to było z krajowcami Nowego Świata, aborygenami z Australii, czy Murzynami z Afryki - neandertalczyk doczekał się sprzecznych zgoła opinii naszych myślicieli. Jedni widzieli w nim niemego, niezdolnego do abstrakcyjnego myślenia i tworzenia więzi społecznych prymitywa, ślepy uchyłek w drzewie ewolucyjnym, który słusznie wymarł bezpotomnie jako gorzej przystosowany.
 
Inni, zgoła przeciwnie - propagowali teorię łagodnego, odżywiającego się tylko roślinkami (wiadomo, że to nieprawda - neandertalczyk, tak samo jak nasi przodkowie, jadł wszystko, co tylko udało się znaleźć lub upolować...) i skłonnego do refleksji (to przez tę wielką głowę...) olbrzyma, który uległ brutalnej agresji naszych przodków. A pisząc wprost - został przez nich pożarty. Co miało być pierwszym z długiej serii grzechów, obciążających rzekomo sumienie Europejczyków...
 
Parę lat temu sensacją okazało się stwierdzenie, że wbrew długo panującej opinii, jednak dochodziło do krzyżówek między naszymi przodkami a neandertalczykami. Człowiek współczesny. o ile nie jest Murzynem, ma średnio od 1 do 2% neandertalskich genów.
 
W dalszym ciągu zagadką było - dlaczego tak mało..? Jeden z kolegów na moim ulubionym historycznym forum zapoczątkował parę dni temu dyskusję na ten temat. Dyskusję, w której powtórzone zostały wszystkie niemal argumenty zwolenników "czarnej" legendy neandertalczyka: że był głupszy, że nie umiał nawiązywać więzi społecznych, że gorzej sobie radził, itd., itp.
 
Zwróćcie jednak Państwo uwagę na ostatni post tego wątku (w chwili, gdy piszę te słowa naturalnie). Okazuje się, że krzyżówki między naszymi przodkami a neandertalczykami mogły być swego czasu nawet i bardzo częste (tak, jak by tego należało oczekiwać w przypadku "zwykłego" mieszania się populacji, czy to w wyniku pokojowej ekspansji, czy to nawet podboju - ale bez horrorów w rodzaju zjadania całych rodzin pobitych...). Tyle tylko, że krzyżówki te były o wiele mniej płodne niż "typ czysty" Homo sapiens sapiens. I tym prostym, czysto fizykalnym sposobem - zostały neandertalskie geny w populacji współczesnej "odsiane" do tak zagadkowo niskiego poziomu...

poniedziałek, 3 lutego 2014

Ognisko wodza płonie jaśniej...

- jak raczył był ongiś zauważyć nie kto inny, jak sam Stanisław Michalkiewicz: publicysta zdecydowanie nieskłonny do egzaltacji, znany za to z zamiłowania do ironii i bezlitosnego dowcipu.
 
Kontynuując wątek moich personalnych zdziwień na tle emocjonalnym rozpoczęty wpisem poprzednim (fakt, sprzed kilku już dni - ale przecież nie obiecywałem, że będę pisał codziennie: ostatnio było za zimno...) - nie dziwi Państwa osobliwie kalectwo emocjonalne niektórych przynajmniej libertarian, takich jak mój "ulubieniec", Mr Woziński..?
 
Akurat do pewnego stopnia ja to kalectwo rozumiem i potrafię się weń wczuć. Kiedy jeszcze mieszkaliśmy w Warszawie nie wyszedłem na ulicę ze świeczką po śmierci Jana Pawła II. Tego rodzaju masowe histerie wywołują u mnie w najlepszym razie zażenowanie - w najgorszym: instynktowny, z "wątpi" biorący się odruch wymiotny. Kibicem sportowym też nie jestem.
 
Ale żeby tak kompletnie nic nie czuć na widok husarskich proporców (nawet, jeśli WSZYSTKIE filmowe obrazy husarii są jednakowo bałamutne, o czym na innym miejscu wspominałem...)?
 
 
 
To już jest kompletnie niepodobnym..!
 
Pan Woziński będzie się upierał, że to właśnie on jest najszczerzej miłującym Naszą Umęczoną Ojczyznę patriotą, bo jako jedyny pragnie jej wyzwolenie spod władzy niemiłościwie nas okupującego gosudarstwa.
 
Pięknie - ładnie. Obawiam się jednak, że idea rozdzielenia narodowej dumy i gosudarstwa (jak bardzo byłoby owo gosudarstwo niemiłościwym...) jest praktycznie nie do zrealizowania.
 
Ognisko wodza płonie jaśniej. A pisząc bez metafor: państwo nie jest TYLKO jakimś tam systemem organów władzy, kontrolujących (w mniejszym lub w większym stopniu i mniej lub bardziej niemiłościwie...) określone terytorium wraz z zamieszkującą go ludnością. Państwo to PRZEDE WSZYSTKIM pewien "porządek symboliczny". W ramach którego odbywa się dystrybucja prestiżu. Który jest spajany przez bardzo silne i gwałtowne emocje.
 
O ile władza jest fenomenem naturalnym, zakorzenionym w instynkcie stadnym, o tyle konkretne upostaciowanie tejże władzy w formie "państwa" stanowi jeden z konstytutywnych elementów decydujących o formie socjalizacji znacznej części Polaków.
 
Na to by bez protestów i zastrzeżeń przyjąć bezpaństwową formę bytu gotowe są jednostki dysfunkcjonalne - z zaburzoną tożsamością lub z brakiem takowej. Nie przeczę: przybywa ich obecnie w zastraszającym tempie. Tyle, że większość z nich nie uważa się za "libertarian", odrzucających identyfikację z jakimkolwiek państwem, lecz za "Europejczyków", którzy polskość chcą zastąpić poddaństwem nowego Imperium Europejskiego.
 
Pozostaje mieć nadzieję, że jest to fenomen przejściowy: dzieci najzagorzalszych "Europejczyków", osobliwie po tym, jak doświadczą losu pariasa, "poddanego II kategorii", "taniej siły roboczej" - zadziwią nas w przyszłości żarliwością swojego nacjonalizmu! Oby nie zadziwiły nas do przesady...
 
Tak czy inaczej jednak, nie widzę w jaki sposób dałoby się rozdzielić patriotyzm od związku z państwem. Nawet, jeśli OBECNA forma tegoż państwa entuzjazmu budzić w żadnym razie nie może.