Blog główny

wtorek, 28 stycznia 2014

Asymetria

Emocje nie są moją najmocniejszą stroną. Podobnie jak silne, emocjonalnie nacechowane przekonania - takie jak wiara w Boga.

Tym niemniej - potrafię sobie wyobrazić, jak mniej więcej czuje się człowiek głęboko wierzący. Co prawda jego pewność oparta jest na doświadczeniach które z definicji pozostają subiektywne - ale też, jak uczy historia, stosunkowo wielu ludzi takich doświadczeń doświadcza. I to jest po prostu obiektywny fakt.


Natomiast - na czym zasadza się pewność siebie zakutego ateisty..? Tego już wyobrazić sobie nie potrafię...

poniedziałek, 27 stycznia 2014

Rozbójnicy

Sir Robert Clive, gdy czyniono mu po powrocie na Wyspy Mgliste zarzuty z powodu bezprzykładnych zdzierstw których dopuścił się w Indiach, miał był podobno odpowiedzieć: Panowie! Wielki i bogaty kraj leżał, zdany na moją łaskę. Do dziś nie potrafię się nadziwić swojemu umiarkowaniu...


Sir Robert zaczynał karierę jako przywódca gangu reketerskiego, pobierając haracz od sklepikarzy w Manchesterze. Umiejętnie inwestując zdobyte niegodziwymi metodami środki - np. na stypendia dla brytyjskich historyków i literatów - dorobił się tytułów, orderów i wielkiej sławy u potomnych.

Następcy sir Roberta - z londyńskiego City, ale nie tylko - rozszerzyli nieco skalę działania i oprócz sklepikarzy oraz Hindusów, łupią właściwie każdego, kto się tylko nawinie. Młode małżeństwa, które koniecznie muszą zaciągać 30-letnie kredyty na zakup M-3 na Tarchominie, kandydatów na przedsiębiorców, zastawiających w celu zdobycia kapitału, potrzebnego choćby po to, żeby się zarejestrować domek po babci. Wreszcie: udziałowców banków w których pracują - jakichś anonimowych emerytów (już wcześniej złupionych zresztą przez fundusz, który ich kapitałami zarządza...), rozleniwionych spadkobierców sir Roberta, czy wreszcie - różnych drobnych ciułaczy, którzy dali się namówić do inwestowania...

Coś się jednak zmieniło. Takie wieści bowiem jak ta obecnie - nie wiedzieć dlaczego - wywołują raczej rozdrażnienie szerokiej publiczności.


Dlaczego..?

Czy dlatego, że obecnie ofiarami rozbójników nie są już tylko jacyś odlegli, śniadolicy kulisi..? Ale przecież i w czasach sir Roberta wcale tak nie było! Sklepikarze z Manchesteru, śmiem twierdzić, wtedy byli bardziej nordyccy niż obecnie...

Czy też dlatego, że następcy sir Roberta zamienili indywidualistyczny, romantyczny rabunek w prozaiczną, przemysłową metodę, pozbawioną krzty uroku - i w dodatku skąpią środków na stypendia dla historyków i literatów..?

W każdym razie - moim zdaniem, NIC tu się akurat nie zmieniło przez ostatnie kilkaset lat. Albo i przez  kilka tysięcy. Ostatecznie - już Seneka stał się posiadaczem kilkudziesięciu miast (głównie w prowincji Brytania zresztą...) dzięki oszustwom podatkowym i lichwie...

czwartek, 23 stycznia 2014

Dlaczego nie warto ratować sarenek? Oraz - po co bloguję w ciemnym kącie internetu.

Za późno wczoraj zajrzałem na Re-voltę. No i historia skończyła się smutno: zajrzyjcie tutaj i na następną stronę.

Jakie można z tego wydarzenia wyciągnąć wnioski..?

Wniosek praktyczny jest oczywiście taki, że jak widzisz człowieku dobry ranne lub chore dzikie zwierzę - to masz do wyboru dwie rozsądne strategie, jedną nierozsądną, ale szlachetną, oraz jedną głupią.

