Blog główny

czwartek, 23 lutego 2017

W obronie ministra Szyszko

Co prawda Najlepsza z Żon podsyła mi maile od "Reduty Dobrego Imienia" w sprawie jakiegoś trzeciorzędnego skandalisty, co to coś w teatrze "wystawia" - ale nie będę robił temu człowiekowi przysługi. Skoro sam się przyznaje, że jego jedynym celem jest rozgłos? Największą krzywdę można mu zrobić - przemilczając go...

Natomiast internet zalany jest powodzią memów z wyrąbanymi drzewami. Ludzie! We łbach Wam się od tej "mundrości" przewraca..! Raz jeden ktoś - celowo czy przypadkiem, to bez znaczenia - zrobił coś sensownego, raz jeden ktoś przywrócił normalność - to będziecie przeciw temu protestować, bo przypadkiem jest z "niesłusznej ideowo" opcji i, w dodatku, niesympatycznie wygląda, tak..?


Pomijam różnych eko-faszystów z Greenpeace i innych, podobnych "grup dążących do niczym nie kontrolowanej władzy" - ale przyznajcie się sami przed sobą przynajmniej (jasne, że mnie się nie przyznacie, na to nie liczę...): gdyby podobną regulację, pozwalającą na wycinanie prywatnych drzew, na prywatnych działkach (i to nie leśnych bynajmniej!) wprowadził sympatyczny, europejski w każdym calu, dobrze wyglądający w garniturze, ryżowłosy jak na prawdziwego Europejczyka przystało Donald Tusk - tarzalibyście się z zachwytu, nieprawdaż..?

niedziela, 19 lutego 2017

Materialistyczny paradoks (monotematycznie...)

Monotematycznie, bo wciąż przedporodowo. Ale co poradzić..? Z obfitości serca usta mówią... - to jest, klawiatura, ma się rozumieć...

Standardową praktyką położniczą w latach 80-tych (słusznie) minionego wieku było, jak się właśnie dowiedziałem, oddawanie noworodka po raz pierwszy matce po upływie doby, czasem dwóch.* Działo się to - co ma znaczenie dla tematu - w (najsłuszniej) minionej epoce tzw. realnego socjalizmu, kiedy to OFICJALNĄ (od 1976 roku...) ideologią państwa polskiego był tzw. "materializm dialektyczny". Wedle którego, jak to lapidarnie podsumował autor piosenki, życie jest formą istnienia białka. Każde życie - ludzkie, krowie, świńskie. Jakie chcecie.

Zarówno dziś, jak w latach 80-tych, w roku 1976, a zapewne także i w 1353, i w jakim tylko innym roku chcecie (od czasów rewolucji neolitycznej - a to było naprawdę dawno temu...) każdy hodowca krów, świń, koni, itp., itd. wiedział, że jak mu się w gospodarstwie urodzi ssak - to najważniejsze, żeby mu jak najszybciej dać do ssania. I to nie cokolwiek - tylko wymię jego matki (albo innej samicy jego gatunku - byle ta samica też właśnie dopiero co powiła potomstwo...).

Przez kilka pierwszych godzin (hodowca ortodoksyjny powiedziałby, że do dwóch, góra trzech godzin - jak chodzi o duże ssaki...) po urodzeniu potomstwa klacz, krowa, maciora (i w ogóle każda samica ssaka...) produkuje specyficzne mleko. O wyjątkowo dużej zawartości globulin. Przenoszących na potomstwo odporność na choroby, które przebyła przez całe swoje życie matka. Ta odporność nie wystarczy potomkowi na całe życie - ale przetrwanie kilku pierwszych miesięcy, kiedy jest on najsłabszy i najbardziej wrażliwy, bez wyssania słusznej porcji tzw. "siary" - jest mało prawdopodobne. Jak nie uda się napoić źrebaka (cielaka, prosiaka...) "siarą" - w zasadzie najrozsądniej jest rozpalać grilla. I tak nic z tego zwierzęcia nie będzie.

Jeśli siary się napije to nawet, jeśli potem jego matka padnie - można wykarmić z butelki, ze szmaty nasączonej krowim mlekiem (dla małych koni: rozcieńczonym wodą i z dodatkiem cukru...). No - jest szansa, że się uda.

Jak się do tego ma owa standardowa praktyka położnicza (mam nadzieję, że jak najsłuszniej miniona...) z końca minionego tysiąclecia..?

Czy człowiek nie jest przypadkiem ssakiem..?

Czy może człowiek jest takim specyficznym ssakiem, który - jako jedyny znany ssak - "siary" w pierwszych godzinach po powiciu dziecka nie produkuje..?

Rozumiem, że weterynarzy (choć wiedza o "siarze" nie jest żadną wiedzą tajemną, nie trzeba, doprawdy, dyplomu wyższej uczelni, żeby to wiedzieć...) i lekarzy kształci się na różnych uczelniach. Że się rzadko ze sobą spotykają. Ale lekarzy chyba uczy się jakichś podstaw biologii...? Czy nie..???

Jeszcze bym rozumiał, gdyby rzecz się działa w - jak to niektórzy z Państwa macie zwyczaj pisywać - ciemnym średniowieczu, pod rządami jakiejś klerykalnej ciemnoty. Co to widzi w człowieku coś więcej niż tylko formę istnienia białka. Ale - taka pycha (i taka ciemnota, swoją drogą...) w wykonaniu rzekomych "materialistów"... Do tej pory nie mogę się zdecydować: śmiać się - czy płakać..?

Samego porodu nie ma (to nie był normalny koński poród, musiałem źrebaka wyciągać, nie miałem więc jak uwieczniać), ale akcja tuż-po-porodowa dzieje się:







---------------------------------------------------------------------------------------------------
*P.S.: pozostaje zagadką, CO TAKIEGO WŁAŚCIWIE robili z nami lekarze pediatrzy i pielęgniarki przez te dwie doby, nim nas oddali naszym matkom..? Zmierzenie, zważenie, a nawet wykąpanie niemowlaka żadną miarą tyle czasu nie trwa...

piątek, 10 lutego 2017

Pociesznie!

Najlepsza z Żon zwróciła mi uwagę, że w poprzednim wpisie brakuje przynajmniej jednego punktu: traktującego mianowicie o tym, jak schematyczni są na ogół piewcy "indywidualnej wolności" i do jakiego stopnia dają sobą kierować najdurniejszej nawet modzie.

Nie mam, przyznaję, w tej chwili czasu na to uzupełnienie. Ale trafił mi się kąsek nie lada jaki! Jak zwykle (niemal...) na tzw. "Mównicy", czyli części forum historycy.org, gdzie P.T. Publiczność nie zalogowana nie ma dostępu. W wątku o... myśliwych! Trafił się tam tak pocieszny użytkownik, że nawet komentarza nie potrzeba - pośmiejcie się i Wy, Drodzy Czytelnicy:
Krótko się ustosunkuję tylko do jadowitej i skrajnie ignoranckiej wypowiedzi Jkobusa, gdzie mnie i środowisko obraził. Pozostałych wiadomości jest za dużo, bym je przeczytał, a i z tego co widzę, są to generalnie takie tylko luźne opowieści. Nie obchodzą mnie jego pseudofilozoficzne refleksje, jakie to wszystko jest durne: psy, wojskowi, myśliwi, naukowcy itd.

