Blog główny

sobota, 20 grudnia 2014

Hipochondria

Gdyby kobieta chciała zawsze, ile razy może - to nie dwóch, nie trzech kochanków, wszystko jedno - naraz, czy po kolei, ale i dziesięciu miałoby poważny problem, żeby jej potrzeby zaspokoić. A w każdym razie - nie daliby rady robić już kompletnie nic innego.

Z kolei, żeby mężczyzna mógł, ile razy chce - to musiałby, podobnie jak u niektórych owadów, ulec redukcji do rozmiarów członka na stałe wmontowanego w stosowną kieszeń ciała kobiety. I odżywiającego się na zasadzie symbiozy za pośrednictwem jej krwioobiegu...


Na szczęście kobiety przejawiają zainteresowanie czynnościami reprodukcyjnymi tylko niekiedy. I niekoniecznie w obecności wszystkich potencjalnie dostępnych w okolicy samców, a raczej - tylko przy wybranych. Dzięki czemu możliwe jest w ogóle jakieś społeczeństwo i jakieś cywilizowane życie. Ba! Właśnie dlatego takie życie jest konieczne i po to - jak już pisałem jakiś czas temu - powstała kultura, żebyśmy umieli sobie z żądzami radzić, nie popadając przy tym w szkodliwe dla zdrowia skrajności (a fantazja o tym, żeby w pojedynkę porywać się na wiele pań naraz, trochę przypomina pomysł gaszenia dobrze rozbuchanego pożaru lasu przy pomocy strzykawki z wodą...).

Jak każdy kompromis, tak i ten, rodzi oczywiście mnóstwo praktycznych trudności. Na przykład, w wielu krajach muzułmańskich, nieoczekiwanym i przez nikogo bynajmniej nie chcianym efektem połączenia tzw. "modernizacji" z propagacją tego, co można określić jako "zachodni styl życia" (a więc  taki, inspirowany chociażby telewizją, wzrost potrzeb życiowych, który czyni pomysł zamieszkania w lepiance gdzieś nad Nilem i kontentowania się plackiem jęczmiennym z kozim serem i soczewicą, co w zupełności wystarczało tysiącom pokoleń od czasów predynastycznych - czymś absolutnie nie do pomyślenia...) jest poważny kryzys. W tych krajach dużo istotniejsze od jakiejś wydumanej "female poverty" jest powszechna "male poverty", skutkująca gwałtownym przyrostem liczby desperatów skłonnych do nader spektakularnych aktów gwałtu...

Z kolei na szeroko rozumianym Zachodzie, czyli także u nas - pojawia się problem co do zasady nawet podobny, ale wynikły z nadmiaru, a nie z biedy: oto kobiety Zachodu, w przeciwieństwie do swoich babek i prababek, tak naprawdę nie potrzebują już mężczyzn, żeby zdobyć środki codziennego utrzymania i żyć w akceptowalnym komforcie. W efekcie nie muszą udawać zainteresowania jakimiś felernymi samcami beta, z natury niezdolnymi do zaspokojenia ich potrzeb fizjologicznych - a takich samców są przecież miliony... Czy również w ich przypadku narastająca frustracja skończy się niekontrolowanymi wybuchami przemocy..?

Nie wiem. Historia nie daje tu żadnych wskazówek, bo jest to stan bez precedensu.

Sądząc po sobie (no ale ja jestem typowym Grzecznym Chłopcem, wychowanym przez kobiety - i to jeszcze w czasach tzw. "realnego socjalizmu" i w innej, jednak, rzeczywistości technologicznej niż ta obecna...: wychowanym tak, żeby broń Panie Boże, pożytku ze mnie dla żadnej obcej baby nie było...), to oczywiście o przemocy nie ma mowy. A i frustracja, przejawiająca się takimi jak ten gawędami po nocach, to raczej objaw, a nie przyczyna. Objaw ukończenia czterdziestki - i zimnego oddechu Kostuchy na karku w związku z tym. Co prawda, Lepsza Połowa twierdzi, że to tylko hipochondria i nie ma się czym przejmować, muszę się tylko przyzwyczaić do nowego wieku. Faktem jest, że od kilku tygodni miewam dni lepsze i dni gorsze, ale co tydzień jakaś nowa czerwona lampka z napisem "System Malfunction" się zapala. Zupełnie jak u nowoczesnego samochodu po upływie terminu gwarancji! Ot teraz - nie śpimy, choć 3.30 na zegarze. Koćkodan zgłodniał dokładnie o 0.30 - dałem chrupki i już nie zasnąłem...


Żebym chociaż pił! Odkąd piję, a pierwszy raz upiłem się dopiero na studiach, po większym pijaństwie rzeczywiście mam problemy ze snem. Ale nie piję. Trzy kieliszeczki (fenomenalnej zresztą...) nalewki na tarninie wieczorem bezsenności w żadnym razie nie usprawiedliwiają.

Bezsenność zresztą to może i najmniejszy problem - przynajmniej nie spóźniam się do pracy (Koleje Mazowieckie w swojej niezmiernej łaskawości przesunęły jedyny pociąg, którym mogę dojechać do Radomia na czas pół godziny WCZEŚNIEJ - wiązanki, jakie w miniony poniedziałek słyszałem w związku z tym od lądującej na radomskim dworcu już o 7.05 młodzieży szkolnej, zaiste, przeczyły powszechnej opinii o braku literackiej smykałki u młodego pokolenia...). No i daje to pewne przewagi w Tribal Wars (o Tribal Wars wspomnę pewnie niedługo na blogu głównym - szykuje się tekst sponsorowany...).

Przemęczenie? Fakt: ciężki dzień był wczoraj. Dzień Niekoniecznie Potrzebnej Wycieczki do Warszawy i Absurdalnych Telefonów (jedyny zysk, że przetestowałem niechcący sprawność obiegu informacji w branży: coś, co sam, osobiście wymyśliłem zaledwie tydzień wcześniej jako humbug, bluff, hucpę wręcz - po tygodniu wróciło do mnie ze stolycy, przetworzone w pełną grozy plotkę - aż szkoda, że nie mogę Państwu tego opowiedzieć...). Ale żeby z tego zaraz jakaś gonitwa myśli miała wynikać, przeszkadzająca w odnalezieniu objęć Morfeusza, to nie mogę powiedzieć...

No nic. Pouzupełniam linki, znajdą jakąś ilustrację i chyba  położę się jeszcze na trochę - jak to zwykle w łykend na farmie bywa, roboty huk, trzeba zebrać siły

czwartek, 18 grudnia 2014

Smutny koniec 22-latka, czyli: miałem rację!

Jak donosi lokalny portal informacyjny, w nocy z soboty na niedzielę, pewna 38-letnia mieszkanka Radomia skutecznie zadźgała nożem swojego 22-letniego konkubenta.



Aż strach pomyśleć, co by czekało takiego zapasionego, zasiedziałego za biurkiem, schorowanego i przemęczonego starca jak ja..? Choć z drugiej strony: umrzeć i tak trzeba - więc co to za różnica z jakiego powodu, nieprawdaż..?

Pytanie jest - na szczęście lub na nieszczęście, trudno powiedzieć - retoryczne...

Pozostaje mi jednak to ulotne poczucie satysfakcji, że pisząc w sierpniu to, co wtedy pisałem, miałem rację!

Oczywiście, z tego co napisał dziennikarz lokalnego portalu informacyjnego wprawny czytelnik od razu wywnioskuje, że chodzi o tzw. "margines społeczny" (no bo "libacja alkoholowa" - a jak powszechnie wiadomo "każdy pijak to złodziej"...) - choć, jeśli pozbawić to doniesienie stosownych figur stylistycznych, nic na to tak naprawdę nie wskazuje.

GDYBY chodziło o tzw. "margines społeczny", to moja sierpniowa teza nieco słabiej się broni tym przykładem - albowiem, jak wszyscy dobrze wiemy, kobiety są statystycznie lepiej zrównoważone niż mężczyźni. Czyli różne cechy kobiet przedstawiane na wykresie (np. inteligencja, skłonność do agresji, skłonność do dominacji, itp.) będą mieściły się bliżej środka tego wykresu czściej niż u mężczyzn. Krzywa dzwonowata rozkładu takich cech u kobiet będzie "szczuplejsza", bo mniejsze będą oba ekstrema - zarówno to "na plus", jak i to "na minus".

Na przykład dla dystrybucji IQ to wygląda mniej - więcej tak:


Co oznacza, że w najniższych warstwach społecznych kobiety mogą - teoretycznie - dominować częściej niż mężczyźni. Bo są bardziej przeciętne, a więc - na tym akurat wycinku krzywej - mądrzejsze...

Inna sprawa, że jakoś doświadczenie historyczne tej teoretycznej możliwości bynajmniej nie potwierdza. W każdym razie - nie jakoś widocznie.

No cóż: naleję sobie chyba kolejny (trzeci?) kieliszek fenomenalnej nalewki tarninowej Lepszej Połowy - i pójdę się przespać z tym problemem do przemyślenia...

wtorek, 9 grudnia 2014

Grumpy Cat

Onet się napawa (i, jak zwykle, zagląda do cudzej kieszeni przy okazji...).

Ale naszym zdaniem "Grumpy Cat" zza Wielkiej Wody to amatorszczyzna. Co rano mamy taki widok:


bez żadnych "wad genetycznych". Kotek jest NAPRAWDĘ niezadowolony. Bo się leżenie panu pod pachą w łóżesiu skończyło, śniadanie zjadło - i co dalej z tak pięknie rozpoczętym dniem właściwie robić..?

sobota, 6 grudnia 2014

Zagadka historyczna

Nie to, żebym był całkiem zdrowy i w pełni sił, do tego jeszcze daleko - ale cóż: krew nie woda. Nie darmo cwani Chińczycy mawiają: chcesz uchować córki w cnocie - trzymaj je w chłodzie i nie karm. Co, rzecz jasna, synów (nawet podstarzałych, o czym zaraz poniżej) również, a nawet przede wszystkim dotyczy. Lepiej się poczułem, to i głupoty w głowie.