Strategia rozsądna pierwsza (i chyba najpospolitsza): pójść dalej, broń Panie Boże nie dotykając. W ten sposób postępujesz zgodnie z prawem, nikomu się nie narażasz i na nic się nie narażasz (na przykład - na zarażenie jakąś paskudną chorobą).

Strategia rozsądna druga (do zastosowania, jak ktoś umie sam, lub ma dyskretnego sąsiada, który potrafi...): dobić, oskurować, mięso podzielić na porcję -  w przypadku dzików zbadać u weterynarza na obecność włośnicy, w pozostałych przypadkach - po prostu długo marynować i solidnie gotować lub piec, tatara z tego w żadnym razie nie robiąc.

Strategia nierozsnądna, ale szlachetna, to oczywiście przygarnąć i próbować odratować. Jak się ma zaufanego, dyskretnego weterynarza, to nawet są jakieś szanse na to, że coś z tego będzie.

Oczywiście - wspólnym mianownikiem wszystkich trzech strategii powyżej jest to, że absolutnie NIE CHWALIMY SIĘ takim zwierzakiem. Nigdzie. Ani w internecie, ani sąsiadkom w maglu, a już w żadnym wypadku - jakimkolwiek urzędom.

Nawet ja, choć naprawdę kłapię tym dziobem tyle, że aż się prosi, żebym w niego czymś ciężkim oberwał - pochwaliłem się przygarniętą kuropatwą jak już zdechła

Strategia głupia natomiast, tym się odróżnia od trzech wyżej zaprezentowanych, że polega na tym właśnie, iż biegamy po lesie i głośno krzyczymy: "o, sarenka, biedna sarenka, ruszyć się nie może, pomocy, pomoooocy...!". Po lesie, czy po forach internetowych (a już osobliwie po urzędach - nawet telefonicznie...) - za jedno to!


Dlaczego tak jest? Ano dlatego, że tu nie ma miejsca na niejednoznaczności. Można latami mieszkać w samowolce budowlanej - ale kwestia tego, czy to samowolka czy nie samowolka (gdy, na ten przykład, nie ma fundamentów..?) pozostaje w sferze interpretacji, bardzo długo może być przedmiotem sporu i wątpliwym jest, aby rozważania na ten temat groziły bezpośrednim i natychmiastowym zagrożeniem.

Można opowiadać o nalewkach, likierach, nawet recenzować bimber - pod warunkiem, że się nie przedstawi jednoznacznych i oczywistych dowodów na to, skąd się ten bimber wzięło. A i w tym przypadku, prędzej się weźmie w łeb od dostawcy bimbru, niż od urzędu, któren w tak złożonych kwestiach rychliwy raczej nie będzie...

Ale sarenka w domu..? Casus jest jasny, prosty, łatwy do udowodnienia. Każden jeden urzędnik może się w pięć minut wykazać przed przełożonym - to na co ma czekać..?

Osobną oczywiście kwestią jest odpowiedź na pytanie, dlaczego polskie prawo jest takie, jakie jest..?

Znaczy się, odpowiedź ta do skomplikowanych nie należy. Wiadomo, że rzesza myśliwych, skupionych w opanowanym przez postkomunistyczną jaczejkę Polskim Związku Łowieckim, liczy w swoich szeregach wielu posłów, ministrów, wysokich urzędników, nawet niejakiego Bronka Komorowskiego, ksywka "Hrabia", albo "Prezydent Bul".

Nie mam nic przeciwko myśliwym, polowaniom, itp. Wręcz przeciwnie! Uważam, że środowisko koniarzy i środowisko myśliwych to naturalni sprzymierzeńcy - przecież i my i oni oddajemy się hobby, które ewidentnie świadczy o podatności na zamierzchłe, paleolityczne atawizmy. Myśliwi są takim samym "chłopcem do bicia", dla mrocznych sił postępu jak hodowcy koni zimnokrwistych.

Problem polega na tym, że postkomunistyczna jaczejka utrzymuje w mocy iście komunistyczne prawo, wedle którego "wszystkie dzikie zwierzęta są wspólne" (znaczy się - państwowe), a prawo korzystania z tego bogactwa to przywilej zarezerwowany dla licencjonowanego grona nielicznych wybrańców.

