Blog główny

środa, 27 lipca 2016

Publiczne i prywatne

Jadąc dziś do stolicy dyskutowaliśmy z Najlepszą z Żon o tym, co jest "publiczne", a co "prywatne".

Zwróciłem uwagę - idąc tu za wielotomowym dziełem "Historia życia prywatnego", którego część tylko, niestety, stoi u nas na półce biblioteczki - że to "życie publiczne" jest pierwotne. Pojęcie "życia prywatnego" wymyślono. Historycznie - gdzieś tak w okolicach panowania i podbojów Aleksandra Wielkiego. Kiedy nagle okazało się, że wprawdzie obywatele Aten (i innych miasteczek Grecji) po dawnemu mogą się zbierać na zgromadzeniu ludowym, obchodzić uroczyste święta i wybierać swoich urzędników - ale nie będzie już z tego ani pokoju, ani wojny, a co najwyżej - coś w rodzaju teatru. Bo o sprawach naprawdę istotnych decyduje się gdzie indziej. Na dworze jakiegoś króla lub w pałacu namiestnika.

Mając świadomość, że uczestnicząc w zgromadzeniu ludowym, obchodząc uroczyste święta czy wybierając urzędników, tak naprawdę są tylko aktorami w teatrze, a zgodnie z ówczesnym zwyczajem, aktorzy występowali w maskach, wymyślili sobie tedy Ateńczycy (i inni Grecy...), że kiedy już ów występ odbędą, to zdejmują maski i wtedy żyją "dla siebie" - "żyją prywatnie". Mieli zresztą po temu znacznie więcej niż dawniej czasu, skoro okoliczności zwolniły ich z obowiązku odbywania wypraw wojennych, czy długiego debatowania nad ważnymi sprawami republiki. Dalej już poszło.


Obecnie przeciwieństwo między "życiem publicznym" a "życiem prywatnym", między "sferą publiczną", a "sferą prywatną", czy też np. "życiem zawodowym", a "życiem prywatnym", wydaje się oczywiste i fundamentalne. Ale to tylko złudzenie. Bo było tak, jak wyżej napisałem. "Życie prywatne", "sfera prywatna" to coś, co zaczęło się jakieś 2300 lat temu - jest to fenomen dość nowy (bo cóż to jest 2300 lat wobec historii ludzkości...). Nigdzie też nie jest powiedziane, że będzie istniał po wiek wieków - "żyć prywatnie" można, jak się ma po temu warunki. A czy te warunki rzeczywiście zawsze już będą tak korzystne..?

Proporcje między "życiem prywatnym" a "życiem publicznym" wydają się też współcześnie zadziwiająco wręcz sztuczne. Chore. Na ten przykład - usiłuje się traktować religię jako "sprawę prywatną"!

Na jakiej niby podstawie..? Czy w Starym, albo w Nowym Testamencie gdziekolwiek napisane jest: wyznawajcie waszą wiarę potajemnie, w zaciszu waszych domów, nijak się z nią nie ujawniając..?

No chyba wprost przeciwnie! U św. Mateusza chociażby, mamy fragment (5, 13 - 16):
Wy jesteście solą ziemi. A jeśli sól zwietrzeje, czym będzie solona? Na nic się więcej nie przyda, tylko żeby była precz wyrzucona i podeptana przez ludzi.
Wy jesteście światłością świata. Nie może się skryć miasto leżące na górze. Ani nie zapalają świecy i nie kładą jej pod korzec, ale na świeczniku, aby świeciła wszystkim, którzy są w domu.
Tak niechaj świeci światłość wasza przed ludźmi, aby widzieli uczynki wasze dobre i chwalili Ojca waszego, który jest w niebiosach.
Zresztą, jak zauważyła Najlepsza z Żon - domaganie się od człowieka prawdziwie wierzącego, aby swoją wiarę wyznawał wyłącznie "prywatnie", to tak naprawdę żądanie jakiejś systematycznej hipokryzji i kłamstwa. Bo na czym to by niby miało polegać? Prywatnie taki człowiek ma przestrzegać Dziesięciu Przykazań (tak, jak je Kościół i Tradycja wykładają) - a publicznie to już nie..?