No i właśnie, a propos rzeczonych głupot. Rozumiem, że to tekst nie drukowany (w każdym razie do niedawna). Że krążył sobie był w odpisach. Że ludzie dawniej bardziej się wstydzili i jeśli nawet czytywali, to po kryjomu i nie chwaląc się tym publicznie. Rozumiem też, że tzw. "styl mickiewiczowski" jest od strony czysto technicznej prosty (niektórzy twierdzą nawet, że wręcz prostacki - co jednakowoż otwiera prawdziwe otchłanie nierozstrzygalnych sporów tym mniej istotnych, że tymczasem gust się zmienił i nikt już jak Mickiewicz pisać chyba wierszy nie zamierza..?) i wielu z powodzeniem mogłoby aspirować do skutecznego naśladownictwa.

Wszystko to, powtarzam, jak najbardziej rozumiem. Tym niemniej: jak to możliwe, że tak wielkie panuje w kwestii autorstwa tego tekstu chronologii pomieszanie..? Gdyby spór tyczył się autorów sobie współczesnych - OK, można by było uznać zagadkę za nierozwiązywalną.

Tymczasem Aleksander hr Fredro umarł w 1876. Rzeczonego dzieła nie mógł napisać wcześniej niż w 1834, gdy miał już lat 41 (w sumie właśnie dlatego - czekając przy komputerze aż się rozwidni na tyle, żebym mógł pójść na pastwisko i obejrzeć Margire, która dziwnie się zachowywała przy śniadaniu, boję się, czy aby nie kolkuje - ale chyba nie, a w każdym razie w tej chwili nic już na to nie wskazuje - sprawdzałem tę sprawę: bo mi zgrabna analogia do własnego wieku do głowy przyszła...). W tym samym roku 1834 urodził się drugi z podejrzewanych o autorstwo pisarzy, Włodzimierz Zagórski. Trzeci zaś, Tadeusz Boy-Żeleński, przyszedł na świat 40 lat później, w roku 1874.

Tak więc wszyscy trzej żyli razem tylko przez dwa lata - a ponieważ nic nam nie wiadomo o tym, aby Żeleński jako dwulatek przejawiał jakieś fenomenalne zdolności twórcze (tekst choć prosty, od dwulatka jednakowoż wymagałby genialności...), śledząc chronologię ewentualnie odkrywanych odpisów tudzież wzmianek pośrednich (chociażby w potępiających kazaniach lub pamiętnikach sekretnych...) - można by ewentualnie mieć wątpliwości, czy XIII księgę napisał młody Zagórski, czy sterany wiekiem i paryskim doświadczeniem (tudzież 11-letnimi zabiegami o serce i rękę przystojnej wdowy po hr Skarbku...) hr Fredro. Skoro pęta się przy tym wciąż i Boy wnioskuję, że nikomu nie udało się znaleźć świadectwa istnienia tego tekstu starszego niż przełom XIX i XX wieku?


Czy nikt nie szukał?

Wierzyć mi się nie chce, pamiętając jakim erotomanem - gawędziarzem był mój własny polonista z liceum (cóż - dopiero teraz zaczynam go rozumieć...).

poniedziałek, 24 listopada 2014

Marnotrawstwo

Skończyła mi się w pociągu książka. Podniosłem więc głowę i odkryłem, że naprzeciwko siedzi dziewczyna. Nawet niebrzydka. Choć: co ja tam wiem..? Jak zjawił się konduktor, pokazała legitymację studencką, więc już pełnoletnia (teraz po wyglądzie gimnazjalistki od studentki nie odróżnisz - zresztą ja tam od małolat trzymam się z daleka...).

Usiłując, bezskutecznie zresztą, zapuścić żurawia za dekolt obcisłego sweterka uwydatniającego jędrny, choć niezbyt wielki biust, zerknąłem w skrypt, który zawzięcie studiowała, podkreślając kluczowe słowa markerem. Był to tekst nt. "teorii zarządzania kryzysowego w jednostkach samorządu terytorialnego".

Bogatą jesteśmy cywilizacją!

Że stać nas na takie marnotrawstwo...

I nie chodzi TYLKO o seksistowskie przesądy (dzieci rodzić powinna, a nie czas na takie oczywiste bzdury tracić...).

Gdyby na jej miejscu siedział chłopak i to samo studiowł, też by mi go było żal. Tyle, że chłopcy z natury rzeczy wykonują mnóstwo zbędnych, a przynajmniej - pozbawionych oczywistego celu czynności. Grają w gry komputerowe. Biją się. Ganiają po krzakach. Takie tam. Ustalają hierarchię w stadzie...

Ale "teoria zarządzania kryzysowego w jednostkach samorządu terytorialnego"..?

Nawet, jeśli ta dziewczyna dostanie za parę lat pracę w urzędzie gminy czy miasta (co nie jest takie niemożliwe, urzędy ciągle zatrudniają młodych, zdolnych absolwentów... z właściwym pochodzeniem..!) - to i tak przecież zacznie od parzenia kawy i nalepiania znaczków na koperty. A jakichś umiejętności merytorycznych, w tym np. z zakresu zarządzania kryzysowego (jeśli trafi do urzędu tak bogatego, że stać go na odrębną komórkę temu tylko poświęconą...) - i tak będzie się musiała nauczyć w praktyce, od zera. Żadna teoria nie tylko nie jest jej do tego potrzebna, ale wręcz: nie ulega najmniejszej wątpliwości, że byłaby nad wyraz szkodliwą - gdyby nie pewność, że dziewczę szczęśliwie zapomni cały ten chłam pięć sekund po egzaminie...

Jeśli już koniecznie do pracy w urzędzie gminy trzeba legitymować kandydatkę dyplomem, to mogliby uczyć ją na ten przykład kaligrafii!



Tak samo bezużyteczne w naszym skomputeryzowanym świecie, ale przynajmniej:
- tego się nie zapomina (a nigdy nie wiadomo, kiedy może się przydać...),
- podobno wyrobienie ładnego charakteru pisma wpływa też na rozwój zalet moralnych (nie wiem, zarówno charakter pisma, jak i charakter jako taki mam paskudny - ale to może właśnie i dowód na słuszność tej teorii..?).

Lepsza Połowa twierdzi, że kaligrafii dużo trudniej się nauczyć niż jakiejś tam "teorii zarządzania kryzysowego..."

niedziela, 16 listopada 2014

Czym jest "wartość"..?

"Wartość" jest niczym. Albo, inaczej: wszystkim, czym kto tylko chce. Albowiem żadnej "absolutnej wartości" (a więc również i "absolutnej miary wartości") po prostu nie ma.

Zawsze wprawiają mnie w dobry humor wyliczenia, jakież to "PKB na głowę mieszkańca" i to jeszcze "w cenach stałych z 1970 roku" mieli, na ten przykład poddani Oktawiana Augusta. Albo Mieszka I. Czy Iwana Groźnego. Są, zdawałoby się poważne instytucje, który wyliczaniem i zestawianiem takich tabel się zajmują - a przecież jest to nonsens od początku do końca...

Żadną bynajmniej "absolutną miarą wartości" nie jest na ten przykład wcale złoto. Dlaczego niby miałoby taką miarą być..? Chińczycy przez tysiąclecia uważali za najcenniejszy minerał nefryt, a ich opinia na temat tego, jaka jest "właściwa" relacja złota do srebra różniła się drastycznie od opinii Europejczyków w tej materii. Do tego stopnia, że dopiero przemocą, po wojnach opiumowych i krwawym powstaniu tajpingów (z którym wiązała się też i interwencja europejska, bo rząd cesarski sam stłumić tego ruchu nie był w stanie...), udało się nakłonić Chińczyków do przyjęcia "europejskiego" przelicznika, który wówczas wynosił ok. 15 uncji srebra na 1 uncję złota...


Mieszkańcy Ameryki dopiero od Hiszpanów dowiedzieli się, że łatwo kowalny metal, którego dość powszechnie używali w celach zdobniczych, może być też "nosicielem wartości". Sami z siebie nigdzie na to nie wpadli!

Tłumacząc rzecz od początku i jak krowie na rowie: poza najprymitywniejszymi grupami łowców - zbieraczy (jak Pigmeje, Buszmeni, aborygeni australijscy), praktycznie wszyscy ludzie, gdziekolwiek by nie żyli i z czego by nie żyli, wpadli na pomysł, że żyje się łatwiej, gdy nie próbuje się robić wszystkiego samemu.

Jeśli ktoś całe życie, od małego dziecka począwszy, uprawia rolę - zapewne będzie dobrym i wydajnym rolnikiem. Po co odrywać go zatem od tej pracy i kazać mu, na ten przykład, jeszcze - wydobywać sól czy kruszce w kopalni..? A jeśli ktoś całe życie, od małego dziecka począwszy, nic tylko przędzie, przędzie i przędzie (jak w znanym wierszu Heinego, którym Lepsza Połowa katuje mnie za każdym razem, gdy wjeżdżamy na Śląsk: wyobraźcie sobie, że jeszcze na początku XIX wieku, Śląsk wcale nie kojarzył się z umorusanymi węglem górnikami...) - byłoby zwykłym marnotrawstwem, kazać mu jeszcze uprawiać własne jarzyny.

Specjalizacja i wymiana to najbardziej fundamentalne podstawy cywilizacji. Czasami nachodzą mnie co prawda wątpliwości, czy abyśmy przypadkiem w tej specjalizacji nie poszli kroczek czy dwa za daleko: już nawet nie o to chodzi, że "jak-by-co", to mało kto sobie poradzi i mało kto przeżyje, ale raczej - wątpliwość mnie nachodzi, czy aby stając się coraz to bardziej sprawni w ramach coraz to węższych specjalizacji - nie straciliśmy przypadkiem za wiele radości życia przy okazji..? Jeśli pisałem kiedyś o komercjalizacji i specjalizacji także w zakresie zaspokajania potrzeb erotycznych - to był to m.in. wyraz także i tej właśnie obawy...