Na straży tej wyłączności niemiłościwie nam panujące gosudarstwo stawia prostych (umysłowo) urzędników szczebla gminnego lub powiatowego, którzy swoje miejsce pracy w 99% zawdzięczają rodzinnym koneksjom - i NAPRAWDĘ nie mają wielu okazji do wykazania się bystrością czy szybkością reakcji! Co się dziwić, że gdy Dobry Los daje im tak łatwą okazję - rzucają się na nią jak rekiny na nieostrożną blondynkę w Morzu Południowochińskim..?


No i tu przechodzimy do drugiej kwestii dzisiejszego wpisu - dlaczego bloguję w "ciemnym kącie internetu", a nie na dobrze wszystkim znanym, blogu głównym, achałtekińskim..?

Nie można powiedzieć, żebym się ukrywał - w końcu i ten blog, dalej przywiązany jest do mojego profilu w Googlach i jak ktoś chce, to mnie w 30 sekund znajdzie. Poza tym, jak się tu uzbiera więcej wpisów, to i indeks wyszukiwarki zapewne zacznie to wyrzucać pod moim nazwiskiem tak samo, jak to robi z głównym blogiem.

Ale - to nie będzie tak od razu. Właśnie dlatego nie dałem linka na głównym blogu, ani nie wrzuciłem tego bloga do blogorolla tamże. Po prostu - chciałbym się zorientować, na ile mogę sobie teraz pozwolić..? Jeśli okaże się, że takie wynurzenia mogą stanowić problem - to mniej mnie będzie bolało wyrzucenie do kosza kilkunastu czy kilkudziesięciu wpisów tutaj, niż rozstanie się z efektem prawie codziennej, ponad czteroletniej pracy. Tym mniej, im mniej ten blog zdoła się spopularyzować...

Państwu bynajmniej linkowania nie zakazuję. Mimo wszystko - czasem fajnie byłoby też podyskutować, a trudno tego oczekiwać przy kilku wejściach dziennie, nieprawdaż..? Pisać zamierzam w miarę regularnie - nie wiem, czy codziennie (dzisiaj na głównym blogu planuję wpis o sprzątaniu gówna lub o dostawie siana - jeszcze nie wiem - a żeby takowy popełnić, potrzebuję światła do robienia zdjęć lub nakręcenia filmiku, nie mam więc co robić na razie...). Sam nie będę tego bloga promował w żaden sposób. Przynajmniej - przez najbliższy miesiąc lub dwa. Jak się sam wypromuje - za Państwa sprawą - to OK, w końcu nie dowiem się, co mi wolno, póki się sprawa nie wyda, nieprawdaż..?

środa, 22 stycznia 2014

Przymus orgiastyczny

Naprawdę nie spędzamy całego dnia przed pudłem, a na pewno nie - z TVN24 włączonym na stałe. Co ja jednak poradzę, że jesteśmy chorzy..? A to oznacza trudności z koncentracją (przez większą część dnia - teraz czuję się akurat wcale nieźle, choć koćkodan wywalił mnie z wyra pół godziny za wcześnie, a na poranny prysznic muszę poczekać, aż rozmarznie kran pod wiatą i da się spuścić wodę z hydroforu: bo na razie ciepła się nie załącza...).

W efekcie chwilowej dekoncentracji obejrzeliśmy wczoraj wieczorem materiał, którego nie udało mi się jeszcze znaleźć na Tubie (może ktoś z Państwa potrafi...) - daję zatem tylko link do wersji pisanej.

GDYBYM był zwolennikiem tzw. "teorii spiskowej" (a nie jestem...), to bym powiedział, że nagłośnienie tego trochę już odgrzewanego newsa akurat wczoraj musi być związane z zamieszaniem wokół włocławskiego szpitala, o którym pisałem tu dwa dni temu.

Przy tym na razie nie sposób stwierdzić, czy jest to działanie rządu, który chce w ten sposób odwrócić uwagę od Włocławka - czy opozycji, która pragnie skompromitować rząd, a przynajmniej ministra zdrowia.

Nie da się bowiem ukryć, że zestawienie tych dwóch newsów po prostu brzmi groteskowo. Potraficie Państwo podać przykład na to, że ktoś umarł dlatego, że sobie nie pociupciał..?