Odnośnie psów. Są one, przynajmniej w Europie, dużo mniejszym zagrożeniem dla dzikiej przyrody, niż koty. Nie twierdzę, że nie są nim w ogóle, ale w porównaniu do sierściuchów nie ma tu nawet czego porównywać. Jeśli gdzieś jest z tym duży problem, to w rejonach biedniejszych, jak Świętokrzyskie czy Rumunia. Ot, żeby nasz przyjaciel dopadł sarnę przez większą część roku, musi być generalnie spełnionych kilka podstawowych czynników, o co ciężko. W Europie Zachodniej psy właściwie już są gatunkiem wymarłym, tam nie ma się z tej strony czego obawiać.
QUOTE(jkobus @ 12/12/2016, 12:32)
Do wypowiedzi kol. Jagdteriera odnosić się nie ma po co. Każdym kolejnym postem ilustruje on bowiem tylko to, co wcześniej napisałem odnośnie mentalności postkomunistycznych poputczyków tworzących jaczejkę, która zwie się "PZŁ".
*

W tym wątku powołałem się chyba jako jedyny na poważne, nieznane w Polsce, opracowania naukowe (pisane bynajmniej nie przez członków ,,polskich jaczejek"), kilka rzeczy też wytłumaczyłem. Posty Jkobusa z kolei ilustrują mentalność anarchizującego prywaciarza, który pod pretekstem jakichś, niby to racjonalnych obserwacji ,,Mikołaja Reja", próbuje promować własną osobę, swoje skrajnie wsteczniackie i obrzydliwe poglądy na życie, przypominające czasy restauracji. Ot, nie podoba mu się ,,komuna" i wszystko, co z nią w jakikolwiek sposób się wiąże, więc sobie pozwala na wylewanie żółci na myśliwych jako ,,relikt minionego ustroju". Tymczasem my zdobyczy osiągniętych po II wojnie światowej nie oddamy i, wbrew różnym nowobogacko-liberalno-cwaniackim tendencjom, od obecnego modelu organizacyjnego łowiectwa w Polsce nie może być odwrotu. Rozumie to nawet PiS.
Dziś ludzkość doszła do takiego punktu swego rozwoju, że przed katastrofą może ją ochronić tylko efektowne zarządzanie planetą, w czym łowiectwo jest niezbędne. I to właśnie w takim wzorcu strukturalnym, jaki gwarantuje centralizację.
W odróżnieniu od Jkobusa, w dyskusji nie poruszyłem kwestii PZPN, PZW PZPŚ czy jakiegokolwiek innej instytucji o nazwie ,,Polski Związek...", bo to się ma do wątku nijak, a potwierdza tylko moją opinię, że tematy te służą jedynie Jkobusowi za pretekst do snucia swoich tandetnych rozmyślań o życiu (skoro się nie zna, może tylko tak ,,zabłysnąć").

Slogany, stereotypy, obrażanie i łykanie wszystkiego, co się dziś masowo podaje jako prawdę objawioną (obśmiewanie i obrażanie rzeczy uznawanych za peerelowskie), a z rzeczywistością ma najczęściej słaby związek, nie zmienią niczego.
QUOTE(jkobus @ 12/12/2016, 12:32)
Wszyscy zakuci obrońcy tych rezerwatów komuny zawsze znajdują tysiące argumentów na swoją obronę - ale zdradza ich samo podobieństwo fizyczne i duchowe. Niestety, nadzieje na to, że problem rozwiąże biologia, że "leśne dziadki" zaludniające każdą z tych organizacji po prostu wymrą, nie spełniły się - ich potomstwo jest, o ile to tylko możliwe, jeszcze gorsze od swoich przaśnych rodziców i dziadów...
*

Powyżej kwintesencja forumowej działalności Jkobusa. Nie potrafi się odnieść do owego tysiąca argumentów, bo jest zupełnym laikiem (statystykę by trzeba znać, biologię, historię...), toteż wypisuje w kółko o ,,jakimś podobieństwie fizycznym i duchowym", jaczejkach i obrzydliwym życzeniu ludziom wymarcia jak jakimś dodo. Wtedy Jkobusa znalazłby wreszcie pole dla wprowadzenia w życie chorej wizji świata, która mu odpowiada mentalnie (,,duchowo"). Trochę podobnie jak lewactwo, którego tak nienawidzi, a przecież podobieństwa wykazuje.

QUOTE(jkobus @ 12/12/2016, 12:32)
Australia, Nowa Zelandia i inne izolowane kawałki dawnej Gondwany mają swoją specyficzną faunę, której charakterystyczną cechą był brak skutecznych drapieżników. Nasze poczciwe, europejskie mruczki poczuły się tam królami puszczy  rolleyes.gif  To nic dziwnego, że stanowią poważny problem!

Ale w Europie kot (a raczej cała plejada kotowatych...: bo akurat nie kot domowy, ten do nas trafił zapewne w średniowieczu...) buszuje sobie po prasłowiańskich lasach od zarania dziejów. W miastach (a w tej chwili problem ekosystemu miejskiego jest dużo ważniejszy od jakichś tam gajów i ruczajów!) są naszą pierwszą i ostatnią linią obrony przed gryzoniami.

Mieszkając na wsi, a raczej - na puszczy, bo do najbliższych obcych zabudowań mam ponad kilometr - za największe szkodniki uważam psy. Zbierają się w watahy i potrafią zagrozić nie tylko zającom (których też w konsekwencji jest niewiele...), ale i sarnie, jak je głód przyciśnie. O przepiórkach, kuropatwach czy innych małych ptaszkach można powoli zapominać - znikają z krajobrazu jak śnieg na wiosnę!

U mnie problem częściowo rozwiązał się minionego lata: przybłąkał się nam kundel podobny z wyglądu do charta. Baliśmy się, że będzie zające niepokoił, ale odkąd się odkarmił, nawet nie zwraca na nie uwagi - za to obce psy trzymają się od nas z daleka. A i nasz kotka (faktycznie - bezlitosny morderca...) ograniczyła nieco wyprawy łowieckie - bo ile razy można psu nos masakrować, kiedy on ciągle nie rozumie i nie rozumie, że powinien ją obchodzić szerokim łukiem..? Niestety - wszystkie psy z jakimi miałem do czynienia były zwyczajnie durne, a ten to już wręcz rekordzista - pozbawiony w ogóle zdolności uczenia się...

Do wypowiedzi kol. Jagdteriera odnosić się nie ma po co. Każdym kolejnym postem ilustruje on bowiem tylko to, co wcześniej napisałem odnośnie mentalności postkomunistycznych poputczyków tworzących jaczejkę, która zwie się "PZŁ".