Owszem (czego nie zdążyłem dodać w naszej dyskusji) - bywały i takie sytuacje. Zawsze, gdy wierzący musieli się ukrywać przed prześladowaniami. W tradycji muzułmańskiej postawa taka nazywa się taqiyya (albo, po persku, ketman) - co wynika z faktu, że tam szyici przez wiele stuleci musieli udawać sunnitów, żeby ich od razu nie zabito. No cóż. Jeśli to ma być propozycja "współczesnego świata" względem ludzi wierzących - to szczytem bezczelności jest domaganie się jej przyjęcia inaczej, niż pod lufami karabinów!

Odwrotnie natomiast z pewnymi preferencjami łóżkowymi. Które, ostatnimi czasy, stają się jedną z najważniejszych, najbardziej palących kwestii publicznych, wręcz osią całej debaty politycznej! Gdzie tu sens, gdzie logika..?

Oczywiście - ma to swoje uzasadnienie zarówno ideologiczne, jak i taktyczne. Ale przy okazji - pokazuje jak sztuczny jest podział na "publiczne" i "prywatne" i jak ta, rzekomo oczywista dychotomia, nieoczywistą jest i niekonieczną...

poniedziałek, 25 lipca 2016

Talenty

Wszyscy pamiętają ze szkoły "Janka Muzykanta". Ale i w "Chłopach" jest podobny wątek (inna rzecz, że drugoplanowany...): Jagna pięknie z papieru wycina, a czytając jej rozmowy z klerykiem, na sam koniec "Lata", tuż przed tym, nim ją ze wsi wyświęcili, można odnieść wrażenie, że gdyby dziewczynie dano więcej edukacji i nie traktowano jak towar wymienny w matrymonialno - majątkowej transakcji, to byłaby jednostką twórczą i pożyteczną ogółowi (a nie tylko paru przeżywającym kryzys wieku średniego chłopom...).


Jedną z fundamentalnych tez szeroko rozumianej lewicy jest przekonanie, iż gdyby uwolnić ludzi od:
- kastowych, feudalnych przesądów,
- przesądów jako takich,
- troski o byt materialny,
- opresyjnych instytucji społecznych (typu, na ten przykład, małżeństwo...),
- w ogóle wszelakiej opresji (na przykład, przejawiającej się tym, iż każdy może mieć tylko jedną płeć i albo męską, albo żeńską...),
to ludzie natychmiast zakwitną rozlicznymi talentami. Spontanicznie będą tworzyć fenomenalne dzieła. Albo, co najmniej - żyć pięknie, szczęśliwie i pogodnie.

Nie ma chyba sporu co do tego, że jak do tej pory, ponad 200-letnia walka szeroko rozumianej lewicy o szczęście powszechne i powszechne uwolnienie ludzkich talentów spełzła na niczym, prawda? Uwolniony od kastowych, feudalnych przesądów, troski o byt materialny, a nawet od przesądów jako takich przeciętny Smith, Schmidt czy Kowalski zalega przed telewizorem i nie tylko niczego nie tworzy, ale i konsumuje bynajmniej nie pięknie, nie szczęśliwie i nie pogodnie, tylko zgoła wprost przeciwnie: po chamsku, prymitywnie i zgoła obrzydliwie, zyskując co najwyżej kompletne znieczulenie, pod którym kryje się wieczny i niemożliwy do nasycenia niedosyt. 

A jeśli nie zalega, to natychmiast w miejsce przesądów tradycyjnych wymyśla sobie nowe, postępowe przesądy, uwolniony od troski o byt materialny popada w pracoholizm na tle konieczności "bycia jak inni" i zdobycia środków już nie na przetrwanie, a na konsumpcję, którą jeszcze pół wieku temu nazwano by ostentacyjną i luksusową, a uwolniony od opresji instytucji społecznych, popada w opresję politycznej poprawności.

Innymi słowy - klapa na całej linii.

Spór między współczesną szeroko rozumianą lewicą a współczesną szeroko rozumianą prawicą sprowadza się do próby odpowiedzi na pytanie, czy w tej sytuacji lepiej jest Smith'a, Schmidta czy Kowalskiego uwalniać od wszelakiej opresji dalej i głębiej (czy on sam tego chce, czy nie...), aż się go wreszcie do szczęścia i twórczości przymusi w taki, lub w inny sposób - czy też zostawić samemu sobie i w przerażający świat wiecznej Kowalskiego pogoni za gromadą nie wnikać.