[Najmocniej przepraszam, tu miał być klip z kultowego filmu z nieśmiertelną frazą - ale: nie znalazłem na Tubie... Co jest? Mój brak koncentracji - czy cenzura..? Całego filmu nie będę Wam przecież wklejał...] No to tylko młoda Kasia Figura:


Nie sposób też nie zauważyć, że opieka prenatalna to, siłą rzeczy, jeden z najkosztowniejszych działów medycyny (tak samo, jako laptopy kosztują więcej od porównywalnych komputerów stacjonarnych, a samochody z napędem hybrydowym - od tradycyjnych...). Owszem, będzie się upowszechniać, ale umówmy się: na to, aby WSZYSTKIM zapewnić w tej dziedzinie najwyższy teoretycznie dostępny standard, to może sobie pozwolić sułtan Brunei albo emir Kataru - a na pewno nie polski NFZ!

Tymczasem seksuolog to, zdaje się, tylko gada - nieprawdaż..?

Dużo łatwiej zatem o ściganie "światowych standardów".

Powstaje tylko pytanie - do czego to prowadzi..? P.T. Panowie i Panie seksuolodzy i seksuolożki sobie zdiagnozują Polki i za parę lat będą wiedzieć, czy, jak często i z jaką satysfkacją każda jedna pani Kazia, Madzia czy Kira oddaje się "czynnościom seksualnym lub stosunkom".

No i co dalej..? A jak się okaże, że dana pani Kazia a i owszem, bardzo chętnie - tylko nie ma z kim..?

To nie żart! Przecież kobiet jest więcej niż mężczyzn. Im starsza kategoria wiekowa, tym ta różnica większa. A kto powiedział, że seniorka nie może chcieć..?

Poza tym, nie tak znowu mało jest kobiet które nie mają z kim, choć może by i chciały, ze względu na pewne wady wrodzone lub nabyte.

Wady wrodzone natury fizycznej da się poprawić. I tu, niestety, smutna prawda jest taka, że współczesna chirurgia plastyczna może WSZYSTKO. To już nie jest niewinny silikon czy botoks! Nogi też się wydłuża, proszę Panów... Tak że wykonanie spoczywającej na nas misji zapewnienia, iż przyszłe pokolenie będzie ładne - patrzy mi w tej chwili na niemożliwość. No bo te kobiałki to już oszukują tak, że wcale im wierzyć nie można: zapładniasz długonogę blondykę z cyckami jak marzenie - a córeczka pokurcz, płaski jak deska i krzywa jak nieszczęście... I tylko pan chirurg plastyk się cieszy, bo nie ma wyjścia - znowu trzeba będzie zainwestować..!


Pocieszmy się tylko, że misja, która spoczywa na kobietach - zapewnienie, że przyszłe pokolenie będzie mądre, silne i przebojowe - też do najłatwiejszych nie należy. No bo skąd one, bidule, mają wiedzieć tak na pierwszy, a nawet na drugi rzut oka, czy ktoś z nas zrobił karierę bo mądry, silny i przebojowy - czy tylko dlatego, że oddaje się zgubnemu nałogowi tytoniowemu i w czasie wspólnego "dymka" podlizał się właściwemu szefowi..?

Mniejsza z tym - idę sprawdzić, czy kran już rozmarzł...

....

Konie napojone, ciało (grzeszne) obmyte - lubo tylko letnią wodą (Lepsza Połowa znalazła, że w Warce jest publiczna sauna - właśnie zacząłem się zastanawiać, czy oprócz tego, że jak tylko przyjdą dopłaty, wymieniamy sobie naszego felernego Dafika na Siemensa, którego już w necie obczaiłem, że lepszy - nie dołożyć do planowanej na wiosnę letniej kuchni z wędzarnią i spiżarnią jeszcze i sauny - własnej..?), morda (zakazana) ogolona - możemy wracać do tematu.

Tak więc - jeśli jako przyczyna braku satysfakcji Polek z życia seksualnego zostaną zdiagnozowane ich wady fizyczne - to może się w efekcie w naszej "debacie publicznej" pojawić postulat fundowania przez NFZ chirurgii plastycznej...