Dodam tylko ponownie, że lista podobnych jaczejek jest w III RP bardzo długa: PZPN, PZPŚ, inne związki sportowe, PZHK, PZJ, no i last but not least - największa z nich wszystkich: Wojsko Polskie...

Wszyscy zakuci obrońcy tych rezerwatów komuny zawsze znajdują tysiące argumentów na swoją obronę - ale zdradza ich samo podobieństwo fizyczne i duchowe. Niestety, nadzieje na to, że problem rozwiąże biologia, że "leśne dziadki" zaludniające każdą z tych organizacji po prostu wymrą, nie spełniły się - ich potomstwo jest, o ile to tylko możliwe, jeszcze gorsze od swoich przaśnych rodziców i dziadów...
*
 
 Wczoraj, 15:51Report Post Quote Post

QUOTE(jkobus @ 12/12/2016, 15:53)
Nie ma sensu szukać problemów tam, gdzie ich nie ma.
Równie absurdalna jak "walka z kotem" jest "walka z globalnym ociepleniem". Ot co!
*

Zaprzeczanie globalnemu ociepleniu to mniej więcej tak jak negowanie grawitacji. Najlepszą wystawia ci to opinię. Szeroko pojęta walka z globalnym ociepleniem jest zresztą najważniejszą potrzebą ludzkości. Trudno sobie to wyobrazić bez intensywnie prowadzonego i scentralizowanego łowiectwa.
 Wczoraj, 19:30Report Post Quote Post

QUOTE(gregski @ 9/02/2017, 17:06)
Tak jest! Wybić to całe futrzane tałatajstwo bo to tylko żre i pierdzi wydzielając metan, który jest gazem cieplarnianym.
*

Tu akurat chodzi o płową, a nie futrzaną. Las w ostatnich dekadach przeszedł takie zmiany, że nie przypomina już tego sprzed parudziesięciu czy stu lat. Nie ma też do takiej sytuacji, jak wtedy, powrotu. Dziś należy zintensyfikować odstrzał przede wszystkim jeleni i dzików, skończyć z moratorium dla łosia. Na to zagadnienie pierwsza uwagę zwróciła nauka niemiecka.
A bobry, wilki i koty to swoją drogą.
QUOTE(Sghjwo @ 9/02/2017, 18:00)
Najwiecej maetanu wydzielaja "trawozercy", wiec moze niech "lesne dziadki" strzelaja do krow. Dwie pieczenie na jednym ogniu, mniej metanu, wiecej zieleni. wink.gif
*

Wystarczy, że ograniczy się te idiotyczne ,,ekologiczne" pastwiska dla krów. Koło mnie się tak pasie od parunastu lat gigantyczne stado ,,bawołów" i nic nie można z tym zrobić. Właściciele są jak zwykle niereformowalni.

 
Wczoraj, 20:00Report Post Quote Post

QUOTE(gregski @ 9/02/2017, 18:33)
QUOTE
Właściciele są jak zwykle niereformowalni.

Prywatny "bawół". Prywatna łąka, Nikomu nic do tego.
*

To demagogia liberalna. Szanujące się państwo nie może ot tak sobie pozwalać na idiotyzm obywateli w imię ochrony praw własności. Zabrać, ukarać, znacjonalizować, a nie tworzyć państwo istniejące dla prywaciarzy.
QUOTE(Eamr @ 9/02/2017, 18:40)
Tiaa, najlepsze dla mlekodajki jest tkwienie na łańcuchu w ciasnej obórce. Jak tkwił jej przodek tur i inne praprzodki.
*

Dla przyrody i gospodarki jest lepiej trzymać pod dachem w oborach. Co jest komfortowe dla samej krowy, rzecz całkowicie nieistotna i zresztą nie taka oczywista do określenia.
QUOTE(Eamr @ 9/02/2017, 18:40)
Podrążę. A co to jest „coś normalne”?
BTW: pierwszy raz widzę miłośnika przyrody wyrażającego się o żywym stworzeniu per „śmieć genetyczny”. O tempora o mores…
*

Coś, co naturalnie wygląda i zachowuje się zgodnie z przewidywaniami wzorcowymi... Obecnie w Anglii czy Francji o dobre psy niezwykle już ciężko, ponieważ one nie istnieją w próżni - zawsze są emanacją społeczeństwa, z którego się wywodzą. Tamte narody się zdegenerowały, toteż i psy się do niczego nie nadają. Po cichu przyznają mi to zresztą ostatni żyjący tam hodowcy, którym na psach zależy.

Pojęcie ,,śmiecia genetycznego" jak najbardziej istnieje. Jest to odpad, który nie powinien się rozmnażać.
Wczoraj, 20:39Report Post Quote Post

QUOTE(czarny piotruś @ 9/02/2017, 19:15)
Jakoś dziesiątki a może i setki milionów wielkich trawożerców jeszcze nie tak dawno temu biegają cech po stopach, sawannach i preriach do zagłady planety nie doprowadziło
*

Jakoś nie w Europie. No i proszę nie porównywać historycznej liczebności bawołów kafryjskich i bizonów do dzisiejszego pogłowia bydła. To tak jak zestawianie stanów armii polskiej z chińską albo irańską.
QUOTE(czarny piotruś @ 9/02/2017, 19:15)
Potrzebny jest ale wymaga reformy. 
*

Tego nie neguję. W najogólniejszych ramach chodzi o utrzymanie wprowadzonego w PRL systemu organizacji.
QUOTE(czarny piotruś @ 9/02/2017, 19:15)
Spora część tych naszych łowców, zwyczajnie posługiwać się bronią nie potrafi. Więc tak może od tego zaczniecie? W sumie też jestem za przywróceniem polowań na żubra, niedźwiedzia i wilka. Na początek może jednak oszczepem? Sprawdzi się i chart ducha i pewność ręki... Tym, którzy przeżyją będzie można już wydać pozwolenie na broń palną
*

Różnie to bywa. Ja sam też żadnym snajperem nie jestem, mimo to jakiejś zupełnej tragedii nie ma. Wypadków zdarza się relatywnie niewiele, a na 120 tys. znajdzie się i Zajcew, i pudlarz.

A w WP to ilu myślisz, żołnierzy umie dobrze strzelać? W wojsku niewiele było oddziałów, które by ćwiczyły ten element wyszkolenia bojowego w sposób częsty.

