Blog główny

niedziela, 11 listopada 2018

Polskość to nienormalność

Odkąd naszym dniem codziennym i świątecznym rządzi Jej Cesarska Wysokość Werdzilla - na niedzielne Msze uczęszczamy chaotycznie, trafiając do tego z nieodległych kościołów, gdzie akurat uda się nam wybrać: zależnie od pory przebudzenia się Cesarzówny, ukończenia porannego obrządku w gospodarstwie, spożycia śniadania, itd. Przez co nie jesteśmy na bieżąco z ogłoszeniami parafialnymi - i trafiają się nam wpadki. Czasem grube, jak na Wszystkich Świętych, gdy koniec końców w ogóle nie udało się nam uczestniczyć we Mszy, bośmy zapomnieli i nie sprawdzili, że w obu wareckich kościołach tego dnia ostatnia jest Suma - a, spodziewając się gości, odłożyliśmy tę sprawę na popołudnie, kiedy to w naszej parafii Mszy nie ma w ogóle, a w sąsiedniej - ostatnia jest o 16.00.

Czasem nie aż tak grube - jak się wpakujemy np na Pierwszą Komunię, albo bierzmowanie i jest dłużej, co stanowi pewien kłopot, szczególnie uwzględniając niską tolerancję Cesarzówny na słabą jakość oprawy muzycznej...

Dziś w ogóle musieliśmy się rozdzielić - Werdzilla jest przeziębiona, nie powinna wychodzić z domu, więc nam wypadało jechać pojedynczo. Na 7.00 się nie wyrobiłem z karmieniem zwierząt. Na 8.00 - w sąsiedniej parafii - też się nie udało, pora zrobiła się w międzyczasie śniadaniowa. Pojechałem dopiero na 9.00 - i wpakowałem się na akademię rocznicową...

Wiekszość pogrzebów, w których uczestniczyłem - była weselsza. To już nawet nie chodzi o smętno - martyrologiczną treść. Dobry aktor może by te tony patosu udźwignął - i nie zrobił z tego parodii. Nie chodzi o tandetną, plastikową scenografię (choć "orzełek" w papierowej koronie - kubek w kubek takiej, jak w McDonaldzie dają dzieciom, oraz w sandałkach do białych rajstopek - może się przyśnić jako koszmar..!). Minimalizm w scenografii jest modny. Nie chodzi o dziecięcych aktorów. Dali z siebie wszystko. Problem polega na tym, że połączenie tego wszystkiego - wywracało flaki na lewą stronę!

Że zacytuję:
Nasze oczy i uszy odmówiły posłuchu
książęta naszych zmysłów wybrały dumne wygnanie
Tak samo jak dzieci - W ŻADNYCH WYPADKU - nie powinny czytać Pisma Świętego podczas Mszy (błąd popełniany nagminnie w wielu kościołach) - Msza nie jest od tego, żeby się dzieci uczyły publicznych wystąpień, przełamywały nieśmiałość i sprawiały radość swoim rodzicom, tylko od tego, żeby Słowo Boże zostało wygłoszone kompetentnie i zrozumiale (inna rzecz, że i dorosłym czasem nie wychodzi: w sąsiedniej parafii była taka pani - wyglądała na emerytowaną nauczycielkę - która ongiś, w przeszłości, potrafiła czytać z taką afektacją, że nic się z tego nie dało zrozumieć...)  - tak samo też wykonywanie tego rodzaju akademii, przy najlepszej zapewne woli wszystkich zainteresowanych - przerodziło się w tragifarsę i profanację.

Gdyby ktoś to potraktował poważnie, to by musiał uznać, że istotnie "Polskość to nienormalność"...

Osobliwie, że naprawdę - można inaczej. Ćwierć wieku temu zdarzyło mi się być na francuskiej prowincji (bardziej głuchej i zapadłej od naszego południowego Mazowsza - zaiste!) 14 lipca. I jedyny moment obchodów, który sprawił niejaką trudność uczestnikom, to była próba odtańczenia kankana - poradziła sobie tylko jedna para, jak mi powiedziano: nauczyciel muzyki z miejscowego liceum z małżonką.