Serio piszę, żadnych jaj sobie nie robię! Jaja to najwyżej robią sobie P.T. panowie seksuolodzy i panie seksuolożki, takowe ankiety rozprowadzając - no bo przecież jak już zdiagnozują Polki to co..? Tak je zostwią bez pomocy..?

Znaczy się - oni sobie myślą, że jak już zdiagnozują Polki, to Polki rzucą się im na kozetki i będzie można kasę za samo tylko gadanie inkasować.


No ale przecież - czy od samego tylko gadania kobieta, która jest zwyczajnie brzydka i dlatego nikt jej satysfakcjonować seksualnie nie pragnie - wyładnieje..?

Przecież, jeśli nawet samym tylko gadaniem ktoś z P.T. panów seksuologów lub pań seksuolożek jej kompleksy i zahamowania wyleczy - to co dalej..? Ma do tego jeszcze zdobyć z punktu robotę na tyle dobrą, by sobie wszystkie te silikony, botoksy, nowe zęby, a może nawet i nowe nogi - sama zafundować mogła..?

Czy to aby nie jest nadto już okrężna droga do seksualnej satysfakcji..?

Poza tym - tak się da załatwić tylko ten najłatwiejszy feler. Fizyczny. A co z paniami - często dobrze sytuowanymi (więc z definicji ładnymi, bo stać je na upiększanie...), które też nie mają satysfakcji z życia seksualnego - bo im na takie życie czasu nie starcza, a i o partnera, który by zachował gotowość w sytuacji, gdy kobieta o tyle go przerasta - nie tak łatwo..?


Wreszcie - nie ma co zgrywać bohaterów: viagra viagrą - a i tak nie każdy facet jest w stanie usatysfakcjonować kobietę. Do tego trzeba mieć talent, przekonanie, werwę.

Ja tam na przykład - nigdy nie miałem śmiałości do kobiet.

[No i znowu - trzeci raz dzisiaj - stosownego cytatu filmowego nie znajduję... Na pocieszenie - basen]


Choć zawsze je lubiłem. Ale - prawdę powiedziawszy, choć lata mijają, do dziś nie potrafię zrozumieć, jak to się stało, że Lepsza Połowa stała się Lepszą Połową - przecież chyba dawałem jasne znaki, że chcę sobie tylko powzdychać i może trochę (beznadziejnych) wierszy poskładać..?

Śmiem mniemać, że moja przypadłość nie jest odosobniona.

Wygląda zatem na to, że sama natura skazuje część kobiet na brak partnera płci przeciwnej - przynajmniej: na wyłączność. Bo oczywiście są panowie, którzy potrafią i kilka i kilkadziesiąt pań usatysfakcjonować i wcale sobie z powodu takiego nadmiaru obowiązków nie krzywdują (tyle, że ich spontaniczna aktywność problemu nie rozwiązuje - wybredni może nie są, skoro idą na ilość, a nie na jakość, mniemam jednakowoż, że najgorszych "pasztetów" też nie tykają...)...

Jeśli NFZ miałby "rozwiązywać" w przyszłości ten problem - no to przykro mi bardzo, ale samo gadanie nie wystarczy. Z kolei - fundowanie operacji plastycznych to też droga donikąd,  boż wcześniej się budżet załamie, nim wszystkie panie będą w tej mierze przynajmniej zadowolone (biorąc pod uwagę i to, że nie ma końca upiększeniom, gdy wykonuje je TAKŻE znienawidzona sąsiadka...).