Tak, czy inaczej - bez specjalizacji i wymiany cywilizacji po prostu nie ma. A skoro zachodzi konieczność nieustannej, codziennej wymiany - codziennego wymieniania się dobrami i usługami przez niezliczone miliony wytwarzających je ludzi - to trzeba też odruchowo, sprawnie, bez wielkich wątpliwości - umieć znajdować właściwą proporcję wymiany w milionach milionów codziennych transakcji.

Libertarianie, jak to zwykle u pomylonych fantyków bywa, mocno przesadzają twierdząc, że "chcącemu nie dzieje się krzywda" i sama dobrowolność WIĘKSZOŚCI tego rodzaju transakcji oznacza, że ludzie ową "właściwą proporcję wymiany" (a więc nie co innego jak "wartość" właśnie...) znajdują bez trudu.

Owszem, znajdują - ale jak..? To wcale nie jest trywialne pytanie!

W rzeczywistości jeśli gdzieś koncepcja "przemocy symbolicznej" ma sens, to właśnie - na rynku. "Wartość" różnych dóbr i usług jest tak naprawdę narzucana ludziom dokonującym indywidualnych transakcji przez pewne siły względem nich zewnętrzne. To nie zawsze jest rząd (a właściwie: rzadko kiedy jest to właśnie rząd - a to dlatego, że tak prostacką interwencję ludzie są w stanie dostrzec i znaleźć sposoby na to, aby się jej przeciwstawić...). Znacznie częściej: konwencja, powszechnie panujący przesąd, moda, reklama.

Inaczej być nie może: skoro codziennie dochodzi do milionów milionów transakcji - pomiędzy niezliczonymi milionami ludzi - to tym sprawniej takie transkacje się zawiera, im bardziej powszechna, im bardziej intuicyjna, im lepiej zakorzeniona w ich światopoglądzie (którego najczęściej zresztą wcale sobie nie uświadamiają - bo kto zdrowy na ciele i duszy traci czas na takie dyrdymały..?) jest "miara" jaką przykładają do tego, co oferują i tego, co kupują.

Właśnie dlatego jednak: porównania między "PKB Imperium Rzymskiego w roku 100" a "PKB Imperium Brytyjskiego w roku 1900", czy "PKB USA w roku 2014" są tylko tyle warte, ile zdolność dokonującego ich badacza, do uwzględnienia przepastnej różnicy jaka dzieli powszechnie w tych miejscach i czasach panujące poglądy na to, czym jest bogactwo, do czego warto dążyć w życiu, a do czego bynajmniej nie - itd., itp.

W praktyce jest to beznadziejne zadanie!


A Profesora Boboli wykresy pokazujące ileż to uncji złota jakiś tam kraj stracił albo zyskał - gówno są warte, pisząc wprost i bez ogródek.

Złoto to tylko środek pomocniczy, ułatwiający ludziom dokonywania wymiany takich dóbr i takich usług, których rzeczywiście potrzebują (lub też - WYDAJE IM SIĘ, że potrzebują: niestety, w praktyce nie sposób odróżnić tego, co "potrzebne naprawdę", od tego, co tylko "potrzebnym się wydaje"...).

Biorąc pod uwagę ten nieprawdopodobny wręcz postęp w produktywności jaki obserwujemy na co dzień - należy się spodziewać czegoś w rodzaju "galopującej deflacji" w relacji "produkty i usługi vs złoto". A to dlatego, że wydobycie tego kruszcu, jeśli w ogóle rośnie, to bardzo powoli (jest to w końcu surowiec strategiczny i w większości wypadków rządy kontrolują jego podaż...) - podczas gdy ilość dóbr i usług na rynku rośnie wprost błyskawicznie!

Że takiej "galopującej deflacji" gołym okiem nie widać - to tylko dlatego, że te same rządy, które kontrolują i ograniczają podaż złota - jednocześnie (mając w tym głęboki interes...) szmacą bez opamiętania swoją tzw. "walutę fiducjarną"...

sobota, 8 listopada 2014

Młodzi militaryści

Jak powszechnie wiadomo, do uczłowieczenia małpy doszło nie dlatego, że małpa musiała pracować (jak sobie roił Engels swego czasu: gdyby miał rację, to dominującym gatunkiem na naszej planecie byłyby bobry... albo inne termity!), tylko dlatego, że pramałpoludom coraz trudniej było namówić pramałpoludki na małe bara - bara: w miarę bowiem, jak stres wywołany naprzemiennymi glacjałami i interglacjałami uprzywilejowywał w walce o byt małpoludy z możliwie jak największym mózgiem (a w konsekwencji z coraz to dłuższym i coraz to bardziej bezradnym dzieciństwem - o czysto fizjologicznych konsekwencjach rosnącej mózgoczaszki płodu nie wspominając...) - zarazem coraz trudniej ukryć było fakt, że w społeczności małpoludów zachodzi zasadnicza zupełnie sprzeczność.

Największe szanse na pozostawienie licznego potomstwa miał bowiem ten małopolud, który do bara - bara podchodził z największą nonszalancją, zapładniając na prawo i lewo co tylko był w stanie dopaść, bez rozróżniania koloru futra czy grubości nadoczodołowych wałów. A jednocześnie ten sam czynnik, czysto biologiczny i bytowy, dawał podobną przewagę tej małpoludce, która zachowywała się zgoła odwrotnie: to znaczy tej, która umiała na tyle przywiązać do siebie konkretnego małpoluda, że był on gotów dzielić się zdobytym mięsem zarówno z nią, jak i z jej potomstwem (niezależnie od tego, czy folgowała sobie na boku z bardziej rozrywkowymi kolegami, gdy jej własny jeleń chadzał na jelenie do puszczy, czy nie...: bo jest tu oczywiście haczyk, nader znamienną wprowadzający nierównowagę między płciami - jeśli bowiem skutecznie stwarzająca pozory cnoty małpoludka potajemnie uległa nonszalanckiemu małpoludowi, a wynikiem tej przygody był osobnik płci męskiej dziedziczący po biologicznym ojcu skłonność do nonszalancji i niezbędne po temu wyposażenie - to także geny jego matki miały szansę na daleko większą propagację, niż gdyby pozostała wierna małpoludowi cnotliwemu i pełnemu troski o rodzinę, czyli jeleniowi...).


U podstaw ludzkiej cywilizacji leży zatem hipokryzja. Jakoś bowiem trzeba było te sprzeczności pogodzić, inaczej społeczności pramałpoludów groziło rychłe wyginięcie - do czego, jak wiemy, nie doszło, bo sami jesteśmy tego dowodem. Jak zaś pogodzić tak drastyczną sprzeczność celów życiowych..?  Sprzeczność, w dodatku, jak to mawiali marksiści, "antagonistyczną", boż przez wszystkie wieki wieków prawie aż po dziś dzień NIC się nie zmieniło jak chodzi o uwarunkowania, które taką, a nie inną strategię rozrodczą obu płci w naturze preferują...

Przyszło tworzyć religie i ideologie, hierarchie władzy i prestiżu: a wszystko po to, żeby nakłonić samce świeżo powstałego gatunku homo sapiens sapiens do (przeciwnej ich naturze...) dbałości o dobrobyt samic i potomstwa (i to pomimo dość oczywistej podejrzliwości względem prowadzenia się tychże samic...) - a zarazem nakłonić samice aby (pomimo całego bólu, mordęgi i mozołu) rodziły młode.

Jasne, że wcale a wcale nie chodziło tu o niczyje dobre samopoczucie, szczęście, czy temu podobne dyrdymały!

Nic dziwnego, że niejedna i niejedna w przeszłości buntowali się przeciw tak fatalnemu losowi. Z takim, zazwyczaj skutkiem, że geny buntownika znikały z puli.

Nic dziwnego, że niejeden i niejedna (ale częściej niejeden niż niejedna: tak naprawdę bowiem, jak dowodnie wykazałem powyżej, to kobiety były w tym stanie rzeczy uprzywilejowane - mimo, że najczęściej kultura usiłowała stworzyć wrażenie, że jest zgoła przeciwnie...) rozmyślali sobie nad jakimś sposobem pogodzenia tego, co im wmawiała kultura (że, mianowicie, chodzi właśnie o szczęście, dobre samopoczucie czy inne takie dyrdymały) z nader przaśną i prozaiczną rzeczywistością. Od czego bardzo skurczyły się lasy, wycinane na papier, a za to - urosły całe góry trupów...

Około pół wieku temu człowiek Zachodu ZMIENIŁ reguły gry. Wymyślając prostą i tanią antykoncepcję, dzięki której zanikł automatyczny dawniej związek między bara - bara a prokreacją. Oraz tworząc państwo opiekuńcze, dzięki któremu większość wciąż jeszcze istniejącej populacji męskiej, ta mianowicie, która składa się z osobników czy to pozbawionych dostatecznie silnego popędu, czy to stosownych warunków, aby ten popęd ku nonszalancji skutecznie realizować - stała się po prostu zbędna.

To zaiste wygląda jak spisek! Osobniki męskie, które czy to z racji swoich cech biologicznych, czy to z racji pozycji społecznej mogły liczyć na ekstra bara - bara postanowiły pozbyć się jeleni (i tak już wykpiwanych w komediach i wytykanych palcami, gdy nie patrzą...), aby ułatwić sobie żerowanie na "uwolnionych" (a nawet wręcz "wyzwolonych"...) w ten sposób stadach samic... W dodatku bez obawy, że niewinna rozrywka skończy się jakimiś żalami, alimentami, czy też - broń Panie Boże - koniecznością znoszenia niemowlęcych wrzasków...