Broń Panie Boże nie chodzi mi to, żeby w kościołach tańczyć 11 listopada poloneza..! W ogóle tego rodzaju obchody na gruncie kościelnym to co najmniej nieporozumienie. Polskość - czymkolwiek by nie była - NIE JEST, nie powinna być, nie może być w żadnym razie "wartością najwyższą" - wynoszoną aż na ołtarze! Pierwszą i WAŻNIEJSZĄ Ojczyznę mamy w Niebie. Wprowadzanie akademii rocznicowej do kościoła było umniejszeniem Mszy, a nic a nic samej akademii - nie pomogło.

Kwestią do dyskusji jest, czy Polska powinna zajmować drugie, czy dopiero - trzecie miejsce w hierarchii wartości. Przed rodziną - czy po rodzinie..? Ale to temat na inną dyskusję.

Co tu zrobić..? Jeszcze w XVIII wieku, jak by tak popatrzeć np. na przeobfitą produkcję publicystyczno - literacką Adama Kazimierza ks. Czartoryskiego, komendanta Szkoły Rycerskiej - potrafiono drukować gotowe scenariusze takich akademii. Nie zdając się na inwencję własną nisko opłacanego nauczyciela wiejskiej szkoły podstawowej (jak kiedyś zauważył na moim ulubionym historycznym forum kolega chassepot: kiedyś, kiedy mało kto miał comiesięczny pieniężny dochód nauczyciel, nawet słabo opłacany - to był ktoś i autorytet miał. A teraz..?). Może w tym kierunku pójść..? Po prostu rozesłać po szkołach centralnie zatwierdzone scenariusze?

Koniec końców liturgia Mszy sama w sobie zawiera tyle piękna - że nawet te źle czytane czytania czy kiepskie głosy śpiewaków - zwykle nie wystarczają do tego, aby ją estetycznie ukatrupić ze wszystkim...

Od samej formy "akademii" pewnie się nie ucieknie. Listopad to nie pora na plenerowe imprezy. Choć taki "Marsz Niepodległości" to już jest pewna alternatywa! Gdyby Młoda lepiej się czuła - Najlepsza z Żon nawet chciała pojechać. Dobra zadyma nie jest zła! Przynajmniej jest w tym jakieś życie...

Akademia akademii nie równa: listopadowe "Smęty" naszego przyjaciela, Piotra Frankowskiego, wbrew nazwie - to impreza i wesoła i podniosła i bynajmniej nie patetyczna. Czyli - można!

Wszystkie dobrego Państwu życzę...

wtorek, 15 maja 2018

O "fachowości" jako pułapce

Nie tak dawno rzuciło mi się gdzieś przed oczy (nie wiem, czy nie na "twarzoksiążce"...) stwierdzenie, że im większa wiedza fachowa, tym mniejsza pewność siebie. To oczywiście prawda. Kłopot polega na tym, co się dzieje w relatywnie niskich i, hmm... - "średnich" stanach "fachowości".

Teoretycznie, zgodnie z wykresem - pewność siebie takiego adepta "wiedzy fachowej", który coś już liznął - powinna maleć proporcjonalnie do stopnia "liźnięcia". Obawiam się - że tak się bynajmniej nie dzieje! Każda umiejętność polega w pierwszym rzędzie na przyswojeniu sobie pewnych odruchów - fizycznych lub umysłowych (a najczęściej i takich i takich...). Zgodnie ze znaną zasadą, o której skądinąd, wieki temu pisałem - człowiek zwykł luki w swojej wiedzy empirycznej wypełniać, najzupełniej odruchowo i automatycznie - założeniami, uprzedzeniami, przesądami, czymkolwiek - byleby tylko nie przyznać się (SZCZEGÓLNIE przed sobą...), że czegoś nie wie.

No a cóż łatwiej wypełnia luki w wiedzy niż jakoś już wyrobiony odruch..?

Ergo: taki "średni fachowiec" winien być - i jest, o czym chyba każdy z nas przekonał się w praktyce - niezmiernie wręcz apodyktyczny!