JEDYNE kompleksowe i sprawiedliwe rozwiązanie zapodałem już dawno temu - link. Nie ukrywam, że wtedy robiłem sobie jaja. Wygląda na to, że za sprawą P.T. panów seksuologów i pań seksuolożek - właśnie wkroczyliśmy na drogę realizacji tego projektu... Przy okazji można też od razu rozwiązać tzw. "problem demograficzny" - a to metodą, którą także już dawno temu zaproponowałem.

wtorek, 21 stycznia 2014

Nasi aryjscy bracia

Idąc za wulgarną, uproszczoną popularyzacją Herodota, datującą się bodaj, jak prawie wszystko co złe w naszej kulturze, na ów nieszczęsny wiek XVIII, przeciętny, wykształcony Polak (nie mówię tu o "przeciętnym Polaku", bo takowy nie zrozumie w ogóle, o sooo choo..?) jest na ogół "grekocentryczny" jak chodzi o postrzeganie antyku - i Persów zwykł widzieć, choćby podświadomie, tak mniej - więcej, jak to pokazano w absurdalnej amerykańskiej propagandówce (uważanej przez większość Irańczyków za "podgotowkę" pod inwazję na kraj ajatollahów):


Czyli - jak chmary pozbawionych twarzy lub groteskowych stworów, niemalże orków z innej, już nie aż tak absurdalnej produkcji:


Skądinąd - marnych jednak w tym Holywood scenarzystów mają. Bo jeśli popatrzeć bezstronnie na tę z kolei scenę:


to kto tu jest barbarzyńcą - a kto człowiekiem cywilizowanym..?

Tymczasem nie kto inny, jak ówże sam Herodot wiele lat spędził na dworze króla królów, przekazał nam wiele informacji o dziejach Achemenidów i ewidentnie pozostawał pod wrażeniem sprawiedliwości i sprawności ich imperium.

To Herodotowi zawdzięczamy najwyższy możliwy dowód uznania dla antycznych Persów. Wedle jego słów bowiem, uczyli oni swoich synów tylko dwóch rzeczy: jazdy konnej i mówienia prawdy.

Cóż innego jest potrzebne, aby prowadzić życie szczęśliwe i sprawiedliwe..?

Poruszam ten temat nie bez kozery. Jeśli wszystko dobrze pójdzie, będziecie Państwo mogli w nowym, lutowym numerze miesięcznika "Koński Targ" przeczytać artykuł właśnie o Iranie - i, mam nadzieję, obejrzeć bardzo ciekawe zdjęcia. Potwierdzę to jeszcze, gdy proces przygotowań zostanie ukończony - prawdopodobnie na blogu głównym (w końcu temat będzie "koński"), a może też i na anglojęzycznym (bo oryginalny materiał, niestety, powstaje w języku obcym - będę go dopiero potem tłumaczył).

Zawsze podkreślałem, że szczucie przeciętnego odbiorcy telewizyjnej papki na Iran, to semicki spisek przeciw naszym aryjskim braciom..!

Popatrzcie zresztą sami:



jak by nie rysować


tak, czy inaczej:


siedzimy na sąsiednich gałęziach rodowego drzewa!

Poza tym, z Persami łączyć nas też powinno upodobanie do koni (wiem, wiem - w Polsce jest to zjawisko głównie deklaratywne, bo choć pewnie nie ma takiego, kto by wyjściu z jakiejś kolejnej historycznej "superprodukcji" Hoffmana czy Wajdy nie podchwyciłby hasła każdy Polak jeździ konno - to już rzeczą całkiem zgoła odmienną jest przekonać przypadkowego przechodnia, że go żadna z naszych Trzech Gracji nie zabije samym spojrzeniem...). No i wspólna historia - o której dawno, dawno temu, co nieco pisałem.

poniedziałek, 20 stycznia 2014

Śmierć jako skandal, narodziny jako zdarzenie podatkowe

Zimno nam było, więc po rozpaleniu w Herculesie przytuliliśmy się na chwilę z Lepszą Połową i koćkodanem pod kołderką. Lepsza Połowa wcisnęła pilota od pudła. A w pudle - story zmarłych przed narodzinami bliźniąt z Włocławka.


W całej tej sprawie, niewątpliwie smutnej, rzucają się w oczy dwa nader niepokojące i - dla mnie bynajmniej - DZIWNE fakty.

1. Media (oraz opozycja polityczna...) robią co mogą, aby z tej smutnej sprawy zrobić skandal.

2. Jak zwykle gdy tak się dzieje - media (bo nawet nie opozycja polityczna...) suflują potraktowanie tego skandalu jako "błędu systemowego" i kolejne "zaostrzenie prawa". Dokładnie tak samo jak niedawno, bo ledwo niecałe trzy tygodnie temu - w sprawie wypadku w Kamieniu Pomorskim!