Co do użycia broni drzewcowej, sam czasem stosuję, ale na dzika. Duży niedźwiedź, z tego co się orientuję, poza zasięgiem pojedynczego człowieka z białym orężem. Dziś zresztą nie ma w tym nikt doświadczenia, toteż byłby to wyrok dla ewentualnego łowcy. Pomijam, że na niedźwiedzie już się u nas nie będzie w przyszłości polowało.
QUOTE(czarny piotruś @ 9/02/2017, 19:15)
Sprawdzi się i chart ducha i pewność ręki
*

Rozczaruję Kolegę. Chart się na niedźwiedziu nie sprawdzi. wink.gif
 
User is offline  PMMini ProfileEmail Poster

 
 Dzisiaj, 00:18Report Post Quote Post

Jeszcze krótko Ci odpowiem póki mam wolny wieczór.
QUOTE(czarny piotruś @ 9/02/2017, 20:27)
Co do umiejętności posługiwania się bronią to nie tylko samo trafianie(lub nie) w cel. To także zasady bezpieczeństwa i tu jednak problemy są spore. O ile w mundurówce wypadku z bronią zatuszować się nie da a w każdym razie nie jest to proste to w myśliwskie większość wypadków w ogóle nie jest zgłaszana. Jeżeli nikt nie zginął ani nie został ranny to towarzystwo problemu nie widzi. Ot jakąś dziura samochodzie, ścianie czy czymś innym. Jesienią pewien polują y chirurg jeździł u nas z dziurką w klapie bagażnika. Pewnie od kornika 😂
*

To prawda, że są problemy, nie wiem natomiast czy nasi myśliwi odbiegają poziomem wyszkolenia od Szwedów czy Francuzów. Nie wiem, bo w listopadzie na jednym polowaniu, jako podkładacz, mogłem prawie dwa razy od nich zginąć (nie przesadzam, kula trafiła w drzewo obok mnie na wysokości głowy) i znajomy naganiacz też. Są różne koła. W jednym za notoryczne pudła, znam taki przypadek, łowczy potrafi przerwać zbiorówkę i na kopach wygonić wszystkich na strzelnicę.
Różne epizody są zgłaszane. O kulach w masce samochodu ku przestrodze informuje np. prasa łowiecka. Nieraz człowiek niby się zna, a kula potrafi swoje zrobić i kogoś zabić - tak było z tym zastrzelonym rowerzystą, gdzie zginął z kuli wystrzelonej przez młodego chłopaka - no ale ten myśliwy zrobił wszystko poprawnie i legalnie (szkoda, że prokuratura jest na stwierdzenie tego za tępa). Czasem się tak zdarza i nie wszystko z bronią przewidzisz. Dlatego nie jest ona powszechnie dostępna jak cukierki w sklepie.
QUOTE(czarny piotruś @ 9/02/2017, 20:27)
Europy i wielkich trawożerców. Było ich całkiem sporo w różnych okresach historycznych. Swobodny wypas to rzecz normalna a nie jak to kolega Jagdterier określa "prywaciarstwo"
*

W którym okresie historycznym w Europie było więcej zwierzyny niż w XXI wieku? Weźmy np. jelenie. Nigdy, tylko to jest wiedza dla specjalistów - biologów. Ludzie wierzą zaś w ekologistyczne mity, rozpowiadane w zamian za potężne pieniądze przez kanalie z WWF.

Swobodny wypas bydła na masową skalę, bo nie mówimy tu o tym, że chłop sobie mućkę wyprowadza na trawę, na terenie miażdżącej większości Europy (poza Niziną Panońską, Wołyniem i jeszcze paroma innymi), nie był generalnie rozpowszechniony. Państwo kategorycznie musi obecną sytuację przerwać nawet już nie dlatego, że to nierentowne, ale przede wszystkim ze względu na ochronę bioróżnorodności. Tereny, gdzie pasą się stada krów, po paru sezonach zamieniają się w kompletną pustynię ekologiczną. Nie korzysta na tym nikt. Gdyby ludzie w Europie byli nieco bardziej normalni i, zamiast obżerać się w jakichś macdonaldach i kupować ,,mięso" z biedry, hodowaliby nutrie, króliki i świnie, angażowali się w łowiectwo, nie potrzeba byłoby utrzymywać całej tej, niszczącej przyrodę, gigantycznej maszynerii, jaką jest przemysł mleczarski i wołowina. Zdegenerowana Holandia mogłaby sobie też darować masowe gazowanie dzikich gęsi, bo dałoby się na nie polować spod legawców i je spożywać.

Tak to już życie wygląda o wiele bardziej skomplikowanie, niż głoszą tabloidy i popularne portale internetowe. A to, co tu zaznaczyłem, to jedna z najpoważniejszych spraw, jakie w ogóle były kiedykolwiek omawiane w historii niniejszego forum. To nie jest jakiś tam trybunał konstytucyjny ani mama Madzi. Twoje pokolenie może umierać w skrajnie drastycznych warunkach.
QUOTE(czarny piotruś @ 9/02/2017, 20:27)
Jakoś do czasów nowożytnych dawno sobie radę. Dziś także jeszcze tu i ówdzie, z włócznią poluje się na lwa nawet.
Problem z dzisiejszym łowieckie polega na motywacji. Ot dobrze widziany sport dla ustosunkowanych, nowobogackich macho. Oczywiście to mniejszość ale ta najbardziej widoczna, halasliwa i z najmniejszym pojęciem.
*

Popieram wykorzystanie rohatyny jako bardzo skutecznej, tradycyjnej i uczciwej broni. Żeby było jednak jasne, polowania już dziś u nas o ten oręż się nie oprze. To może być dodatek dla podkładaczy, których mamy niewielu, a i używanie tego w Polsce to tylko 1/3 roku. Rozstrzyga karabin.

Dziś na lwy z włóczniami polują dzikie plemiona murzyńskie. Mam do nich ogromny szacunek i oczywiście imponuje mi to. Wyrobienie do tego białego człowieka postindustrialnego jest moim zdaniem nieprawdopodobne, bo trzeba uprzednio zapłacić frycowe w postaci zębów i pazurów. Kto chce, niech próbuje, natomiast uzależnianie dostępu do łowiectwa od tego, czego kto by dokonał bronią białą, prowadzi w złą stronę. Dla przykładu, w kole, w którym poluję, kłuć dziki potrafię tylko ja i mój ojciec - na 40 chłopa, w tym wielu wojskowych. Reszta się zwyczajnie boi, nie zna tego, nie umie. W tym sezonie ubiłem w ten sposób 21 dzików (nie w jednym kole). Są natomiast ludzie, których to kompletnie nie interesuje, a nawet bywają i ci, co uważają taką praktykę za nieetyczną (ci to akurat palanty). Dla nich polowanie to po prostu spacer z bronią, dotlenienie mózgu, wrażenia estetyczne z pracy pointera, a ewentualny strzał do bażanta to kończąca misterium wisienka na torcie. Są tacy, co lubią siedzieć na ambonie przy karmisku. Niech sobie to robią, tak jak uważają, byle mnie się nie czepiali. Lasów mamy dużo, a zwierzyny jeszcze więcej.

Co do kłucia odyńca (odyńca sensu stricte), nie zdarzyło mi się to przez całe życie. Raz tylko widziałem w necie jak jakiś Francuz tego dokonał. W naszych warunkach skończyłoby to się po prostu masakrą i nie uważam tego za wykonalne przez kogokolwiek.

Nie jestem do końca pewien, czy nie grzeszę, zamieszczając te cytaty - dostrzeżone w wypowiedziach oczywiste absurdy i niespójności (raz "skłuł rohatyną 21 dzików", innym razem "kłucie odyńca nie zdarzyło się /mu/ przez całe życie"), pozwalają domniemywać, że mamy do czynienia z osobą chorą.* Ponieważ jednak forum jest anonimowe (no cóż, jak się zapewne domyślacie, użytkownik "jkobus", to autor niniejszego bloga...) sądzę, że możemy oddzielić wypowiedzi od osób i zajmować się samymi tylko wypowiedziami. A te, no cóż - dostarczyły mi dziś (w przerwach między urzędową korespondencją) wiele radości..!