Doświadczyłem tego ostatnimi czasy na dwa sposoby. Najpierw przy okazji naszego "Włocha":


Rok temu odpadła mi pompa hydrauliczna. Odpadła, bo jest źle przymocowana i w ogóle - nie od tego modelu. Pompa, produkcji polskiej, powinna być przymocowana do korpusu na cztery śruby. A włoski ciągnik ma miejsce tylko na dwie - i to, obie po tej samej stronie (od góry). Poprzedni właściciel "Włocha" miał spawarkę - i nie wahał się jej użyć, niestety. Jak się pewnie Państwo domyślacie - domowej roboty spawy nie wytrzymały wibracji. Napięty przy pomocy gwintu łańcuch pomógł raptem na kolejny rok...

Najlepsza z Żon naprawiła, jakiś miesiąc temu, pompę. Przyznaję jednak, że boję się teraz uruchamiać maszynę - bo jak wyjadę na pole, to prawie na pewno coś znowu się zepsuje po takim czasie. Trzeba najpierw zgromadzić rezerwę finansową na ewentualny dodatkowy remont, żeby siąść za kierownicą "Włocha" bez drżenia rąk - a takiej rezerwy w tej chwili nie mamy.

Tym niemniej - chcieliśmy ciągnik przynajmniej odpalić, żeby zobaczyć czy żyje. No i to się, koniec końców - udało. Z tym, że jeden z dwóch akumulatorów, niestety, przez zimę - wyzionął elektrycznego ducha na amen. Chciałem pożyczyć takowy - i w końcu się to udało. Po podłączeniu dwóch akumulatorów jak należy i zastosowaniu prawidłowej "procedury startowej", polegającej na rozgrzewaniu silnika świecami przez minimum minutę - ciągniczek zaskoczył aż miło.

Tyle, że nikt mi nie chciał uwierzyć, że tak trzeba zrobić... No bo przecież WSZYSTKIE ciągniki odpalają na jednym akumulatorze, a nie na dwóch - a jak nie chcą, to wystarczy włożyć płonący "kopeć" do wlotu powietrza..! Jak się Wam chce powiększać obrazek, to wypatrzycie na masce rzeczony "kopeć"...

Cóż było zrobić..? Z góry wiedziałem, że nic z tego nie będzie tym sposobem - ale przecież ja jestem tylko amatorem, mieszczuchem, co ja tam wiem o ciągnikach, prawda..? Musiałem się zgodzić na ten eksperyment... Mam tylko nadzieję, że gumowy przewód kolektora ssącego za bardzo nie ucierpiał...

-------------------------------------------

Teraz, to samo poniekąd dzieje się przy okazji naszych ogłoszeń o sprzedaży koni. Przyznaję, to prawda: to nie tak miało wyglądać..! 

Od prawie roku planujemy sprzedać ogiera i młodzież męską. Ogier - no cóż: Murzyn zrobił swoje... Cały "cel hodowlany" jaki sobie postawiłem 9 lat temu polegał na tym, aby od każdej z naszych klaczy uzyskać "satysfakcjonującą" córkę. Co, z chwilą przyjścia na świat małej Omiid - zostało w 100% zrealizowane.

No - może w 90%. Bo nie jestem tak do końca zadowolony z Mahru. To znaczy - jest to świetna klacz, ma ogromny potencjał. Ale raczej sportowy niż hodowlany. Jak się ktoś z nią właściwie dogada - nie będzie dla niej przeszkody nie do przeskoczenia, ani drogi nie do przejścia. To "dogadanie się" nie będzie takie łatwe (powoli i nam się to na pewno uda - tyle, że czasu tak rozpaczliwie brak...) - i stąd cena za Mahru jest taka, jaka jest.

Natomiast do hodowli... No, odrobinkę za masywna jak na mój gust jest..!

Ale mogę z tym żyć. Żebyśmy tylko takie problemy mieli...

