Blog główny

czwartek, 23 stycznia 2014

Dlaczego nie warto ratować sarenek? Oraz - po co bloguję w ciemnym kącie internetu.

Za późno wczoraj zajrzałem na Re-voltę. No i historia skończyła się smutno: zajrzyjcie tutaj i na następną stronę.

Jakie można z tego wydarzenia wyciągnąć wnioski..?

Wniosek praktyczny jest oczywiście taki, że jak widzisz człowieku dobry ranne lub chore dzikie zwierzę - to masz do wyboru dwie rozsądne strategie, jedną nierozsądną, ale szlachetną, oraz jedną głupią.

Strategia rozsądna pierwsza (i chyba najpospolitsza): pójść dalej, broń Panie Boże nie dotykając. W ten sposób postępujesz zgodnie z prawem, nikomu się nie narażasz i na nic się nie narażasz (na przykład - na zarażenie jakąś paskudną chorobą).

Strategia rozsądna druga (do zastosowania, jak ktoś umie sam, lub ma dyskretnego sąsiada, który potrafi...): dobić, oskurować, mięso podzielić na porcję -  w przypadku dzików zbadać u weterynarza na obecność włośnicy, w pozostałych przypadkach - po prostu długo marynować i solidnie gotować lub piec, tatara z tego w żadnym razie nie robiąc.

Strategia nierozsnądna, ale szlachetna, to oczywiście przygarnąć i próbować odratować. Jak się ma zaufanego, dyskretnego weterynarza, to nawet są jakieś szanse na to, że coś z tego będzie.

Oczywiście - wspólnym mianownikiem wszystkich trzech strategii powyżej jest to, że absolutnie NIE CHWALIMY SIĘ takim zwierzakiem. Nigdzie. Ani w internecie, ani sąsiadkom w maglu, a już w żadnym wypadku - jakimkolwiek urzędom.

Nawet ja, choć naprawdę kłapię tym dziobem tyle, że aż się prosi, żebym w niego czymś ciężkim oberwał - pochwaliłem się przygarniętą kuropatwą jak już zdechła

Strategia głupia natomiast, tym się odróżnia od trzech wyżej zaprezentowanych, że polega na tym właśnie, iż biegamy po lesie i głośno krzyczymy: "o, sarenka, biedna sarenka, ruszyć się nie może, pomocy, pomoooocy...!". Po lesie, czy po forach internetowych (a już osobliwie po urzędach - nawet telefonicznie...) - za jedno to!


Dlaczego tak jest? Ano dlatego, że tu nie ma miejsca na niejednoznaczności. Można latami mieszkać w samowolce budowlanej - ale kwestia tego, czy to samowolka czy nie samowolka (gdy, na ten przykład, nie ma fundamentów..?) pozostaje w sferze interpretacji, bardzo długo może być przedmiotem sporu i wątpliwym jest, aby rozważania na ten temat groziły bezpośrednim i natychmiastowym zagrożeniem.

Można opowiadać o nalewkach, likierach, nawet recenzować bimber - pod warunkiem, że się nie przedstawi jednoznacznych i oczywistych dowodów na to, skąd się ten bimber wzięło. A i w tym przypadku, prędzej się weźmie w łeb od dostawcy bimbru, niż od urzędu, któren w tak złożonych kwestiach rychliwy raczej nie będzie...

Ale sarenka w domu..? Casus jest jasny, prosty, łatwy do udowodnienia. Każden jeden urzędnik może się w pięć minut wykazać przed przełożonym - to na co ma czekać..?

Osobną oczywiście kwestią jest odpowiedź na pytanie, dlaczego polskie prawo jest takie, jakie jest..?

Znaczy się, odpowiedź ta do skomplikowanych nie należy. Wiadomo, że rzesza myśliwych, skupionych w opanowanym przez postkomunistyczną jaczejkę Polskim Związku Łowieckim, liczy w swoich szeregach wielu posłów, ministrów, wysokich urzędników, nawet niejakiego Bronka Komorowskiego, ksywka "Hrabia", albo "Prezydent Bul".