------------------------------------------------------------------------------------------
*Swoją drogą: czy cieszy Was wiedza, że być może to jednak NIE jest od początku do końca produkt chorej wyobraźni i ktoś taki RZECZYWIŚCIE chodzi gdzieś po lasach ze strzelbą i watahą ostrych psów..? Zdecydowanie: zakup czarnoprochowca awansuje na coraz wyższą pozycję na liście moich priorytetów inwestycyjnych...

wtorek, 7 lutego 2017

Buty Juliana

Sponsorem dzisiejszego kazania (jak zwykle krótkiego i w punktach, bo nie mam czasu!) jest forum historycy.org oraz jeden z kolegów, którego zresztą bardzo cenię, a który opublikował (na zabezpieczonej części forum, więc tam się Państwo, jeśli jego użytkownikami nie jesteście, nie dostaniecie) następującą wypowiedź a propos tzw. "konwencji antyprzemocowej:

czoraj, 14:22Report Post Quote Post

QUOTE(Alcarcalimo @ 6/02/2017, 13:30)
QUOTE
przypisanej z góry roli poszczególnych płci w rodzinie.


Ale właśnie o to chodzi:
Konwencja o zapobieganiu przemocy wobec kobiet ma słuszny cel, ale realizuje go poprzez demontaż struktur społecznych opartych na tradycyjnych rolach kobiet i mężczyzn - przekonuje Instytut Ordo Iuris, który przygotował raport na temat konwencji.
(...)
Według autorów raportu konwencja nie stanowi skutecznego instrumentu zapobiegania i zwalczania przemocy wobec kobiet, ponieważ za źródło przemocy uznaje nierówne relacje pomiędzy kobietą a mężczyzną, podczas gdy ich zdaniem czynniki, które realnie warunkują zachowania przemocowe, to uzależnienia, postępujące rozluźnienie norm społecznych, obecność przemocy w środkach masowego przekazu i seksualizacja wizerunku kobiety.
Wiceprezeska Instytutu Ordo Iuris Joanna Banasiuk przekonywała, że podczas debaty nad konwencją warto odpowiedzieć sobie na pytanie, kto ma rację: czy ci, którzy przyczyn przemocy doszukują się w różnicach pomiędzy męskimi i żeńskimi rolami społecznymi, czy ci, którzy widzą jej źródło w różnego rodzaju patologiach.

http://www.lex.pl/czytaj/-/artykul/ordo-iu...radycyjny-lad-1
http://www.ordoiuris.pl/konwencja_cahvio
*


To jest tylko opinia stowarzyszenia o wyraźnie zakreślonej optyce światopoglądowej, zawierająca ponadto w znacznej mierze pobożne życzenia i wyobrażenia twórców tejże opinii.

W szczególności w świetle zjawiska przemocy domowej - seksualizacja wizerunku kobiety wydaje się bardzo wątłym czynnikiem sprawczym w występowaniu tejże. Pani Banasiuk zamiast rozbierać na czynniki pierwsze i wzywać do debaty a jednocześnie lobbować za natychmiastowym wypowiedzeniem konwencji powinna uruchomić logiczne rozumowanie i odpowiedzieć sobie na pytanie:

Jaki wpływ na przemoc ma umiejscowienie mężczyzny i ojca jako głowy rodziny?
Jaki wpływ na przemoc ma tradycyjne pojmowanie ojca jako sędziego i egzekutora kar?
Jaki wpływ na przemoc mają tradycyjne środki dyscyplinujące dzieci?
Jaki wpływ na przemoc ma wynikająca z tradycyjnej roli mężczyzny i kobiety w rodzinie przewaga finansowa tego pierwszego?
Jaki wpływ na przemoc ma wynikająca z tradycyjnej roli rodziny jej autonomia w ujęciu tradycyjnym - to co się dzieje w rodzinie jest jej wyłącznie wewnętrzną sprawą?

I gdzie tu seksualizacja ? Przy czym obawiam się, że wyżej wymieniona ma problemy z odróżnieniem seksualizacji w sensie kobieta = bierny obiekt pożądania i atrakcyjny "towar" na rynku matrymonialnym, czy przyznanie kobiecie prawa do manifestowania własnej seksualności i swych oczekiwań na tym polu w stosunku do mężczyzny.

Nie rozumiem też obaw o możliwość realizowania swych potrzeb przez osoby transseksualne. Zawsze mnie dziwiło, że wszelkiego rodzaju fundamentaliści religijni walczą o pion moralny osób które mają nieco odmienny pogląd na takie zagadnienia poprzez przymusowe upowszechnienie ich modelu moralno-obyczajowego. Niech gorliwi muzułmanie katolicy czy protestanci pilnują własnego nosa i własnego pionu wg zasady dobrego to i dom publiczny nie zgorszy, złego i kościół nie naprawi.
Koledzy w sumie dali odpór, tym niemniej:

1. Zaczynając od końca: dlaczego Kościół i ludzie uważający się za katolików "wtrącają się" w rzekomo "prywatne"* sprawy "osób o odmiennych poglądach"..?

Odpowiedź (Mt 18, 6):
kto by się stał powodem grzechu dla jednego z tych małych, którzy wierzą we Mnie, temu byłoby lepiej kamień młyński zawiesić u szyi i utopić go w głębi morza.
Zaś wyjaśniając rzecz nieco szerzej i bardziej "naturalistycznie": tzw. "genderyści" OCZYWIŚCIE ŻE MAJĄ RACJĘ, gdy twierdzą, iż płeć jest "konstruktem społecznym". Różni nas od nich tak naprawdę tylko cel działania. Oni - dowiedziawszy się, że płeć jest "konstruktem społecznym" - chcą, w związku z tym, podważyć - doprawdy, trudno pojąć po co innego, jeśli nie dla doraźnego zupełnie celu, mianowicie dla przejęcia władzy - dotychczasowy porządek rzeczy, którego elementem są DWIE i TYLKO DWIE płcie - albo i samo pojęcie "płci", jako czynnika jakkolwiek bądź determinującego ludzkiego losy.

My, przeciwnie - WŁAŚNIE DLATEGO, że ludzka płciowość jest tylko częściowo determinowana biologicznie, że role płciowe w swoich najgłębszych podstawach są podatne na wpływ kulturowy i, w gruncie rzeczy, bardzo delikatne - chcemy, żeby było dalej tak, jak jest (ewentualnie, żeby było lepiej, tj. żeby ów determinujący, a przez to - wspomagający, instruujący, podpowiadający, a nawet wręcz stwarzający określone role wpływ kultury był silniejszy, a możliwość indywidualnej ekspresji tzw. "widzimisię" jednostek jak najmniejsza - swoją drogą, nienawidzę słowa "widzimisię"!). 