No więc - od prawie roku (a już na pewno od listopada) planujemy sprzedać ogiera i młodzież męską. Wymarzyłem sobie piękną kampanię promocyjna - z filmami i zdjęciami pod siodłem, może z jakimś okazjonalnym wyskokiem na jakieś "małe" zawody albo pokaz...

Cóż - plany sobie, życie sobie. Teraz to już nie mam innego wyjścia - MUSZĘ iść w sensację i rozgłos za wszelką cenę (nie ważne, czy piszą dobrze czy źle - ważne, żeby bez błędów w hiperlinkach...). Dlatego wystawiłem na sprzedaż wszystkie klacze i dlatego dałem takie ceny, jakie dałem - i naprawdę, nie mam zamiaru ich negocjować (bo przecież, jako żywo, zupełnie mi nie zależy na sprzedaniu czegokolwiek poza ogierem, młodzieżą męską i, w ostateczności, jak by ktoś bardzo chciał - Mahru...).

Tymczasem telefony, owszem, dzwonią. Jakieś wiadomości przychodzą - i wszyscy pytają tylko o Melesugun. Po czym są wielce obrażeni jak mówię, albo pisze, że NAPRAWDĘ chcę za nią 120.000 zł (sto dwadzieścia tysięcy złotych).

Ja się nawet zgadzam, że cena jest z lekka absurdalna (podobnej klasy klacz można kupić w Rosji w granicach 10.000 euro, więc prawie trzy razy mniej - jak doliczyć koszty badań, transportu, podatki, cła - to przestrzeliłem, powiedzmy, nieco mniej niż dwukrotnie...). Ale jaki w tym powód do obrażania się, kpin czy szyderstwa?

Moja klacz - moja cena. Taniej jej nie oddam, bo taka jest MOJA wola. I co Wam do tego..? Młodzież oferuję po cenach "rynkowych" w tym sensie, że tak się te konie ceni, tyle kosztują  - całkiem przeciętnie i średnio.

Tu nie ma żadnej "obiektywnej ceny" - w tym sensie, o jakim pisałem na forum Re-Volta, tzn.: nie istnieje, w świecie współczesnym, taki koń, który miałby jakąś "obiektywną wartość użytkową". Cena jest sprawiedliwa gdy zgadza się na nią i sprzedawca i kupiec - i tyle. Ludzie trzymają wierzchowe konie dla przyjemności, dla potrzeby obcowania z pięknem - a nie po to, że jest im to jakoś "obiektywnie do życia potrzebne"..!

Kto doceni piękno, szlachetność, dumę, charakter konia - ten łatwo przyzna, że ceny, które wyznaczyłem, są całkiem rozsądne, a nawet - umiarkowane.

Oczywiście rozumiem, że światek koński cierpi w Polsce na rozpaczliwy brak gotówki i stąd każde 5 złotych wywołuje gorszące zgoła emocje. Nie mogę się jednak oprzeć wrażeniu, że najbardziej w moich ogłoszeniach gorszące i obraźliwe dla "średniego fachowca" jest to, że burzą one "średnim fachowcom" (takim, jak wszystkie te młodsze i starsze panie uprawiające "pingwinizm" i umacniające swoje poczucie własnej wartości dzięki dzieleniu się "fachowymi" przemyśleniami na forum Re-Volta...) ich uporządkowany, stabilny i przewidywalny obraz świata. Obraz, w którym to oni (one...) są "na szczycie" pewnej "piramidy prestiżu" - i żaden amator z krzaków nie śmie się wychylać z własnym zdaniem na ten temat..!

niedziela, 13 maja 2018

O chowie wsobnym, czyli nędza maltuzjanizmu

Uwaga! Będzie nieprzyzwoicie i wulgarnie. Żona mnie zruga jak to zobaczy. Ale co zrobić, co zrobić..? Takie widoki mijam w ciągu ostatniego tygodnia dwa razy dziennie, rano i wieczorem, przyprowadzając i odprowadzając naszego niewinnego, młodziutkiego ogierka z i na jego padoczek:


A najgorsze, że to jego własna siostra... Co prawda - po innym ojcu - ale zawsze...