Zauważmy, marginesowo, że oba te odkrycia tak naprawdę zmieniają równowagę sił wcale NIE na korzyść kobiet (osobliwie, że razem z nimi przyszła też możliwość bardzo łatwego i taniego badania ojcostwa...), tylko - na korzyść pewnej części mężczyzn. Tych mianowicie, którzy - słusznie czy nie - uważają, iż mają szanse na ponadnormatywne bara - bara. Wszystko jedno, czy z powodu zawartości swojego genotypu, czy z powodu zawartości swojego portfela. Aczkolwiek, warto też pamiętać, iż JEŚLI rzecz się nie wyda (a to jest coraz trudniejsze, jednakowoż...), to i partnerce Billa Gates'a "opłacałoby się", z czysto biologicznego punktu widzenia, puścić się z przystojnym i uwodzicielskim żigolakiem. A to dlatego, że dziedziczenie majątku i pozycji społecznej zachodzi na podstawie stanu prawnego, a dziedziczenie nonszalancji i predyspozycji - na podstawie stanu faktycznego. Z powodzeniem ukryta niewierność tego rodzaju daje szanse na jedno i drugie naraz...


Nie należy się bynajmniej spodziewać, że cała populacja ludzkich jeleni wymrze bezpotomnie. Ostatecznie, każda hierarchia jest względna, więc nawet, gdyby od tej pory potomstwo mieli tylko najatrakcyjniejsi macho (co jest niemożliwe, choćby z uwagi na typową dla wielkich zbiorowości bezwładność zachowań), to i wśród nich są lepsi i gorsi - i zawsze będzie niewielka grupa takich, którzy mogą liczyć na bara - bara ilekroć tylko przyjdzie im na to ochota (wszystko jedno z jakiego powodu! Powtarzam, bo znowu Państwo nie zrozumiecie, że jest wszystko jedno, czy taką uprzywilejowaną pozycję dają geny, czy pieniądze, władza, sława i prestiż) i większość takich, którzy mogą sobie co najwyżej pomarzyć.

Nie sądzę też, żeby nasz gatunek KONIECZNIE musiał od tego zaraz wyginąć. Ale cywilizacji w takim kształcie, o jakim informuje nas historia i do jakiej wciąż - siłą bezwładności - jesteśmy   przyzwyczajeni, utrzymać się nie da. Przede wszystkim dlatego, że jest zbędna. Skoro ani dominujące samce nie muszą już udawać, że zależy im na dobrobycie samic, ani też samice nie muszą udawać wierności i oddania jakimś przypadkowym jeleniom, byle tylko te jelenie łożyły na utrzymanie ich potomstwa - to po cholerę cały ten teatr, zwany kulturą..? Wracamy do punktu wyjścia. Co nie jest oczywiście równoznaczne z brakiem JAKIEJKOLWIEK kultury - ale przypominam, że MOIM ZDANIEM, kulturę mają wszystkie zwierzęta społeczne... Tyle tylko, że ta "nowa kultura" wydaje się na starcie dużo prostsza od starej. W zasadzie całość "zadań kulturotwórczych" sprowadzić można obecnie do dwóch tylko zagadnień:
- do wymyślania i utrzymywania jak najbardziej różnorodnych "agonów", w których mogłyby rywalizować osobniki męskie obdarzone wystarczającym popędem i warunkami, aby pretendować do przychylności samic,
- do dostarczania jakiegoś rodzaju zaspokojenia zastępczego masom pozostałych samców, żeby się nie buntowali.

Jest rzeczą oczywistą, że jeden i ten sam rodzaj "agonu" służy na ogół obu tym celom naraz. I tak w grze zwanej "praca w korporacji" jedne samce uzyskują pozycje "samców alfa" awansując (w taki czy w inny sposób, to bez znaczenia) i gromadząc władzę i prestiż - a inne tyrają od bladego świtu do późnej nocy, stanowiąc zarazem pożądane tło, na którym lepiej jaśnieje blask zwycięzców, jak i konieczne "mięso armatnie", które zużywa się bez żalu, przy okazji eksploatując w sposób, który na żaden bunt nie pozostawia sił.

"Agon", czy też gra zwana "życiem publicznym" dostarcza podobnych okazji: niewielka mniejszość pręży muskuły (faktyczne lub tylko metaforyczne) na scenie - na przykład startując w najbliższych wyborach samorządowych które, sami chyba przyznacie, dziecinne są do obrzydzenia - większość kibicuje, zużywając na to kibicowanie nadmiar nierozładowanej w inny sposób energii życiowej.

I tak dalej i temu podobne...

Kilka dni temu miałem żywy przykład takiej gry w działaniu. Oto jadąc sobie z klientem drogą wzdłuż płotu, za którym znajdują się od dziesięcioleci puste i zruinowane magazyny należące do naszej Niezwyciężonej Armii, natknęliśmy się na grupkę skradających się wzdłuż rzeczonego płotu młodych militarystów. W umundurowaniu, z wyposażeniem, itd.

Oczywiście nie byli to w żadnym razie członkowie naszych Niezwyciężonych Sił Zbrojnych w toku ćwiczeń - raz, że zdradzały ich szczegóły przyodziewku, a dwa, że nie umiem sobie wyobrazić, aby członkowie naszych Niezwyciężonych Sił Zbrojnych tracili czas i energię na takie zabawy w podchody - bo i po co..? Są lepsze sposoby doczekania wczesnej emerytury niż wystawianie tłustego dupska na niepewną, jesienną pogodę...

Podchody owe nie były jednak ze wszystkim amatorskie i nieoficjalne, bo choć magazyny stoją od dziesięcioleci puste i zruinowane i pewnie nawet o zapomnianą onucę byłoby tam trudno - to teren jako całość wciąż pozostaje w dyspozycji Niezwyciężonej Armii III RP. Ktoś zatem musiał był na podchody młodych militarystów wyrazić zgodę. Tym samym nadając ich zabawie znacznie wyższą rangę!


Zabawa młodych militarystów pozostaje jedynie zabawą (nota bene nie uważam bynajmniej, aby nasza Niezwyciężona Armia był czymś więcej niż tylko żartem...). Żadnego praktycznego celu nie ma. Dokładnie tak samo jak polityka, życie celebryckie czy praca w wielkiej korporacji. Ale - zauważcie - że nie tylko niezły z tego może być fun. Z tego przede wszystkim może być bara - bara...

niedziela, 26 października 2014

Imperatyw (czy aby na pewno?) kategoryczny

W młodości robiłem co mogłem, żeby zakochiwać się wyłącznie nieszczęśliwie. Oczywiście - wtedy tego tak nie oceniałem. Ale z perspektywy czasu nie mam co do tego wątpliwości. Nie mam też bladego pojęcia dlaczego tak robiłem (a Wy zawsze wiecie, dlaczego robicie coś tak, a nie inaczej..?) - i, prawdę powiedziawszy, nie mam specjalnej ochoty nawet na stawianie hipotez na ten temat, bo i cóż to ma za znaczenie dzisiaj..?

W każdym razie dowiodłem czynem, że nie tylko świadomie, ale i podświadomie jakiegoś imperatywu "włączenia się w łańcuch pokoleń", o którym pisze na ten przykład Orson Scott Card (którego twórczość skonsumowałem już w dużej ilości w pociągu relacji Strzyżyna - Radom i z powrotem...) nie odczuwam.

Że świadomie takiego imperatywu nie odczuwam, to akurat nic niezwykłego i niczego nie dowodzi. W dzisiejszym, bezpiecznym aż do przesady świecie, można przeżyć całe życie i umrzeć, nigdy nie doświadczając świadomie nawet instynktu samozachowawczego. Imperatywy, jeśli są imperatywami, powinny działać właśnie w ukryciu, niejako bezmyślnie i (pozornie) przypadkowo. Tak, jak instynkty.

Gdyby zatem ów cardowski imperatyw był faktycznie imperatywem, to czy bym tego świadomie chciał, czy nie - powinienem był mnożyć okazje, by tak rzec, pronatalistyczne. Tymczasem ja ich unikałem - i to w taki sposób, że sam o tym (wówczas) nie wiedziałem, bo wydawało mi się, że przecież właśnie wzdycham i poema piszę... Sytuacja zatem była poniekąd odwrotna niż u mnicha, który wybiera celibat ŚWIADOMIE, a więc - wbrew instynktowi. Taki wybór bynajmniej istnienia instynktu nie zaprzecza: ludzie nie mrówki, wcale nie muszą postępować w jeden, ściśle określony sposób.

Naturalnie, nie ma się co przejmować Cardem - to tylko pisarz, w dodatku mormon (w szufladzie przy łóżku hotelowym w Chicago miałem "Księgę Mormona", obok Biblii - ale jakoś, przyznaję, nie było czasu zajrzeć...). Formułując swoją postać "imperatywu natalistycznego" i dając nawet takiemu mutantowi jak Groszek potomstwo zwyczajnie przesadził. W naturze to tak nie ma prawa działać. W naturze, nawet u mrówek instynkty działają probabilistycznie (i, zresztą, inaczej być nie może, bo i mrówki, operujące DOKŁADNIE tak samo 80 milionów lat temu, jak i dziś, pewnie by nie przetrwały...).


W naturze zawsze może zdarzyć się błąd  - a jeden przypadek na ogół niczego nie dowodzi.

Nawet jeden przypadek może być jednak znamienny, gdy osadzić go w szerszym kontekście. Co odsyła nas do dłuuugaśnej dyskusji w wątku "Dlaczego Polska się wyludnia?" mojego ulubionego historycznego forum.

Spora część udzielających się tam dyskutantów uważa, podobnie jak Card, że instynkt płodzenia potomstwa jest, jeśli nawet nie bezwyjątkowo, to w każdym razie bardzo powszechnie obecny w populacji. Że, innymi słowy - ludzie na ogół CHCĄ mieć dzieci. A co najwyżej sytuacja im na to nie pozwala.

Otóż jest to - moim zdaniem - ciężka bzdura i tu nie chodzi o takie czy inne teorie, bo stwierdzenie, iż "ludzie chcą mieć dzieci, ale aktualna sytuacja ekonomiczna im na to nie pozwala" jest najzwyczajniej w świecie - sprzeczne z doświadczeniem.