Tak! Jesteśmy antywolnościowi, sprzeciwiamy się "podmiotowości" jednostki. I owszem, to prawda: robimy to także ze strachu. Bo rzekoma "wolność" oferowana nam i naszym dzieciom przez wszelkiego rodzaju "wyzwolicieli", jest czymś do głębi przerażającym. Niewielu ludzi jest w stanie "stworzyć samego siebie" - ot tak, aktem woli. Ogromna większość jest stwarzana. NIC się na to nie da poradzić, bo to akurat - fakt czysto biologiczny (u każdego gatunku stadnego, znakomita większość osobników to osobniki podporządkowane, inaczej po prostu być nie może...). Chodzi o to, żeby to, co jest stwarzane w nas przez kulturę było dla nas i dla naszych dzieci bezpieczne. "Wolność" jest, co każdy myślący człowiek przyzna - antytezą "bezpieczeństwa". "Wolność" to ryzyko. W tym także, ryzyko ostatecznej życiowej katastrofy. Niech tam sobie "samce i samice alfa" śnią o życiu bez wstydu, bez winy i bez ograniczeń wynikających z "restrykcyjnej", czy "patriarchalnej" kultury. Ale niech sobie o tym śnią prywatnie, w zaciszu własnych sypialni! Gdy wychodzą ze swoimi snami na zewnątrz - niech się nie dziwią, że zostaną zadeptani. Bo dla nas, dla ogromnej większości - ich sny czarowne są tylko koszmarami. O których NIE CHCEMY NAWET WIEDZIEĆ. I nie chcemy, żeby nasze dzieci CHOĆBY TYLKO WIEDZIAŁY, że takie sny śnić się mogą..! Sama wiedza jest tu dostatecznie niebezpieczna, by jej - z sensem, celem i w pełni sprawiedliwie - zakazać. Amen.

2. Postawienie - domyślne (ale potem autor tej wypowiedzi wyartykułował to i wyraźniej, nie mam czasu szukać cytatu...) tezy, że jak ktoś nie popiera "konwencji antyprzemocowej" znaczy, że jest zwolennikiem bicia dzieci (albo jest nadwrażliwy...) - to jest tylko płocha erystyka, z którą dyskutować nie ma sensu. Istotne jest to, że owa konwencja tylko w małej części zajmuje się "zwalczaniem przemocy" - a GŁÓWNIE, daje narzędzia prawne wszelkiej maści "naprawiaczom świata" do tego właśnie, aby tradycyjne definicje i podział ról płciowych (drogie nam dla powodów wymienionych w punkcie 1 powyżej...) na każdym możliwym polu podważać. Nie ma na to zgody. Konwencja POWINNA zostać jak najszybciej wypowiedziana.

3. W ogóle najlepiej to by było powrócić do rzeki, która już dawno do morza popłynęła - tzn. do wielopokoleniowych rodzin (kontrolujących, a jakże, właściwe zachowania mężów i żon względem siebie i względem potomstwa), bardziej społecznego, mniej indywidualnego życia. Do życia na serio. Może to się uda (gdyby tak, na ten przykład, doszło do znaczącego pogorszenia warunków materialnych...), ale raczej nie - przynajmniej, nie za naszego życia. Skoro to, na razie, niemożliwe, to przynajmniej - nie psujmy tego co jest. I starajmy się utrudniać owo psucie na każdym kroku. Wszystkim psującym. Czy intencje mają rzeczywiście zacne, czy tylko takimi się zasłaniają. To bez znaczenia...

A jakby ktoś z Panów Czytelników chciał sobie w wyrobieniu solidnej, męskiej postawy w tradycyjnym stylu pomóc - do zapraszamy do Boskiej Woli. Mamy tu znakomitego instruktora (z hamerykańska zwanego "coachem"). Każda niewiasta czuje się przy nim tak, jakby miała 180 cm wzrostu, z czego przynajmniej 120 cm - samych tylko nóg! Jeśli więc, Drogi Czytelniku, nie wiesz jak stać się mężczyzną godnym swojej kobiety - wejdź w buty Juliana..:



czwartek, 26 stycznia 2017

Plaga słowików albo dobre samopoczucie państwa Kowalskich.

Skończyłem czytać w pociągu Agnieszki Kołakowskiej (tak, tak - córki Leszka. Też się zdziwiłem...) "Plagę słowików". Książki, zasadniczo - nie polecam. Najlepsza z Żon kupiła ją, szukając lektur, a nic nie wiedząc ani o autorce, ani o zawartości, poza tym, że prof. Legutko poleca. Znaczy się - przeczytać, to i owszem, warto - bo daje do myślenia. Ale inwestować ok. 30 złotych..? Na szczęście, zaprojektowaliśmy w domu duuuużą bibliotekę...

Mój problem z panią Kołakowską wynika zapewne z faktu, że nie czuję się ani trochę judeo*chrześcijaninem, liberałem**, ani nawet nie uważam muzułmanów za "największych wrogów cywilizacji"***. Jeśli piszę, że teksty p. Kołakowskiej (skądinąd dowcipne i czasem celne...) "dają do myślenia", to głównie dlatego, że pobudzają do polemiki.

Mała zatem polemika odnośnie jednego tylko aspektu (więcej - bo nie wytrzymałem - w przypisach poniżej...). Pisze p. Kołakowska, że nikt nie ma prawa do NIE bycia obrażanym. Bo możliwość obrażania kogokolwiek (choćby i wulgarnego i choćby zasadzającego się na najpodlejszym kłamstwie) to fundament wolności słowa.

Niech i tak będzie!

Czy w takim razie p. Kołakowska skłonna byłaby przyjąć również i tezę (poniekąd, brzmiącą nader podobnie...), że nikt nie nie ma prawa do dobrego samopoczucia?

Jeśli tak - a sądzę, że odpowiedziałaby twierdząco - to skąd jej filipiki w obronie in vitro czy hormonalnych środków antykoncepcyjnych..? Para, która nie mogła mieć dzieci i doczekała się potomstwa dzięki metodzie in vitro zapewne poprawiła sobie samopoczucie. Ale czy została wyleczona? Czy "nieposiadanie dziecka" to choroba? Chyba nie? Chorobą jest bezpłodność - a taka para jak była bezpłodna, tak dalej jest bezpłodna. Tylko SKUTEK owej bezpłodności - brak dziecka - został dzięki in vitro częściowo (częściowo, bo kosztem wielkiego stresu i znacznych kosztów, nie tylko finansowych - co nie do końca chyba odpowiada wizji "szczęśliwego rodzicielstwa" n'est pas?) naprawiony. In vitro to w najlepszym razie proteza. OK - protezy też są potrzebne. Ale chyba nie nazywamy człowieka, któremu zastąpiono rękę czy nogę najlepszą nawet protezą "człowiekiem wyleczonym"..? Przy czym protezy kończyn (a choćby i zębów) mają pozytywny wpływ przede wszystkim na sprawność i codzienne funkcjonowanie chorego - podczas gdy "proteza rodzicielstwa" w postaci dziecka z probówki - wpływa li i jedynie na samopoczucie hipotetycznych państwa Kowalskich.