Daje nam to niejakie wyobrażenie o mentalnym i moralnym poziomie polskiego, pożal się Panie Boże, "dziennikarstwa".

Szczerze pisząc to od razu nasuwa mi się nader racjonalny i pozytywny wniosek praktyczny: ponieważ wygląda na to, że polskich dziennikarzy nie da się w tej materii zreformować - chyba nie ma innego wyjścia, jak po prostu rozstrzelać. Przynajmniej - co drugiego..? Już mniejsza o to, z jakiej jest redakcji...

Co do "skandaliczności" zdarzenia z Włocławka, to rozbierając rzecz na elementy składowe, ważne są tu dwa momenty.

Po pierwsze - szpital, do którego udali się rodzice bliźniąt był "państwowy" (znaczy się - miał kontrakt z NFZ). Media (oraz opozycja polityczna...) robiąc z tego "sprawę polityczną" przyjmują jako pewnik założenie, że tak właśnie być powinno i że jest zadaniem gosudarstwa dbałość o zdrowie swoich poddanych.

Po drugie - milczącym założeniem, przyjmowanym właściwie bez zastanowienia (które w ogóle jest niemożliwe, póki nie wiadomo, DLACZEGO bliźnięta zmarły...) jest przekonanie, iż śmierci bliźniąt nie tylko można było zapobiec, ale też - że bez względu na koszty, okoliczności i zjawiska towarzyszące - bezwzględnie NALEŻAŁO tego dokonać. Że był to, innym słowy, obowiązek "systemu".

Jak chodzi o to, czy gosudarstwo ma, czy nie ma obowiązku dbania o zdrowie swoich poddanych - rzecz jest oczywiście względna i dyskusyjna. Nie od dziś twierdzę, że ludzie w znakomitej większości PRAGNĄ by ktoś za nich decydował o najbardziej nawet podstawowych elementach, które składają się na ich życie. Gdyby ludzie stanowczo tego nie chcieli - to chyba jednak nie udałoby się tak długo utrzymać na chodzie "państwa opiekuńczego", czyż nie..? Skądinąd jednak - nie umiem pojąć, jak można przechodzić nad tym zjawiskiem bez dyskusji i bez zastanowienia tak, jakby to było oczywiste, naturalne i bezalternatywne rozwiązanie, bez którego nie jest możliwa "cywilizacja"..?


Natomiast jak chodzi o to, czy "system" miał, czy nie miał OBOWIĄZKU ocalenia życia bliźniąt - a, to już jest o wiele gorsze i o wiele bardziej gorszące założenie..!

KAŻDY kiedyś umrze. Jedni umrą wcześniej, inni później. Niektórym uda się umrzeć komfortowo i bez świadomości tego przykrego faktu - większość będzie się jednak przedtem nielicho męczyć (i to jest, prawdę powiedziawszy, namacalny skutek postępu w medycynie - bo jeszcze 100 lat temu mało kto dożywał takiego wieku, żeby go życie i choroby naprawdę zmęczyć zdołały...). NIC się na to nie da poradzić.

Czasem umierają dzieci - względnie często umierają dzieci jeszcze nie narodzone. Tak po prostu jest. Kiedyś się mówiło: Pan dał, Pan wziął - niech imię Pana będzie pochwalone!

Oczywiście to nie znaczy, że powinniśmy godzić się z wyrokami losu i nic w tej sprawie nie robić. Bynajmniej! Każdy ma dobre prawo troszczyć się o siebie i swoich bliskich najlepiej, jak tylko wie i może.

Z tego jednak NIE WYNIKA, iż jakkolwiek rozumiany i definiowany "system" ma OBOWIĄZEK ratowania życia każdemu i w każdych okolicznościach. Niby na jakiej podstawie i w imię czego..?

Idąc do szpitala, nawet państwowego, nawet działającego w ramach "kontraktu z NFZ", zawieramy normalną umowę handlową. Kupujemy pewne usługi.