M. ma piąte dziecko w drodze, a mieszkają wszyscy w chatce ledwo dwa razy większej od naszej - i w żadnym razie nie są "patologią społeczną" (to już mnie do takiego określenia bliżej, jakby tak popatrzyć, czym się zajmuję łykendami...), choć niewątpliwie im się nie przelewa: pracując w stolycy M. zarabia może połowę tego co ja, wydając znacznie więcej na bilet miesięczny, a i gospodarstwo ma nieco od naszego mniejsze, choć przynajmniej - odziedziczył po przodkach lub  zdołał już zgromadzić jakieś zabudowania i maszyny i może coś tam produkować...

W żadnym razie nie można uzasadnić tezy, że mnie na dzieci "nie stać", a M. "stać" i dlatego ja nie mam żadnego, a M. wkrótce będzie miał piątkę...

Brednie o "ekonomicznej opresji nie pozwalającej Polakom na posiadanie potomstwa, którego chcą" nie wytrzymują zresztą krytyki w żaden sposób. Gdybyśmy przeprowadzili się tutaj, do Boskiej Woli w roku 1980, a nie w roku 2009 to (abstrahując od kwestii, że w 1980 tutaj NAPRAWDĘ, a nie tylko na gminnej mapie były pola i rosły sobie kartofle, a nie karłowate brzózki i sosenki...), to pewnie do tej pory nie miałbym prądu (dobrze pamiętam Ojca, pracującego po 12, po 18 godzin na dobę w pogotowiu energetycznym, żeby tylko utrzymać ten "dziesiąty stopień zasilania", a o żadnych inwestycjach w rodzaju pociągnięcia 800 metrów nowej linii tylko po to, żeby jakiś mieszkający na odludziu obywatel mógł se żarówkę zaświecić, to i mowy nie było...), srałbym w wygódce (nikt wtedy nie słyszał o "biologicznych oczyszczalniach ścieków"), wodę czerpał kołowrotem ze studni, bynajmniej nie głębinowej i ciepłą miał tylko po zagotowaniu na piecu.


To też jednostkowy przykład, ale akurat - bardzo dobrze ilustruje różnicę między tym, co było, a tym co jest. A jest dobrze. Być może: zbyt dobrze!

Określenie, że "ludziom jest za dobrze, żeby chcieli mieć dzieci" da się rozwinąć na dwa sposoby. I oba te w inkryminowanej dyskusji już przedstawiłem (aczkolwiek, jak to zwykle bywa, nikogo nie przekonałem: przecież nie dyskutuje się w internecie po to, aby zmienić zdanie, tylko po to, żeby się w swoich poglądach, jakie by nie były, umocnić - nieprawdaż..?).

Po pierwsze: możliwym jest, że choć sytuacja bezwzględna uległa dramatycznej poprawie, to ludzie SUBIEKTYWNIE I WZGLĘDNIE czują się gorzej niż 30 lat temu - a to dlatego, że ich aspiracje i oczekiwania wzrosły niepomiernie bardziej niż ów bezwzględnie imponujący przyrost bogactwa i możliwości.

Po drugie: możliwym jest, że mylą się zwolennicy powszechności "instynktu natalistycznego" i ludzie wcale tak powszechnie nie pragną obarczać się potomstwem - tyle, że dawniej nie mieli możliwości ekspresji swojego braku entuzjazmu do rozrodu, gdyż panująca kultura skutecznie ich doń dopingowała, z jednej strony za brak potomstwa karząc (chociażby brakiem szacunku ze strony sąsiadów - co i obecnie, w pewnym stopniu, jak już dawno temu pisałem, istnieje...), z drugiej zaś, za jego posiadanie nagradzając (entuzjazmem otoczenia) i w spłodzeniu oraz wychowaniu pomagając (na różne sposoby: zaczynając od mniej lub bardziej dyskretnego swatania takich, którzy sami sobie we właściwym - zdaniem otoczenia - czasie nie poradzili, a kończąc na typowych dla "wielkiej rodziny" instytucjach w rodzaju babci, zajmującej się całą gromadką wnucząt...).

Obecnie tradycyjna kultura jest już w znacznej części martwa i nie funkcjonuje - i nie bardzo widzę, co by ją miało w tej "pronatalistycznej" roli zastąpić, chyba że ktoś poważnie potraktuje totalitarne rozwiązanie, które też kiedyś opisałem.

Moje własne doświadczenie wskazywałoby raczej na rozwinięcie drugie, a więc - nie tak aż wielką powszechność i imperatywność rzekomego imperatywu. Ale mogę się mylić.

poniedziałek, 20 października 2014

Królowie szos - widoki z okna

Nie pamiętam dokładnie, kiedy to było, ale niedawno - w ciągu ostatnich dwóch tygodni. Widok z okna naszej biurowej kuchni zaiste wzbudził entuzjazm załogi (głównie akurat w tym momencie żeńskiej, co tłumaczy niejaką złośliwość pod adresem Bardzo Ważnego Pana Kierowcy...):
 
video
 
Zacząłem nagrywać już pod koniec przedstawienia, więc może nie widać, jaka to Niezmiernie Ważna Czynność zmusiła Pana Kierowcę do zatrzymania się w tak... nieortodoksyjnym? - tak, to dobre słowo - miejscu.
 
Otóż Bardzo Ważny Pan Kierowca (obsługujący pojazd jednej z miejskich instytucji, po napisach sądząc...)... sprawdzał działanie spryskiwaczy na reflektorach!
 
Żeby nie było - parę dni później i to już na pewno było nieco ponad tydzień temu, w przedpoprzedni piątek - sam zablokowałem drogę krajową nr 48 we wsi Ksawerów. Zablokowałem ją z pełną premedytacją, by nie rzec wręcz, ze złośliwą satysfakcją, wstrzymując ruch w obu kierunkach na kilka minut.
 
Dlaczego postąpiłem tak arogancko i nieuprzejmie wobec innych Użytkowników Drogi?
 
Ano dlatego, że po drodze krajowej nr 48 we wsi Ksawerów pod Stromcem biegł sobie koń. Właściwie to podskakiwał, bo na przednich nogach miał pęta, więc bieganie za bardzo mu nie szło. A poboczem gonił go chłop, któremu rzeczony koń najwyraźniej nawiał z ogrodzenia. Zatrzymałem tedy ruch kierując się odruchem solidarności zawodowej: albowiem Wielce Szanowni Użytkownicy Drogi (a żeby ich wszystkich nagła cholera wytłukła!) wykazując się całkowitym niezrozumieniem sytuacji (rozumiem, że w dupach mieli i konia i goniącego go chłopa - ale dlaczego wisiał im też los ich własnych samochodów, dla których zetknięcie się z pół tony uzbrojonych w solidne kopyta mięśni, ścięgien i kości byłoby naprawdę bolesne - dużo boleśniejsze niż dla naszej Wendi na ten przykład - tego już nie rozumiem...) - zamiast przystanąć i pozwolić chłopu usunąć konia z jezdni drogi krajowej nr 48 robili co mogli, aby wykazać swoje zniecierpliwienie i kontempt dla zaistniałej sytuacji, tj. wymijali konia z najwyższą szybkością na jaką pozwalała im brawura i (taki sobie na ogół) stan techniczny pojazdów, którymi kierowali, trąbiąc przy tym klaksonami. Ot - miastowi...
 
Z doświadczenia jakie mam jako kierowca zestawu z przyczepą do przewozu koni wynika, że najgorsi są ci w beemkach bez tłumików (żadna nowość, swoją drogą, nieprawdaż?) - oraz słowackie i rumuńskie tiry...
 
Ponieważ zebrałem się w sobie i przegrałem filmiki z telefonu na końputer - to w ramach bonusa jeszcze dwa widoki z okna. Zdjęć w Chicago nie robiłem, bo i po co (koniec końców nie zwiedzaliśmy żadnych takich miejsc, które nie byłyby fotografowane codziennie - i to tysiące razy...), ale widok z hotelowego okna filmikiem owszem - uwieczniłem. Po raz pierwszy zaraz po przyjeździe:
 
video
 
a po raz drugi podczas jednego ze wschodów słońca nad jeziorem Michigan: wschody słońca obserwowałem pasjami, jako że na skutek różnicy czasu zawsze zastawały mnie zwartego i gotowego...
 
video
 


piątek, 17 października 2014

Z dedykacją dla znajomych pilotów

bo akurat leciało na "Pierwom kanalie" jak obiad jadłem, ha, ha:


i - siłą rozpędu - z tego samego filmu: wirujący seks w stylu sowieckim!


dzięwczęta w mundurach i ze stakanami wódki - jaki fetyszysta to wymyślił..?

poniedziałek, 13 października 2014

Przekręt wszechczasów

Amber Gold, OFE, "afera taśmowa"..? Nic z tych rzeczy! To są wszystko drobne. Powiedziałbym wręcz: Pikuś. Pan Pikuś.

Prawdziwy przekręt wszechczasów to...


wyprawa Krzysztofa Kolumba!

Pomyślcie tylko:

1) Żeby w ogóle zacząć dyskusję o tym projekcie, jego autor musiał ni mniej, ni więcej a... zaniżyć obwód Ziemi o 1/4! Co oczywiście wywołało pusty śmiech u jajogłowych z renomowanego uniwersytetu w Salamnce, konsultowanych w tej sprawie: aferzyście mimo to... udało się przekonać odpowiedzialnych decydentów, że to on - człowiek bez naukowego tytułu, człowiek znikąd, o którym nic prawie nie wiadomo - ma rację, a nie cały fakultet nauk wyzwolonych z dziekanem na czele, wspierany przez rektora i miejscowego biskupa...

2) Obiecywał odkryć krótszą drogę do Indii, a tak naprawdę zaniosło go do Ameryki - i taka pomyłka nawigacyjna (raptem 20.000 km - licząc po najkrótszej możliwej linii...) uchodzi u potomności za wielkie odkrycie! Co za pijar! Doprawdy: czapki z głów...