Jakoś sobie radzimy - może dlatego, że ogierek nie tylko młody i niewinny, ale też, jak się okazało przy bliższym poznaniu - niezmiernie wręcz rozsądny, a nawet wyrachowany i z kopytami na elektrycznego pastucha porywać się nie zamierza, a i mnie, oprócz tego, że sobie porżywa co jakiś czas, raczej szanuje - więc przechodzimy mimo bez strat:


Przy tej okazji Najlepsza z Żon zauważyła, że najwidoczniej w naturze NIE MA jakichś "biologicznych" zabezpieczeń przed incestem. Naszego ogierka usiłuje ostatnio zdemoralizować nie tylko starsza siostra, ale i - jego własna matka. Bezwstydnie i bez cienia zażenowania. Jak, za przeproszeniem, aktywistka "Nowoczesnej.pl", czy inna feminazistka na wakacjach w Tunezji.

Ano - takich zabezpieczeń istotnie nie ma.

Co, tak na marginesie, jest tylko jeszcze jednym z dowodów na nonsensowność zastosowania tzw. "kinetycznego równania Altenbergera" do zjawisk demograficznych. Profesor bije na alarm z powodu "zagrożenia istnienia białej rasy". Tymczasem empirycznie dowiedziono, że aby utrzymać, a nawet rozmnożyć rasę koni - wystarczy JEDNA para, nawet bardzo blisko spokrewniona (brat z siostrą, syn z matką - proszę bardzo - nie takie rzeczy hodowcy robili i robią...).

Akurat z końmi achałtekińskimi nigdy nie było aż tak źle (choć współczynnik inbredu w rasie JEST bardzo wysoki, a stado "początkowe", z którego uzyskano współczesną populację, to było raptem kilkadziesiąt zwierząt) - ale takie fryzy na przykład? Konie terskie? W Polsce - kopczyk podlaski (rasa bodaj już wyginęła, ale nie dlatego, że była zbyt nieliczna - tylko dlatego, że nie było na takie konie popytu...).

A poza tym - żeby nie było, że nie dostrzegamy żubra w puszczy - przecież jak wygląda historia "ratowania żubrów"? Punktem wyjścia było stado pozbierane z zoologów (publicznych i prywatnych) - blisko ze sobą spokrewnione i bardzo nieliczne!

Owszem - taki chów znakomicie zwiększa występowanie chorób genetycznych, w tym letalnych. No - zwiększa, taka jest prawda. Garnitur enzymatyczny jest ubogi i jednakowy w całej populacji, co zwiększa jej podatność na pandemię (to właśnie dlatego Indian tak bardzo przerzedziła zwykła, banalna - ospa...). Często występują dwa recesywne geny w jednej alleli - od czego albo pojawiają się martwe płody, albo... osobniki genialne! Genialność (pod różnymi względami...) - też przecież na ogół koduje się recesywnie!

Recepta na pokonanie "depresji inbredowej" jest banalnie prosta. Trzeba zwyczajnie mieć... dużo dzieci! Wtedy, niezależnie od strat spowodowanych chorobami genetycznymi - zawsze przetrwa dość dużo potomstwa, aby populacja mimo to trwała i rozwijała się.

Połowa ludów Bliskiego Wschodu, z najszybciej rozwijającym się liczebnie fragmentem tego najbardziej znanego na czele, do tej pory funkcjonuje w klanach endogamicznych. A jakoś ich populacje wcale się nie kurczą!

Wyspy Andamańskie zasiedliło raptem kilka par ludzkich - a krajowcy obecnie na zdrowie nie narzekają.

Wszyscy Indianie pochodzą od "populacji założycielskiej" nie większej niż kilkaset osób które przeszły Cieśninę Beringa. No i - odkąd już przestali umierać na banalną ospę (czy świnkę) - też sobie na ogół nieźle radzą.