Takie samo jest podstawowe zastosowanie hormonalnych środków antykoncepcyjnych. Państwo Kowalscy chcą mieć udane życie seksualne bez konsekwencji. Bóg z nimi, przed nim odpowiedzą..! Ale niby co ma do tego państwo polskie, w sensie: dlaczego niby państwo polskie miałoby dopłacać do beztroskiego pożycia państwa Kowalskich..? Gdzie tu "liberalizm"..?

Jak już kiedyś pisałem - dawno temu - w dziedzinie tzw. "ochrony zdrowia" naturalnym i oczywistym jest, że państwo zwalcza epidemie (bo nie byłoby dlań dobrym, gdyby mu nagle podatnicy masowo powymierali...) oraz zapewnia opiekę własnym funkcjonariuszom, osobliwie jeśli odnieśli szkody w jego służbie (żołnierze i policjanci!). Cała reszta to przestrzeń do swobodnej dyskusji. Także, a nawet przede wszystkim - aksjologicznej, do dyskusji o wartościach. Warto jednak pamiętać, że takie rzeczy jak refundowanie środków antykoncepcyjnych czy procedury in vitro to już jest czub czubów jak chodzi o stopień zaangażowania państwa w życie jego poddanych. Przepisywanie na receptę usług prostytutki, co podobno zdarza się we Francji, jest już tylko naturalną konsekwencją przyjęcia, iż obowiązkiem państwa i państwowej służby zdrowia jest dbałość o dobre samopoczucie inwentarza (tak chyba by trzeba poddanych w tym momencie prawidłowo nazywać) - podobnie jak, zgodnie z prawem, każdy hodowca świń w Polsce obowiązany jest zapewnić swoim zwierzętom rozrywkę (zabawki chociażby)...



--------------------------------------------------
*Na czym właściwie ma polegać owo "judeochrześcijaństwo"? Ostatnia sekta "judaizantów" w chrześcijaństwie to XV wiek i trudno powiedzieć, żeby zostawili po sobie jakieś szczególnie ważne dla kultury europejskiej dziedzictwo. Nawet pojęcie "starszych braci w wierze" jest nieco naciągane (z uprzejmości...), bo judaizm rabiniczny, współczesny, zaczął kształtować się w czasach Jezusa (co i sama p. Kołakowska skądinąd dostrzega) i żadną miarą nie może być traktowany jako religia od chrześcijaństwa "starsza". Nawet "Biblia hebrajska", wcale nie jest od chrześcijańskiej starsza - jej współcześnie znany kanon zaczęto tworzyć w V w. ery chrześcijańskiej a zakończono w wieku XI: różni się on od tego, co każdy z nas ma na półce nie tylko brakiem pewnych ksiąg, przez Żydów odrzuconych, jako że owo kształtowanie od początku przebiegało poniekąd, względem chrześcijaństwa - polemicznie. Łacińska Vulgata, nad którą tak się pastwią od XVI wieku różni reformatorzy, przy wszystkich jej możliwych niedoskonałościach, jest w każdym razie wersją starszą - i jeśli można ją krytykować, to ewentualnie uwzględniając Septuagintę oraz zwoje z Qumran, (skądinąd, w czasach takiego Lutra, zupełnie nie znane)...
**Kłopot z liberalizmem jest przede wszystkim taki, że liberałowie albo twierdzą, że preferowany przez nich model państwa jest "światopoglądowo neutralny" - więc bezczelnie kłamią, bo tak z całą pewnością nie jest - albo też wywodzą, że właśnie ich światopogląd, za wartość najwyższą uznający "wolność", jest światopoglądem "racjonalnym", więc kto z nim dyskutuje, ten obskurant, dyletant, może nawet i półgłówek. Pomijając już obelżywość tych insynuacji, marnym jest rozum, który taką "wartość najwyższą" sobie wybiera, bo nieuchronnie prowadzi to do sprzeczności: z wolności najchętniej korzystają ci, którym ani w głowie respektować wolność innych, niezbędne jest zatem jej ograniczenie, żeby w ogóle żyć się dało - ergo: z przyjęcia "wolności" za wartość najwyższą wynika... konieczność limitowania tejże "wolności"! Tak jest zresztą z każdym "wyrozumowanym" systemem wartości. Każdy zawiera u swych podstaw jakąś sprzeczność. Jest w tym pewna analogia do aksjomatyki matematycznej, również nieuchronnie wikłającej się w sprzeczności. Być może ludzki mózg inaczej pracować nie potrafi. Ale właśnie dlatego nie warto być liberałem! 
***Jak na prawego Sarmatę przystało uważam, że hipotetyczny - choć, przyznaję, bardzo mało prawdopodobny - triumf islamu nad Zachodnią Europą i powstanie "Sułtanatu Europejskiego" to raczej dla Polski szansa, a nie zagrożenie. Jak długo jesteśmy konserwatywnymi katolikami (jak to określa p. Kołakowska), możemy zgodnie i pokojowo żyć obok konserwatywnych muzułmanów, wspólnie, a nawet w porozumieniu tępiąc gejów, feministki i cyklistów (o Żydach nie wspominam raz przez uprzejmość, a dwa - bo mnie to akurat zwyczajnie ani grzeje, ani ziębi: religijnych Żydów chętnie przygarniemy, jak to i nasi przodkowie robili - ateistyczni żydowscy komuniści to inna sprawa...). Ów hipotetyczny "Sułtanat Europejski" będzie potrzebował dziesięcioleci na konsolidację swoich zdobyczy. Możemy mu je dać, o ile wyda nam dobra kultury (przecież i tak wahabitom do niczego niepotrzebne...), francuską i brytyjską broń atomową, inne potrzebne sprzęty, last, but not least: ludzi - katolików (to się rozumie samo przez się...) i tych, którzy się na katolicyzm nawrócą, albo obiecają żyć w pokoju, respektując w przestrzeni publicznej prymat katolicyzmu (np. właśnie - religijnych Żydów...). Możemy się nawet wymienić (Sułtanat zapewne nie będzie taki chętny do wypuszczania z podbitego terytorium ludności tubylczej - będą mu potrzebni niewolnicy...) i w zamian oddać naszych "KODziary"! Oczywiście, potrzebne będzie nam stosowne terytorium. Z dostępem do czterech mórz (podkreślam, żeby szkodliwą i defetystyczną teorię o "trzech morzach" natychmiast pognębić!): Bałtyku, Północnego, Adriatyku i Czarnego... :-) 

niedziela, 22 stycznia 2017

Eloje i Morlokowie

Powoli zaczynamy się przygotowywać do porodu. To znaczy: czytamy stosowną literaturę i staramy się, m.in. przeglądając strony internetowe, wybrać jakiś najsensowniejszy scenariusz tego wydarzenia. Szczęśliwie - mamy wybór (wiele pokoleń ludzi wyboru nie miało: albo działo się to "jak zawdy" - albo, przez ostatnie pięćdziesięciolecie: wedle procedury szpitalnej...). Ale każdy wybór to też pewien kłopot.