3) Nawet, gdyby sam pomysłodawca i autor projektu wierzył w ten zaniżony o 1/4 obwód Ziemi, to zapasów żywności i wody wziął na te swoje łupinki... i tak o połowę za mało! Już gdy dopływał do Hispanioli, woda się kończyła. A to nie jest nawet 1/3 drogi do Indii - wedle jakichkolwiek hipotetycznych obliczeń, które mogą wchodzić w grę. Z jego własnymi włącznie. Jedno z dwojga zatem: albo wiedział o Ameryce (a tylko ściemniał tymi Indiami...) - albo od początku chodziło o coś całkiem innego. O co..? Bóg jeden raczy wiedzieć...

4) Mając tak wątłe jak wykazano powyżej dane by spodziewać się sukcesu - mimo to z góry zażądał  zapłaty: mianowania się dziedzicznym gubernatorem wszelkich ziem, które odkryje po drodze i "admirałem Oceanu". W dzisiejszych czasach urzędnik państwowy, który by podpisał tego rodzaju kontrakt z prywatnym wykonawcą, co najmniej poszedłby na dłużej siedzieć: Kolumb miał szczęście, że Ich Katolickie Wysokości w swej łaskawości nie skróciły go po powrocie o głowę... Ba! Korona nawet usiłowała przez pewien czas wykonywać tę skrajnie niekorzystną dla siebie umowę - co okazało się zwyczajnie niemożliwe dopiero wobec jaskrawej nieudolności synalków "odkrywcy"...

piątek, 10 października 2014

Czy należy bać się "gender"?

Oczywiście że tak. I to zdecydowanie bardziej jeśli "gender studies" to "w pełni spełniający kryteria naukowości projekt badawczy, którego głównym zadaniem jest poszerzenie naszej wiedzy", niż gdyby przyjąć - jak w dużej większości uważają przeciwnicy tego rodzaju rozważań - że to jedynie pseudonaukowy bełkot, o czysto ideologicznym charakterze.
 
Marks BYŁ ekonomistą. Jak na swoje czasy - wiedział na ten temat wszystko, co wiedzieć się dało. Owszem, spora część jego twórczości to zwykła publicystyka, a teoria wartości na której oparł "Kapitał" jest po prostu błędna - ale ile teorii ekonomicznych z jego czasów przeżyło do dziś nie sfalsyfikowanych..? A czy fizyka newtonowska, jedyna znana 150 lat temu, jest dziś postrzegana tak samo jak wtedy? Oczywiście tu akurat nie doszło do całkowitego jej sfalsyfikowania, jako pewne rozsądne przybliżenie jest ona całkowicie wystarczająca dla ogromnej większości podejmowanych przez ludzi działań.
 
Z tą różnicą, że o ile technik próbując przy pomocy praw odkrytych przez sir Izaaka Newtona robić coś, na co one nie pozwalają, po prostu zderzy się ze ścianą i zaliczy porażkę (jak Edison, który podobno próbował zbudować coś w rodzaju "silnika jądrowego" - metodą prób i błędów, nie mając żadnej teorii, która by go w tym dziele prowadziła). Natomiast polityk może robić swoje kierując się teorią społeczną czy ekonomiczną o której dobrze wiadomo że jest nie sprawdzona, czy nawet błędna - i niewątpliwie jakieś rezultaty będzie miał. Niekoniecznie takie, o które mu chodziło (czy takie, o których głośno mówił, że mu przyświecają jako cel) - ale czyż polityka nie jest sztuką unikania odpowiedzialności za błędy..?
 
Ambicje "regulacyjne" daleko wyprzedzają w naszym życiu społecznym możliwości jego teoretycznego poznania i opisu. Jest to reguła ogólna.
 
Za każdym razem zatem, gdy tylko pojawi się teoria naukowa, czy choćby aspirująca do naukowości, a usiłująca opisać i wytłumaczyć taki czy inny aspekt ludzkiego życia - możemy być absolutnie pewni, że zaraz pójdą za nią jakieś próby amelioracji (ulepszenia) tej sfery życia.
 
Sądząc po tym, jakie skutki miały próby aplikacji w praktyce błędnej (choć jak na swoje czasy przecież żywiącej ambicje do naukowości...) teorii Marksa - jest się czego bać...
 
Czy z tego wynika, że nie należy badać kulturowej ekspresji różnic płciowych?
 
No cóż: nie sądzę, żeby zamknięcie na cztery spusty wszystkich wydziałów ekonomii, socjologii, kulturoznawstwa i pokrewnych wywołało jakieś negatywne skutki dla naszej gospodarki. Co najwyżej jeszcze łatwiej byłoby o kelnerów, personel na zmywaki w knajpach czy recepcjonistki. A to chyba nie byłoby złe..?
 
 
Że w ten sposób "popieram ciemnotę i staję na drodze ludzkiemu poznaniu"..?
 
Eeeee tam...
 
Według projekcji przytaczanych przez Mistrza w jego wiekopomnej "Summie technologiae", gdyby utrzymało się tempo rozwoju nauki z lat 60-tych XX wieku, to w naszych obecnych czasach znaczący procent ludności musiałby już zajmować się teoretyzowaniem czy eksperymentowaniem - i dawno, przynajmniej w przodujących krajach świata, nie byłoby żadnych recepcjonistek!
 
Jak widzimy, nic takiego zgoła się nie dzieje. Co więcej - największy przyrost "ilościowy" nauki, czy może raczej "nauki" wcale nie objawia się w fizyce (jak to się wydawało 6 dekad temu), tylko właśnie w szeroko rozumianych "naukach społecznych". I nie ma co ukrywać, że w znacznej mierze bierze się on stąd, iż - o czym dawno temu i gdzie indziej pisałem - pęd do posiadania tytułu kieruje tłumy młodzieży tam, gdzie jej zapału nie weryfikuje ta bezlitosna matematyka...
 
Gdyby istniało rzeczywiste zapotrzebowanie rynkowe na "produkowanie nauki" w większym wymiarze niż to się obecnie dzieje, pani ze zdjęcia powyżej, o zmierzonym IQ 156 z pewnością znalazłaby lepiej płatne zajęcie w jakimś laboratorium niż fach, który faktycznie wykonywała (nim przeszła na emeryturę, choć jest tylko niespełna rok starsza ode mnie...)
 
Tak więc: zaprzestanie "badań nad kulturową ekspresją różnic płciowych" nie tylko niczym nie grozi, ale wręcz - wydaje się rozwiązaniem w pełni uzasadnionym, logicznym i pożytecznym. Być może w międzyczasie udałoby się coś zrobić, żeby te "nauki" społeczne choć trochę nadgoniły w stosunku do fizykalnych - jak chodzi o zbieżność teorii z czymkolwiek istniejącym poza wyobraźnią jej twórcy..?
 
Natomiast NIE uważam, że takie zjawiska jak spadek dzietności, wzrost liczby rozwodów, zanik "wielkiej, wielopokoleniowej rodziny", itd., - to są wszystko efekty jakiegoś dyabolicznego spisku Żydów, masonów i cyklistów, którego "ideologia gender" jest tylko kolejnym wcieleniem.
 
To prawda - tzw. "tradycyjne" społeczeństwo, na ogół patriarchalne (ale i każde inne - tyle, że innych niż patriarchalne to zbyt wiele nie było...) jest i bardziej płodne i - na ogół - oferuje swoim członkom wyższy poziom satysfakcji z życia, życia płciowego nie wyłączając. Ale to już było i nie wróci więcej...
 
Potępienie "gender" nie jest żadnym magicznym sposobem na przywrócenie dawnych, lepszych czasów. Owszem - dawniej było "lepiej", ale to dlatego, że kultura ogólnie zmuszała ludzi (tak kobiety, jak i RÓWNIEŻ mężczyzn) do większego wysiłku, wkładanego w podtrzymywanie więzi międzyludzkich, do poświęcania własnych celów w imię tak czy inaczej definiowanego dobra rodziny, rodu czy klanu. Owszem - w efekcie wszyscy odnosili jakieś korzyści (tak samo jak wszyscy odnoszą korzyść, gdy chodzą po wyznaczonych ścieżkach nie tratując świeżo zakładanego trawnika - choć każdego z osobna kosztuje to zwykle nadłożenie tu czy tam kilku metrów drogi...). To, że ten system się rozpadł to efekt klasycznego "dylematu więźnia": każdy goni przede wszystkim za własną korzyścią i wygodą i doprawdy - trudno mieć o to do kogokolwiek pretensje...
 
Jeśli komuś się jednak wydaje, że wystarczy potępić "gender", "feminizm" i inne "dyabelskie pomysły", a zaraz kobiety i mężczyźni sami z siebie zaczną o siebie dbać nawzajem, opiekować się starszymi, niańczyć hordy bachorów i jeszcze przeprowadzać staruszki przez jezdnię - to naiwny jest i tyle.

poniedziałek, 29 września 2014

Home, sweet home...

Lepsza Połowa twierdzi, że w tym całym Chicago schudłem. Nie do wiary - po "Epic Burgerach" na kolację! Amerykanie o wiele taniej mogliby pokonać ISIS, gdyby zamiast bomb i rakiet, zrzucali na Syrię i Irak zasobniki na spadochronach ze swoim żarciem: po wszamaniu jednego takiego burgerka (fakt, że podwójnego i z frytkami - świetnymi zresztą...) przeciętny człowiek przewraca się jak stał i chrapie - dojście po takiej kolacji do hotelu stanowiło pewne wyzwanie: wygłodzonego Araba mogłoby to pewnie i zabić na miejscu... Podobnie jak te ich okrągłe pączki - w ilości większej niż dwie sztuki...


Pozostając przy kulinariach to faktem jest, że McDonald wszędzie jest taki sam. Zauważyliśmy tylko drobne różnice: nasz McRoyal jest tam "ćwierćfunciakiem", jak słusznie (tyle, że w drugą stronę...) zauważył już Tarantino - a poza tym, opakowania są z grubszej tektury, za to słomki - jakieś takie dziwnie cienkie... No i - napój nalewa się samemu i niekoniecznie trzeba brać do niego lód. To akurat dobry pomysł: nie przepadam za ssaniem przez słomkę lodu...