Ergo: strachy na Lachy, Panie Profesorze Bobola! Cały ten maltuzjanizm i "rasizm" - nic to nie znaczy w praktyce. Przyroda sobie poradzi, a ludzie - tym bardziej.

niedziela, 1 kwietnia 2018

Dyktatura karnawału

Nie tylko na znanym obrazie Breugela toczy się wojna postu z karnawałem:


Generalnie najzdrowiej jest dla człowieka czasem się do siódmego potu złachać przy pracy, a czasem - leżeć i paść brzucho. Problemem nie jest ani ciężka praca ani pasienie brzucha - problemem jest zachowanie równowagi między obiema tymi przyjemnościami.

Dobrze jest czasem się smucić, a czasem cieszyć - ktoś, kto bez przerwy pozostaje w stanie "pomiędzy", ani specjalnie smutny, ani za bardzo ucieszony - okazem psychicznej normy i zdrowia raczej nie jest. Tak samo jak ktoś, kto się bez przerwy kwasi, albo notoryczny wesołek.

Dobrze jest, wreszcie - czasem być poważnym, a czasem - figlować. Trzymanie tu jakiejś "średniej miary" to czystej wody aberracja - podobnie jak nieustanne trzymanie się jednej tylko skrajności.

Ksiądz proboszcz uraczył nas dzisiaj bardzo dobrym kazaniem o wierności. Z którym w pełni się zgadzamy. Cóż, kiedy - co chyba już Chesterton zauważył dobre 100 lat temu - mamy obecnie swoistą tyranię karnawału. Trudno jest cokolwiek powiedzieć czy zrobić "na poważnie". Nawet takie pojęcie jak "wierność samemu sobie" traci sens, gdy życie postrzega się jako worek z oderwanymi od siebie momentami, bez żadnej ciągłości i konsekwencji - wtedy, istotnie, chodzi tylko o to, aby były to, w miarę możliwości, momenty przyjemne. I o nic więcej.

Niestety, jak to zwykle z tyraniami bywa, tyrania karnawału wielce jest jednostronna i własne podstawy niszczy. Czy jesteśmy dziś zdolni do takiej dzikiej, nieopanowanej, żywiołowej, publicznej radości, jaką był prawdziwy, średniowieczny karnawał, kiedy to w ostatki po miastach krążyły bluźniercze procesje z błaznami poprzebieranymi za biskupów, parodiującymi święte obrzędy..?

Nie - bo żeby tak intensywnie się cieszyć, to trzeba najpierw w powagę i świętość tych obrzędów NAPRAWDĘ wierzyć. Inaczej zabawa staje się cokolwiek wymuszona, a śmiech - w najlepszym razie: zdawkowy...

Otóż - to jest właśnie stan naszej obecnej cywilizacji. Zabawa już nie cieszy - skoro nie ma nic oprócz zabawy.

piątek, 23 lutego 2018

Ćwiczenia w transgresji

To by było zabawne, gdyby zdarzało się raz na jakiś czas. Tymczasem - kiedy przegląda się pobieżnie takie portale jak wp czy onet (wiem, wiem - można tego nie robić; z drugiej strony: mnóstwo ludzi to robi, inaczej by te portale nie istniały, prawda..? A skoro tak, to rzecz nie jest ani trywialna, ani bez znaczenia...), które skądinąd od dawna wyglądają tak, jakby je układała jedna i ta sama redakcja (co, jak sądzę, wynika z zatrudniania za stawkę w rodzaju "8 złotych za 1000 słów" tych samych, tak samo niedouczonych i tak samo nie znających języka polskiego studentów...) - takie "kwiatki" trafiają się codziennie. I właściwie - w każdym możliwym dziale!

Kilka dni temu "poszedł" news o "nachalnych księżach, nagabujących kobiety na porodówkach". O co chodzi..? Przecież powołaniem księdza jest właśnie - bycie nachalnym. Jak pisze św. Paweł biada mi, gdybym nie głosił Ewangelii. Dobry ksiądz to taki, który - gdy go wyrzucą drzwiami - wraca oknem. A kiedy otwierasz lodówkę - mówi Ci ze środka "pochwalony..!" "Nachalność" to wręcz konieczna kwalifikacja do pełnienia funkcji misyjnej. Powiedzcie świadkom Jehowy albo innym metodystom, żeby nie byli nachalni - raczej nie pojmą, o co Wam chodzi... Tymczasem jakaś dziennikarska miernota (w tak marnie płatnym zawodzie trudno o nie-miernoty, to fakt...), wyraża z tego powodu "oburzenie". I owo "oburzenie", wynikające z przekonania o jakimś fundamentalnym zgoła "prawie kobiet do prywatności" (mam wrażenie, że owo "prawo do prywatności" jest jednakowoż - przynajmniej z punktu widzenia osoby wierzącej - daleko mniej fundamentalne od "prawa do zbawienia"...) pozuje się na coś oczywistego, nie podlegającego dyskusji.