Jeśli okaże się, po zbadaniu sprawy, że szpital we Włocławku nie wykonał umowy, bo nie dostarczył swojemu klientowi usług, za które ten zapłacił (w postaci obowiązkowej tzw. "składki zdrowotnej") - no to oczywiście, jak każdy inny niesolidny kontrahent, szpital powinien ponieść konsekwencje.

Jest jednak zasadniczo dla oceny sprawy rzeczą obojętną, czy skutkiem ewentualnej niesolidności dostawcy usługi była śmierć, czy złamany paznokieć. To może mieć znaczenie dla wyceny poczynionej szkody, ale nie dla ustalenia faktu, czy szkoda miała miejsce, czy też jej nie było (bo zgon lub złamanie paznokcia nastąpiły z przyczyn "naturalnych"...).

Tymczasem wszystko to zmierza w takim kierunku, żeby uczynić zgon nienarodzonych bliźniąt rzeczą skandaliczną - zanim w ogóle się dowiemy, dlaczego nastąpił. Sądząc po histerii "dziennikarzy" TVN24, gotowi są ukrzyżować ordynatora za ewentualne niewykonanie usg niezależnie od tego, czy wykonanie tegoż usg mogło, czy nie mogło mieć wpływu na dalszy przebieg wydarzeń...

Co, tak na marginesie, będzie nader trudnym do stwierdzenia - bo przecież, co biegły, to opinia...


Rzeczywistość wygląda w ten sposób, że każdy "system" działa i działać może tylko i wyłącznie probabilistycznie. To znaczy, że jeśli mamy co roku ok. 300.000 ciężarnych kobiet korzystających z "systemu", to dla każdej pojedynczej kobiety można jedynie określić prawdopodobieństwo tego, że dostarczane jej usługi okażą się trafne, skuteczne i wystarczające dla szczęśliwego rozwiązania. Nie leży jednak w ludzkiej mocy zapewnienie PEWNOŚCI.

Prawdopodobieństwo szczęśliwego rozwiązania ze względu na jakość usług medycznych może być większe lub mniejsze - ludzie zresztą doskonale się w tym orientują, wszak są szpitale i oddziały cieszące się dobrą opinią i takie, które dobrą opinią się nie cieszą, są lekarze popularni i tacy, którzy popularności zdobyć nie zdołali.

I to niestety jest właśnie ten fakt, którego polskiemu dziennikarzowi wytłumaczyć nie sposób. Nie wiem..? Za tępy jest? Polityka redakcyjna wyklucza używanie tak trudnych słów? Sama śmierć jest już tak wielkim skandalem..?

No tośmy daleko zaszli w takim razie...


Nie mniej przerażające jest to, w jakim kierunku iść zamierzamy dalej. No bo co może w praktyce oznaczać kolejne "uszczelnianie systemu", "zaostrzanie prawa", suflowane teraz P.T. Publiczności przez jaczejkę z TVN24?

Ostrzejsze kary dla lekarzy..?

Ale to przecież tylko połowa problemu..! A jeśli okaże się, że to (całkiem zresztą sympatyczni i poukładani - chyba...) rodzice bliźniąt ponoszą winę za ich zgon..? Bo, na ten przykład - matka nie przestrzegała zaleceń lekarza. Takich lub innych..?

Idziemy w kierunku totalitaryzmu. Już parę lat temu Ministerstwo Zdrowia chciało rejestrować wszystkie ciąże. Prawdę powiedziawszy nie wiem, co z tym projektem potem się stało - ale wygrzebałem w necie listę dokumentów, jakie trzeba przedstawić w Urzędzie Stanu Cywilnego po narodzinach dziecka.

Najpierw się szczerze z Lepszą Połową obśmialiśmy. A potem zrobiło się nam nieswojo. Na miły Bóg! Po jaką cholerę komukolwiek informacje o "wykształceniu", czy "źródłach utrzymania" rodziców dziecka..?

Jest na to tylko jedno wytłumaczenie. Narodziny dziecka pod rządami niemiłościwie nam panującego gosudarstwa to nie jest już prywatne święto szczęśliwych rodziców. To jest zdarzenie podatkowe! Oto gosudarstwu przybył kolejny niewolnik. Raduj się urzędzie zatem..!