Tak naprawdę OBIE te odpowiedzi są, z punktu widzenia konserwatysty konsekwentnego - nie do przyjęcia. Mimo wszystko, jak zauważył ongiś Mistrz Herbert, jesteśmy stróżami naszych braci - i ani podsycanie najprymitywniejszych instynktów ludu, ani ich ignorowanie, trudno uznać za działanie dobroczynne.

Władza prawdziwie konserwatywna, powinna JEDNAK lud w miarę możliwości wychowywać. To znaczy robić rzeczy dokładnie przeciwne temu, co przez ostatnie 200 lat robiła szeroko rozumiana lewica. Mnożyć kulturowe restrykcje. Piętrzyć trudności społecznego awansu. Czynić kulturę elitarną możliwie jak najmniej zrozumiałą dla prostego ludu. W ten sposób ów lud, instynktownie naśladując (małpując czasem wręcz...) elitę - będzie zmuszony przysiąść fałdów i trochę się podciągnąć. A nawet jak mu się nie uda, coś jednak swojego przy okazji stworzy...

Tyle tylko, że takiej elity, która by rzeczywiście odpowiedni poziom prezentowała - od dawna już nie ma. I nie mam pojęcia, skąd takową można by wziąć..?

piątek, 15 lipca 2016

Jasia Bilewicza cnoty pożądanie

Przestudiowałem wczoraj w pociągu od deski do deski ostatni numer pisma "Miłujcie się!".

No i OK. Bardzo fajnie, że takie pismo jest. Skądinąd jednak, dobrym chęciami, jak wiadomo, wybrukowane są posadzki Konkurencji - i polecam P.T. Ojcom z Towarzystwa Chrystusowego, którzy pismo wydają uważniejszą nieco lekturę niektórych tekstów przed publikacją...

Nie przytoczę Państwu całości, bo akurat tego tekstu w wersji internetowej nie znalazłem. Chodzi o niejakiego Jasia Bilewicza (sam o sobie pisze "Jasiu", więc nie popełniam nadużycia, tak Autora tytułując...) "List do dziewcząt".

Czego tam nie ma..! Przyszła Małżonka pana Jana wiele powinna posiadać cnót: winna być pełna wdzięku, naturalna, nie za chuda, skromna, życzliwa, pobożna, pracowita... Nade wszystko zaś - powinna być dziewicą. Cytuję: bo tego pragnie przecież 95% mężczyzn - a o pozostałych 5% można mieć jak najgorsze zdanie...

Aż mi się chciało w trakcie lektury zapytać: kimże jest Jaś Bilewicz, że takie może stawiać wymagania..? Nazwisko, owszem, ładne, sienkiewiczowskie. To jakiś zabójczo zdolny i przystojny aktor? Model? Inny celebryta? Nie orientuję się w świecie mediów zbyt dobrze, mogłem przeoczyć... Ktoś z Państwa może wie? Potrafi podzielić się z innymi Czytelnikami wizerunkiem Jasia Bilewicza?

Przyznaję, że chyba nawet kolega Wojciech Majda, było nie było - zawodowy uwodziciel - aż tak wielką pewnością siebie nigdy nie błysnął jak Jaś Bilewicz. Pewność ta musi mieć przecież jakieś podstawy...

No dobra, dość tych kpin!

Jasną jest rzeczą, że tekst p. Jana stoi na głowie. Gdyby napisał, do jakich cnót sam będzie się starał dążyć, z Bożą pomocą - i zadeklarował, że naczelną spośród tych cnót będzie zachowanie do ślubu czystości - OK. Tekst stanąłby na nogach. Być może nawet jakieś dziewczęce serce żywiej by zabiło pod skromnym sweterkiem z mieszaniny wełny i poliestru.