Podróż powrotna zasługuje na wspomnienie z dwóch tylko powodów. Po pierwsze - nie pojmuję, jaki to konserwatyzm, jaka to obawa przed reakcją opinii publicznej powstrzymuje linie lotnicze i producentów samolotów przed zastosowaniem na pokładach transkontynentalnych liniowców rozwiązania wypróbowanego już w japońskim hotelarstwie:


Przecież to ma same zalety! Po pierwsze - zmieściłoby się ze trzy razy więcej pasażerów, więc bilet mógłby być tańszy. Po drugie - drobna modyfikacja i dałoby się to "sprzedać" jako poprawę bezpieczeństwa (nie, nie - żadne tam spadochrony..! Za drogo by wyszło... ale starczyłoby, żeby każda taka kapsuła była odrębną całością - i już przeżywalność pasażerów przy niektórych typach katastrof byłaby zauważalnie większa...). Po trzecie i najważniejsze - przynajmniej po spędzeniu tych dziewięciu godzin leżąc, a nie siedząc, pasażer wciąż byłby w stanie chodzić...

Owszem: problem byłby z cierpiącymi na klaustrofobię. Ale: dlaczego nie podawać takim (i w ogóle wszystkim, którzy chcą..?) chloroformu na dobry sen..? Na cateringu by się oszczędziło...

Drugi powód jest już jak najbardziej krajowy. Otóż - okazuje się, że przejazd pociągiem z Warszawy do Strzyżyny (najbliższa nam stacja kolejowa) trwa tylko o połowę krócej niż przelot samolotem z Chicago do Berlina... Oczywiście: doliczając czas oczekiwania na pociąg. Chociaż sama jazda pociągiem też ma swój urok: zajmuje WIĘCEJ czasu, niż przelot z Berlina do Warszawy..!

Hmm..? Kapsuły do wynajęcia na stacjach kolejowych..?

No niestety: ani w samolocie, ani na stacji Warszawa - Okęcie, na której spędziłem połowę wczorajszego dnia takich wygodnych kapsuł nie było. Dzięki czemu powróciwszy do domu, przynajmniej nie odczuwam problemów z kolejną już zmianą strefy czasowej: padłem i spałem jak zabity.

Zaraz znowu zasnę. Mija 12 godzin od wzięcia porcji prochów - pora na kolejną porcję, po której niewątpliwie utracę przytomność... Dobranoc zatem Państwu!

czwartek, 25 września 2014

Kartka z podróży

Źle wyglądam na tym zdjęciu. Nie dlatego, że zrobił je automat w muzeum. Ja po prostu źle wyglądam: wywalony bandzioch, niezdrowe, ceglaste wypieki od gorączki, rozbiegane oczka i wory pod oczami z niewyspania:
 
 
Ale wiecie co..? Kawałek dalej był sklep. No i przymierzyłem sobie kurteczkę... Cholera jasna! Jakoś bandziocha nie widać, albo wręcz wpisuje się w styl (skądinąd, wciąż pasuje na mnie rozmiar XL - minimalistyczny przy np. "5XL", których było dużo więcej...) - a stosowne na kurteczce obrandowanie skutecznie odwraca uwagę od innych defektów mojej wątpliwej urody.
 
I to wszystko - za jedyne 175 dolców (bo w przecenie...). Które, szczerze powiedziawszy, wciąż miałem w portfelu.
 
A kolega Wojciech uparcie twierdzi, że bez pracy nie ma kołaczy, he..?
 
Ale nie! Powstrzymałem się. Na Lepszej Połowie kurteczką wrażenia nie zrobię (sianokosy jeszcze do końca nie zapłacone, a po ciężkiej, ofiarnej i pełnej pogardy dla własnej wątroby pracy tutaj - trzeba będzie kupić nową marynarkę...). Na koleżankach z pracy, szczególnie tych sympatyczniejszych - też nie.
 
Jeśli zaś zupełnie niechcący zrobiłbym wrażenie na jakiejś małolacie - blacharze, to by się tylko mogło na złe obrócić: mocno podejrzewam, że takie istoty żywią całkowicie nieuzasadnione przekonanie, że mężczyzna, który sobie kupuje drogie i do niczego (poza poprawianiem samooceny) niepotrzebne gadżety, będzie w takowe również i je zaopatrywał...
 
Poza tym, co się odwlecze, to nie uciecze! Wracamy pełni pomysłów i inspiracji. Również w zakresie kurteczek i innych gadżetów.

środa, 24 września 2014

Ciupcianie geopolityczne

Na szczęście to już koniec. I dobrze. Do tej pory nie zdołałem przystosować się do zmiany czasu i nie było od przyjazdu doby, żebym spał dłużej niż cztery godziny. No i takiego przeziębienia (od klimatyzacji: w pokoju owszem, wyłączyłem, ale cóż z tego, gdy większość dnia przyszło spędzać w hali targowej schłodzonej do temperatury właściwej dla handlu rybami, a nie... czymś innym zgoła , w dodatku przekrzykując afrykańskie bębny, przypominające co jakiś czas, że gospodarzami następnej konferencji będą Zulusi...) - dawno nie miałem!
 
Mało śpiąc, stwierdzam po tych kilku nocach, że CNN jest płytkie jak górski potok. Osobliwie w porównaniu do kanału "Russia Today"... Relacje z ataków na Syrię i Irak w CNN cechuje:
- niczym niezachwiana wiara, że takie strzelanie z armaty do muchy ma głęboki sens i na pewno przyniesie efekt, trzeba tylko ciutek poczekać,
- nie mniej granitowe przekonanie, że wystarczy wystrzelać wszystkich "bad guys", a świat będzie piękny, tolerancyjny i demokratyczny...
 
"Russia Today" też przegina, to prawda - akurat to, że Hamerykanie w du..e mają marionetkową instytucję w postaci jakiegoś tam ONZ to zjawisko zdrowe i nie ma się tu czym podniecać. No ale i bez tego łatwo im z durnych i naiwnych jankesów kpić. Po  jaką cholerę obalali Saddama? Po co im było podkopywanie Assada..? Naprawdę myśleli, że alternatywą dla "krwawych dyktatorów" automatycznie są grzeczni chłopcy, całym sercem wierzący w prawa człowieka i wyższość amerykańskiego stylu życia..?
 
Ba! Oni zdają się wciąż myśleć, że gdy tylko (jeśli tylko...) wystrzelają cały ten ISIS, to następni, którzy zajmą ich miejsce (Hezbollah..? Kurdowie..?) to już na pewno będą ci dobrzy...
 
No cóż: głęboko się w takim razie rozczarują...
 
Problem Bliskiego Wschodu jest taki, że model "modernizacji" przyjęty po II wojnie światowej w kulturze arabskiej po prostu się nie sprawdził. Co ma bardzo konkretne, acz może frywolne konsekwencje w postaci tego, że przeciętny wiek inicjacji seksualnej dla arabskich mężczyzn (pomijając tych kilka krajów, gdzie jest bardzo dużo ropy, a bardzo mało ludzi) to bodaj 35 lat. Wiek w którym część mężczyzn już na emeryturę w tej materii przechodzi. A na pewno chcieliby sobie pociupciać wcześniej!
 
Cóż, kiedy ogromnej większości nie stać na zapewnienie legalnej połowicy tego, co utarło się jako "zadowalający standard", czyli w pełni wyposażonego mieszkania, samochodu i środków utrzymania. A inaczej rozwiązać problemu lokalna kultura nie pozwala...
 
No i co poradzić..? Czy "demokracja" i "prawa człowieka" cośkolwiek w zaspokojeniu tego głodu mogą pomóc..?
 
 
Nie bardzo. Natomiast odrzucenie całego tego "zachodniego stylu życia" - to jest perspektywa dla milionów młodych, arabskich mężczyzn nader pociągająca! Uda się - to znowu wystarczy zapewnić lepiankę i może jaką kozę (a lepianka i koza to dobra, mimo całego technicznego postępu, wciąż łatwiej dostępne niż klimatyzowane mieszkania i samochody...). Nie uda się, przyjdzie zginąć - trudno: to i tak nie jest wcale gorsza alternatywa od stanu obecnego...
 


sobota, 20 września 2014

Biznesmen w podróży służbowej, cz. 2

To nieprawda, że Amerykanie są grubi! Większość tutaj (czyli w ścisłym centrum Chicago - dzielnica uniwersytecka i biznesowa) jest fit.
 
Inna rzecz, że nie wiem, jak oni to robią... Biorąc pod uwagę, co tutaj można kupić do żarcia. A kupić można PRAWIE WYŁĄCZNIE albo coś co jest nazywane "organic", albo chociaż "natural". Z niejaką podejrzliwością traktuję te etykietki, bo co z tego, że tortille, które - z braku szans na choćby kawałek normalnego chleba - kupiłem pierwszego dnia nazwane były "organic" i w dodatku "traditional" - jak słodkie toto samo z siebie jak, za przeproszeniem, jakiś wafel, a nie chleb? I zdecydowana większość dostępnych dodatków - tak samo słodka. Nawet kiełbasa, mało zresztą do normalnej kiełbasy podobna! Wszystko, albo prawie wszystko jest tu na słodko: obrzydliwość, osobliwie, gdy chodzi o zdobycie czegoś, co by się nadawało na zagrychę pod "Mocz Kobyły"...
 
 
Ogólnie, przestają mnie dziwić niepowodzenia w sprzedaży na płodów rolnych z Boskiej Woli, czego ongiś naiwnie próbowałem. Koncept żywności "organicznej" mnie się kojarzy z czymś, co dopiero rosło w ziemi, najlepiej własnymi rękami sadzone, pielęgnowane i zbierane, co może, a nawet powinno być brudne, pachnieć sobą i ziemią, a nawet kompostem - i co, w żadnym razie, nie może mieć nic wspólnego z zaawansowanym przemysłem przetwórczym... Okazuje się, że może, a nawet - zdaniem większości - powinno: i jest to tak samo próżniowo zapaczkowane, tak samo słodkie, tak samo niepodobne do niczego, co kiedykolwiek rosło w ziemi, jak "zwykła" żywność. Zaryzykowałbym stwierdzenie, że polska (tzn. portugalska, ale przecież: polska...) Pierdonka ma o wiele więcej wspólnego z matką naturą niż to, to co w Walgreenie (a na każdym rogu ulicy jest jeden...) reklamują jako "organic food".
 