Nie mam nic przeciwko myśliwym, polowaniom, itp. Wręcz przeciwnie! Uważam, że środowisko koniarzy i środowisko myśliwych to naturalni sprzymierzeńcy - przecież i my i oni oddajemy się hobby, które ewidentnie świadczy o podatności na zamierzchłe, paleolityczne atawizmy. Myśliwi są takim samym "chłopcem do bicia", dla mrocznych sił postępu jak hodowcy koni zimnokrwistych.

Problem polega na tym, że postkomunistyczna jaczejka utrzymuje w mocy iście komunistyczne prawo, wedle którego "wszystkie dzikie zwierzęta są wspólne" (znaczy się - państwowe), a prawo korzystania z tego bogactwa to przywilej zarezerwowany dla licencjonowanego grona nielicznych wybrańców.

Na straży tej wyłączności niemiłościwie nam panujące gosudarstwo stawia prostych (umysłowo) urzędników szczebla gminnego lub powiatowego, którzy swoje miejsce pracy w 99% zawdzięczają rodzinnym koneksjom - i NAPRAWDĘ nie mają wielu okazji do wykazania się bystrością czy szybkością reakcji! Co się dziwić, że gdy Dobry Los daje im tak łatwą okazję - rzucają się na nią jak rekiny na nieostrożną blondynkę w Morzu Południowochińskim..?


No i tu przechodzimy do drugiej kwestii dzisiejszego wpisu - dlaczego bloguję w "ciemnym kącie internetu", a nie na dobrze wszystkim znanym, blogu głównym, achałtekińskim..?

Nie można powiedzieć, żebym się ukrywał - w końcu i ten blog, dalej przywiązany jest do mojego profilu w Googlach i jak ktoś chce, to mnie w 30 sekund znajdzie. Poza tym, jak się tu uzbiera więcej wpisów, to i indeks wyszukiwarki zapewne zacznie to wyrzucać pod moim nazwiskiem tak samo, jak to robi z głównym blogiem.

Ale - to nie będzie tak od razu. Właśnie dlatego nie dałem linka na głównym blogu, ani nie wrzuciłem tego bloga do blogorolla tamże. Po prostu - chciałbym się zorientować, na ile mogę sobie teraz pozwolić..? Jeśli okaże się, że takie wynurzenia mogą stanowić problem - to mniej mnie będzie bolało wyrzucenie do kosza kilkunastu czy kilkudziesięciu wpisów tutaj, niż rozstanie się z efektem prawie codziennej, ponad czteroletniej pracy. Tym mniej, im mniej ten blog zdoła się spopularyzować...

Państwu bynajmniej linkowania nie zakazuję. Mimo wszystko - czasem fajnie byłoby też podyskutować, a trudno tego oczekiwać przy kilku wejściach dziennie, nieprawdaż..? Pisać zamierzam w miarę regularnie - nie wiem, czy codziennie (dzisiaj na głównym blogu planuję wpis o sprzątaniu gówna lub o dostawie siana - jeszcze nie wiem - a żeby takowy popełnić, potrzebuję światła do robienia zdjęć lub nakręcenia filmiku, nie mam więc co robić na razie...). Sam nie będę tego bloga promował w żaden sposób. Przynajmniej - przez najbliższy miesiąc lub dwa. Jak się sam wypromuje - za Państwa sprawą - to OK, w końcu nie dowiem się, co mi wolno, póki się sprawa nie wyda, nieprawdaż..?