A dzisiaj, na tym samym portalu, można przeczytać (raczej przelecieć wzrokiem, za dużo do czytania to tam nie ma...) dyskusję o tym, dlaczego w grze komputerowej dziejącej się w XV-wiecznych Czechach... nie ma murzynów! Przy czym pożal-się-Panie-Boże autorzyna tych wypocin usiłuje w tej sprawie zająć "wyważone stanowisko". Borze zielony, szumisz a nie grzmisz..! Nawet nie wypada myślącemu człowiekowi polemizować z takimi bzdurami...

Bzdury, bzdurami - a ćwiczenie trwa.

Nie twierdzę zaraz, że to jakiś wszechświatowy spisek. Do tego po prostu NIE POTRZEBA aż "spisku"! Starczy odpowiednia atmosfera - powiedzmy - intelektualna. Niedouczeni studenci płatni po 8 złotych za 1000 słów. Z perspektywą wyjazdu na "Erazmusa". Starczą kompleksy niedorobionych ćwierć-inteligentów, którzy te studenciny zatrudniają. I ćwiczenie trwa.

A PT Czytelnicy - nawet nie zauważają, że są ćwiczeni. I sami się ćwiczą. W czym..?A - to jest dobre pytanie...


niedziela, 18 lutego 2018

czwartek, 15 lutego 2018

Zima trzyma

Kolejny tydzień z temperaturami poniżej zera, utrzymującą się ciągle pokrywą śnieżną i wszystkimi atrakcjami, jakie z tego wynikają: koniecznością palenia w dwóch piecach (a drewno jakoś samo rąbać się nie chce...), brakiem możliwości wykorzystania wózka do podwózki Cesarzówny (producent, zresztą nasz gminny, ze Stromca - nie przewidział aż tak off-roadowego sposobu wykorzystania jego produktu, a na śniegu to już kompletna porażka, zwłaszcza sypkim, jak ostatnio...), nie kończącymi się taczkami nawozu wywożonymi co rano (jakie tam rano... dla większości z Państwa 3:45 to pewnie środek nocy, prawda..?) spod wiaty i ze stajenki. No i ogólnie - zimno i nieprzyjemnie.

Choć widoki, a i owszem - niczego sobie. Na zdjęciach autorstwa Żony:


Osobiście uważam, że to genialne ujęcie..!


Stajenka


Żeńskie stado przed wiatą


Zamarznięty ogródek


Dym z komina (istne utrapienie z tym piecem CO - ale może dlatego, że wciąż się nie przyzwyczailiśmy...).

I kilka widoczków ogrodowych:



Tradycyjnie pytam: gdzie się podziało globalne ocieplenie..? No gdzie..? OK, wina w butelkach (trzymane na zewnątrz, bo nie mamy gdzie ich składować...) jeszcze nie zamarzają. Co każe mi zrewidować nazbyt pesymistyczne oceny ich mocy. Ale też - nikt nie twierdził chyba, że żyjemy w czasach "minimum klimatycznego", jak pamiętnej zimy 1695 roku, kiedy to w Wersalu zamarzały nawet wysokoprocentowe likiery, a śnieg padał w lipcu...

Parafrazując znaną frazę Bohdana Smolenia z występów kabaretowych z lat 80-tych (przecież Państwo pamiętacie: to wszystko przez Reagana! Miał mnie żywić - i jak ja wyglądam...?): obiecywali globalne ocieplenie - i jak ja bez niego wyglądam..?