Nie mam pojęcia czym to się skończy i czy przypadkiem nie gorszym rozstrojem niż ten z Marsylii... Na razie cierpię z powodu różnicy czasu - i braku dopasowania wtyczki kabla zasilającego laptopa do adaptera, "tłumaczącego" z hamerykańskiego gniazdka na europejską wtyczkę. Muszę zdobyć inny adapter, albo po prostu - hamerykański zasilacz. Na razie kończę tedy - pozostańce na nasłuchu...

sobota, 13 września 2014

Szczyt szczytów...

Podobnie jak staram się nie zaglądać na Onet (i regularnie to postanowienie łamię... szmata nie charakter!), tak też staram się nie kupować "Najwyższego Czasu!". Od dawna zamieszczane są tam albo banały - albo bzdury. Może jeden na dziesięć tekstów (i prawie zawsze autorstwa albo JKM, albo p. Michalkiewicza...) coś wnosi i da się go czytać.


Lektura "NCz!" od deski do deski obecnie zajmuje mi około godziny: w ogromnej większości wypadków starczy przeczytać "lead" i pobieżnie przelecieć wzrokiem teskt, przecież nie muszę się wczytywać w argumenty, zawsze takie same i zawsze tak samo (na ogół), albo oczywiście słuszne - albo nie mniej oczywiście płaskie...

No ale naprawdę jestem chory. Napięcie ze mnie opadło po zrealizowaniu ważnego zadania w pracy - i zaraz mnie dopadły wirusy, przyniesione, rzecz jasna przez koleżanki i kolegów, których pociechy właśnie dokonały w szkołach wymiany ich mutacji, pozbieranych w różnych miejscach przez wakacje... Dopadli mnie też lokalni dziennikarze i zaiste jest mi wstyd. Już nie tylko tego, co bredziłem w gorączce, ale głównie tego jak wyglądam - a wygląda na to, że wyglądam jak mocno opalony Lewantyńczyk z nalaną od tłuszczu i świecącą potem mordą i biegającymi niezbornie, świńskimi oczkami, jak nie przymierzając - u jakiego Kwacha... Gdybym przypadkiem wybierał się właśnie za Wielkie Bajoro (a nie potwierdzam i nie zaprzeczam, że się właśnie wybieram...), to urzędnik imigracyjny miałby ze mną jeden tylko problem: wrócić mnie z powrotem do Berlina - czy jednak odesłać od razu do Guantanamo..? Żeby chociaż była szansa na Klewki czy inne Kiejkuty..!


Jednym z objawów chorobowego osłabienia jest i to, że zgarnąłem dziś do koszyka ówże nieszczęsny "NCz!". Dzięki czemu doznałem, niechcący, pewnej epifanii. Może niezbyt wielkiej i niezbyt ważnej - ale w tak ponurych okolicznościach przyrody, każdy powód do radości jest dobry!

Oto ostatni, czyli zeszłotygodniowy numer "NCz!" zawiera tekst niejakiego Adama Danka (sądząc po pobieżnym wygooglowaniu, świeżo upieczonego magistra politologii i pewnie doktoranta - niestety, ale nadredaktor Sommer, pisząc doktorat w Szkole Nauk Społecznych PAN, do czego najzupełniej przypadkowo i niechcący sam się przyczyniłem - pozbierał z tej kuźni i matecznika waryatów wszelakich niezły wybór oryginałów...). Tekst o myśliwstwie.

Łowiectwo, uważajcie Państwo, nie podoba się panu magistrowi Dankowi. Dlaczego mu się nie podoba..? Bo jest nie fair! Myśliwy ma sztucer z celownikiem optycznym i niczym, ale to niczym nie ryzykuje ubijając sarnę, zająca czy innego daniela - i nawet wilk, ani cała wataha wilków nie dałyby mu rady, boż sztucer jest półautomatyczny (pan magister Danek pisze "automatyczny", ale to oczywiście pomyłka, przez litość nie wymieniam innych...).

Ogólnie: myśliwstwo nie jest konserwatywne, tylko burżuazyjne..!

No ręce i nogi...


I nie! Wcale nie oczekujcie po mnie Państwo, że zacznę teraz bronić myśliwych!

Polski Związek Łowiecki to postkomunistyczna jaczejka, w ogromnej większości zdominowana przez byłych i obecnych "siłowników", a uzupełniająca swoje szeregi metodą całkowicie arbitralnej kooptacji. Ta jaczejka ma zagwarantowany ustawowo monopol dla swoich członków na WSZELKI kontakt ze zwierzyną dziką (uważaną, w myśl prawa, za "własność państwową" - co pozwala kompletnie ignorować właścicieli gruntów, na których ta zwierzyna przebywa i pasie się...): stąd też przestępstwem jest nie tylko zabijanie tejże dzikiej zwierzyny, ale także - udzielanie jej pomocy nawet, gdy jest ranna, o czym dawno temu pisałem i to był jeden z pierwszych wpisów na tym właśnie blogu.

Że poluje się z broni palnej..? Ale z innej w Polsce polować nie wolno! I ma to bardzo konkretny, praktyczny sens: broni monopolu uprzywilejowanej mniejszości. Dostęp do broni palnej jest mimo wszstko dość trudny (nie twierdzę, że da się go całkiem wykluczyć, ale dla mnie na przykład - nabycie jakiegokolwiek "guna" to rzecz znacznie powyżej pułapu moich możliwości finansowych, obojętnie - legalnie czy nielegalnie...). Łuk, kuszę czy procę - można sobie w ostateczności zrobić samemu.

Oczywiście ów stan ma swoich obrońców - nawet wśród tzw. "ekologów". Zwierzyna dzika też nie przejmuje się granicami działek, te działki w Polsce - w przeciwieństwie do takiej Anglii na przykład, czy nawet Francji, gdzie właściciele więcej mają do powiedzenia - są malutkie i doprawdy, trudno uzasadnić, dlaczego właściciel mazowieckiego zagonu, długiego na 800 metrów, a szerokiego na 5 metrów - miałby prawo zabijać sarnę tylko dlatego, że stanęła jednym kopytkiem na jego miedzy...

Tym niemniej nawet uznając pewne obiektywne racje - nie musimy się zgadzać na stan istniejący, który jest zwyczajnie - chory. Zwierzyny dzikiej jest w Polsce z roku na rok coraz więcej. Wynika to zarówno ze zmian w technikach hodowli zwierząt (coraz to mniej jest ogrodzonych pastwisk - które dawniej nieco przeszkadzały w swobodnej migracji większym gatunkom dzikich ssaków, za to coraz to więcej jest uprawianej na kiszonkę kukurydzy, a to ulubiony pokarm m.in. dzików, o czym też pisałem - na blogu głównym, bo to w sąsiedztwie poważny problem...), zmian w krajobrazie (coraz więcej śródpolnych zagajników i porzuconych działek - i wcale a wcale nie wynika to z troski władz, tylko z nieopłacalności uprawy ziemi...) - jak też i z faktu, że członkowie owej postkomunistycznej jaczejki to w znacznej mierze ciepłe kluchy, ciastonie, ofermy i mięczaki, zadające tylko szyku drogimi kurteczkami i "terenowymi" (he, he, he...) samochodami. I zwyczajnie tak trzebić zwierzyny, żeby jej ilość nie przyrastała w sposób niekontrolowany - nie dają rady.

Swoje robią też absurdalne programy typu "reintrodukcja bobra", czy "szczepienie lisów przeciw wściekliźnie". Zaiste! Zwolennik spiskowej teorii dziejów miałby się tu czym pożywić: czyż w jednym z "raportów dla Klubu Rzymskiego" nie pisano, że w Polsce powinno żyć na stałe maksymalnie 8 milionów ludzi, trudniących się obsługą parków łowieckich dla zagranicznych turystów i, ewentualnie, wyrabianiem łapci z łyka..? A nie da się ukryć - zwierzynie dzikiej żyje się w Polsce coraz to lepiej i ta "stopa wzrostu" jakoś nie maleje, całkiem niezależnie od gospodarczej koniunktury i światowych wojen handlowych - a Polaków, przeciwnie, równym tempem ubywa...

Jest tu na co narzekać i nad czym się pastwić. A pan magister Danek... niczego z tych rzeczy nie dostrzega! Jakim trzeba być skończonym lekkoduchem, oderwanym od życia ideologiem, mieszczuchem zakutym - żeby tak spudłować z tekstem..? Żeby pominąć WSZYSTKO co w sprawie istotne, bawiąc się jakimiś wydumanymi, mieszczuchowatymi "wątpliwościami moralnymi"..?

Zakompleksionym chłopaczkom z miasta często imponuje fizyczna siła...
No cóż: może WYGLĄDAM jak spocony Lewantyńczyk - ale jeśli pan magister Danek dowie się o tym tekście i poczuje się obrażony (na co mam wielką nadzieję, bo CHCIAŁEM go obrazić i poniżyć - zasłużył na to...), to serdecznie zapraszam do Boskiej Woli. Dołów na ciała ci u mnie dostatek...

Serdecznie życzę panu magistrowi Dankowi, żeby go w szczycie sezonu łowieckiego, czyli w styczniu lub w lutym, jeden z nielicznych w Polsce myśliwych prawdziwych (i tacy się przecież trafiają - prawo wielkiej liczby jest nieubłagane...) - zabrał ze sobą na noc na ambonę. Rozumu od tego pewnie nie nabierze, ale jest szansa, że jaja sobie odmrozi - i przynajmniej nie spłodzi podobnych sobie potomków...