Nie ma takiego szpitala, na ten przykład, co do którego opinie pacjentów byłyby choć w przybliżeniu zbieżne! Co gorsza, MOTYWY tych rozbieżności - rozjeżdżają się zgoła rozpaczliwie. Co dla jednej mamy było zbawieniem, dla drugiej - zdaje się być zgoła o pomstę Niebios wołającym grzechem!

Jak łatwo możecie sobie Państwo wyobrazić, podobnie jak w całym naszym współczesnym życiu, podział przebiega wedle kryterium naturalność vs bezbolesność. Pary nastawione na naturalność jeżą się, gdy zniecierpliwieni, mało uważni, lekceważący ich jedyne w swoim rodzaju doświadczenie lekarze arogancko ignorują wolę rodziców, stosując wygodne dla siebie, rutynowe procedury (leżąca pozycja rodzącej, nacięcie krocza, podanie oksytocyny, itp. elementy składające się na medykalizację porodu).

Z kolei są szpitale w Warszawie, gdzie i 80% porodów to cesarskie cięcia - i są to przede wszystkim drogie, prywatne szpitale, z których korzystają, jak się zdaje, ludzie posiadający prywatne ubezpieczenia medyczne. Widać, że bardzo wiele pań WOLI, aby poród przebiegł przede wszystkim szybko, planowo, bezboleśnie i - bez udziału ich świadomości. Te panie z kolei gniewają się, gdy personel bywa obojętny wobec ich bólu lub opieszały w podejmowaniu czynności wyżej opisanych.

Jak się zdaje, uprzednie nastawienie konkretnej pary ma decydujące znaczenie dla opinii o szpitalu, lekarzu lub położnej - konkretne zachowania i sytuacje są dużo mniej istotne (koniec końców, nie każdy lekarz musi być od razu dr House'm - inna rzecz, że serialowy dr House to w sumie bardzo delikatny i uprzejmy człowiek był; przynajmniej robiąc pacjentowi jakiś "numer", zwykł go przedtem odurzać lub usypiać; a spotkałem paru takich, którzy nader grubiańsko, chamsko wręcz i prymitywnie natrząsają się z pacjenta wprost w żywe oczy, o  żadne pozory wcale nie dbając... - arogancja jest jednak wpisana w zawód lekarza, idąc do lekarza, raczej nikt się nie powinien spodziewać spotkania z człowiekiem uległym i skłonnym do kompromisu...).

Cóż. Wszystko wskazuje na to, że Mr Welles był prorokiem. Dzielimy się coraz bardziej. Na Morloków:


i Elojów.

Rozważam zabranie ze sobą na poród siekiery. Jakiś argument w dyskusji trzeba mieć...

środa, 18 stycznia 2017

Owsiki - temat wstydliwy

Mam co robić, doprawdy, ale nie wytrzymam: jak się zostało wywołanym do tablicy, to trzeba odpowiadać!

Zatem: dlaczego - jak sądzę - temat WOŚP wywołuje tak wielkie emocje i tyle kontrowersji? Z braku czasu, odpowiadam w punktach:

1. WOŚP to akcja charytatywna będąca całkowitym zaprzeczeniem chrześcijańskiego ideału dobroczynności. Oparta na założeniach stanowiących proste i jednoznaczne zaprzeczenie Ewangelii. Pamiętacie jeszcze co miał na ten temat do powiedzenia ewangelista Mateusz..?
Kiedy więc dajesz jałmużnę, nie trąb przed sobą, jak obłudnicy czynią w synagogach i na ulicach, aby ich ludzie chwalili. Zaprawdę, powiadam wam: ci otrzymali już swoją nagrodę.
Kiedy zaś ty dajesz jałmużnę, niech nie wie lewa twoja ręka, co czyni prawa, aby twoja jałmużna pozostała w ukryciu. A Ojciec twój, który widzi w ukryciu, odda tobie.
Jak się do tego ma przyklejanie w widocznych miejscach serduszek oraz ogólne, zbiorowe zachłystywanie się atmosferą "karnawału, zabawy i radości"? No nijak się ma. Co samo w sobie nie miałoby żadnego znaczenia, gdyby nie ten napuszony ton "wyższej moralności" po stronie P.T. miłośników, obrońców i popleczników WOŚP... A wsadźcie sobie swoją "wyższą moralność" w ... (sami wiecie w co)! Wy już "otrzymaliście swoją nagrodę"...

Nie, żeby ta - niechrześcijańska w założeniach - metoda filantropii była nieskuteczna! Takiego zarzutu nie stawiam. Człowiek z natury jest istotą próżną. Lubi czuć się "lepszym". A przynajmniej "nie gorszym niż inni". Jak się nie da inaczej - i taką metodę czynienia dobra godzi się wykorzystać. O czym Mistrz Kowalski śpiewa:


2. WOŚP "obrywa", bo jest jednym z najbardziej widocznych i najłatwiejszych do zidentyfikowania symboli "nowej kultury". Takiej mianowicie, która opiera się na powszechnej dostępności tanich i łatwych "ersatzów". Wrzucenie piątaka do puszki i przypięcie serduszka jest łatwo dostępnym i tanim "ersatzem filantropii". Głośne manifestowanie "europejskości", albo na ten przykład "troski o środowisko naturalne" to równie łatwo dostępny i tani "ersatz mądrości". 

Każdy z takich "ersatzów" w pojedynkę jest tylko mniej lub bardziej irytujący - zebrane do kupy tworzą już całość przerażającą. Bo kompletnie odczłowieczoną! Jeśli naprawdę mielibyśmy przeżywać życie lekko, łatwo i przyjemnie - to skąd mielibyśmy wiedzieć, kiedy jest nam lekko, łatwo i przyjemnie, nie mając żadnego porównania z trudem, wysiłkiem i cierpieniem..?

Dobra - wiem, że tu mnie P.T miłośnicy, obrońcy i poplecznicy WOŚP nie zrozumieją. Nie spodziewam się tego. Sobie i innym ludziom normalnym próbuję wyjaśnić, dlaczego nas to jeży...

3. Kontrowersja wokół WOŚP jest tak gorąca, a zacietrzewienie P.T. miłośników, obrońców i popleczników WOŚP dlatego tak wielkie, że właśnie DLA NICH JEST TO "DOŚWIADCZENIE POKOLENIOWE" - przeżycie, które tkwi bardzo głęboko u podstaw ich (pozytywnej) samooceny, ogólnego samozadowolenia i radości z własnego "ja". Kiedy mówimy im, że to tylko plastik bez smaku i bez większego znaczenia (budżet NFZ na rok 2017 przewiduje wydatkowanie 76 miliardów złotych - doprawdy, jeśli ktoś utożsamia "leczenie", czy "opiekę zdrowotną" z WOŚP, to jest już tylko śmieszne...) - obrażamy ich do głębi. Bo podważamy w ten sposób samą istotę ich plastikowego (w gruncie rzeczy...) żywota...