8 komentarzy:

  1. Przecież Pan jest wyjątkowo grzecznym blogerem, a drobne uszczypliwości kierowane pod adresem urzędników nie robią wrażenia, chociaż..... powinny :)
    Co innego Prof. Bobola, oho ho! Aż się martwię o opony i/lub karoserię w Jego samochodzie. Na miejscu Profesora, przez najbliższy rok lub dwa, przesiadłbym się do czołgu. Nie żeby musiał czegokolwiek się obawiać, ale zwyczajnie - na złość "chłopcom", którzy uwielbiają bawić się oponami lub karoserią w samochodzie, cudzym oczywiście, bo nie w swoim :) Na czołg będą mogli co najwyżej popatrzeć i zagryzać wargi ze złości.
    Co zaś się tyczy przypadkowych darowizn - jedzenia w jakiejkolwiek postaci, przetworzone czy jeszcze żywe, mam żelazną zasadę: nie ruszam, nie przyjmuję choćby nie wiem jak zachęcająco wyglądało, ale też nie żałuję nikomu, kto z takiej sposobności korzysta. Coś jednak jest na rzeczy, w tym co Pan napisał, świętej pamięci starszy Pan, na dźwięk dzwonka do drzwi, natychmiast chował do szafek kuchennych i lodówki wszystko, co zwykle stało na stole ( chleb, cukier, herbatę, jakieś ciastka, napoje itp.) , starannie przymykał drzwi do innych pomieszczeń, taki był przezorny i uważający na bardzo wrażliwe oczy sąsiada :) Proszę sobie teraz wyobrazić zabłąkaną sarenkę, czy daj Panie Boże bażanta w kuchni tegoż Pana :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Takie zdrowe odruchy niejedną okupację, pacyfikację, nacjonalizację, racjonalizację i w ogóle "ację" - pozwoliły przeżyć naszemu Niemytemu Narodowi. Nie należy ich lekceważyć, a tym mniej - zapominać..!

      Usuń
  2. Z absurdami na styku prawo-szary obywatel-urzędnik mamy do czynienia codziennie, są one, jak każdy absurd, wnerwiające i jak wiadomo, życia nie umilają. Bywają jednak rzeczy gorsze, dla mnie niewyobrażalne. Otóż spotkałem się z absurdem, który mnie nie zdenerwował, a wręcz poraził. Przez kilka lat wspierałem człowieka niewielką pomocą, ofiarując najczęściej fajną odzież, obuwie i jakieś drobne gadżety, niekiedy używane, czasem zupełnie nowe. Proszę sobie wyobrazić, że pewnego razu, człowiek ów odmówił przyjęcia kolejnych paczek z darowiznami, tłumacząc się obawami ze strony zawistnego środowiska, w którym żył. Od tej pory nie udzielam nikomu żadnej pomocy, a jak mi na czymś zbywa, wyrzucam w nocy:) z czystym sumieniem do śmietnika, choćby rzecz była nowa, dobra i komuś z pewnością przydatna.
    Takich czasów nie pamiętam, jak krótko żyję.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A cóż w tym dziwnego..? Polecam pracę Helmuta Schobecka o zawiści, przetłumaczoną zresztą przez naszego blogowego kolegę Iuliusa. Niejeden zacny człowiek zrezygnował z najgenialniejszych nawet pomysłów, które mogły i jemu i wszystkim dookoła ułatwić życie tylko dlatego, że bał się choćby sprawdzić, czy jego bliźni nie poczują się nadto dotknięci jego nagłym powodzeniem...

      Usuń
    2. Dla mnie jest to bardzo dziwne. Z tej strony ludzi nie znałem.

      Usuń
  3. Nauczyłam się nie ufać ludziom. Zwłaszcza urzędnikom.

    OdpowiedzUsuń
  4. Blogowy kolega w swej nieskończonej bystrości przez pół roku niniejszego bloga nie zauważył. A mówili, że security by obscurity nie działa!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W świecie porażonym Bombą Megabitową to jedyny możliwy rodzaj bezpieczeństwa.

      Nawet milczenie (choć podobno jest złotem?) się mu nie równa - bo jak tu udowodnić, że się nie milczy znacząco..?

      Usuń