Ale formułowanie tego rodzaju żądań wobec drugiej osoby? Jak zauważyła Najlepsza z Żon, gdy jej moje obserwacje zreferowałem, nawet biorąc to wszystko za dobrą monetę, z całkowitą powagą - to i tak przypadek Jasia Bilewicza źle rokuje jako kandydat na męża. Bo skoro z góry sobie stworzył obraz idealnej małżonki - to jaka rzeczywista kobieta zdoła się z tym obrazem zrównać? I czy każde, najdrobniejsze jej potknięcie nie zostanie od razu zinterpretowane jako skutek jakiegoś przed mężem zatajonego, a straszliwego grzechu..? Prosta droga do małżeńskiej katastrofy...

Chyba, że... żadnego Jasia Bilewicza w ogóle nie ma! I tylko któryś z Ojców Redaktorów, widać w pośpiechu przedwakacyjnym, pomylił tekst kazania (w którym żądania i wymogi jak najbardziej są i merytorycznie i stylistycznie na miejscu...) z tekstem przygotowywanego artykułu, który w zamyśle miał być na wyznania nastolatka stylizowany...

Oczywiście - nastolatki często cechuje zbytnia pewność siebie (albo całkowity brak pewności siebie...), a przy tym - radykalizm posuwający się łatwo także i do brutalności. O czym na innym miejscu pisałem! No ale jak ktoś pragnie młodzież wychowywać - to chyba powinien zwrócić uwagę, skorygować, w ostateczności - chociaż opatrzyć komentarzem..?

Bo, przyznaję, że tak jak jest, to mnie ten tekst do dalszego czytania pisma "Miłujcie się!" - gdyby mi jeszcze wpadło w ręce - nie zachęca...

Już abstrahują od kwestii, że nie wydaje mi się, aby akurat "demon pożądania" był największym zagrożeniem dla religii, cywilizacji i ludzkości - dawniej ludzie mniej o "tych sprawach" mówili, a panny częściej piekły raka na ślicznych liczkach - ale za to dużo więcej niż dziś było praktycznego działania. Co, przecież, po wyniku demograficznym jasno jak na dłoni widzimy...


czwartek, 14 lipca 2016

Czas wolny a czas pracy

Zdecydowana większość ludzi współczesnych pracuje po to, aby zarobić na "życie". Co oznacza, że owo "życie" zaczyna się po wyjściu z biura (fabryki, sklepu, itp.). Wielu jest co prawda takich, którzy pracy i (czasami) karierze poświęcają znacznie więcej - ale raczej traktuje się to jako swoistą patologię.

Nie tak się "żyło" i "pracowało" jeszcze dwa - trzy pokolenia temu! I nie tak się "żyje" i "pracuje" na roli. W tym przypadku "życie" i "praca" to jedno i to samo. Czynności, które finalnie mają na celu zarobek i czynności, które takiego celu nie mają, przeplatają się w ciągu całego dnia tak, że czasem nie sposób ich od siebie odróżnić (choćby dlatego, że część "produkcji gotowej" zużywa się jednak - coraz rzadziej, to prawda - także na własne potrzeby). Nie ma podziału doby na "czas pracy" i "czas wolny". Nie ma też, tak do końca, podziału na "miejsce pracy" i "miejsce do życia" - bo gospodarstwo to jedna całość i zarówno dzieciaki do obory włażą, jak i (czasami) - obora do domu (jak się np. trzeba zająć chorym inwentarzem, a nie ma jak inaczej...).

Być może podobnie doświadczają czasu tzw. "freelancerzy" w miastach? Nie wiem. Ale po przeprowadzce na wieś, miałem trudność, żeby się do takiego stylu życia dostosować. Bo przywykłem mobilizować się tylko przez kilka - kilkanaście godzin, a potem to już mi brakowało pary, żeby zrobić coś jeszcze. Nie pamiętałem o konieczności robienia przerw i rozkładania sobie pracy na całą dobę. Że nie miało to większych negatywnych konsekwencji, to tylko dlatego, że w sumie życiowo krytycznych czynności, przy tak ekstensywnej gospodarce jak nasza, to za wiele nie ma...

Rzecz ma także szerszy nieco kontekst. Niedawno rozmawialiśmy z Najlepszą z Żon o fundamentalnych zgoła trudnościach w zdobyciu pracowników. Czy to do gospodarstwa, czy to na budowę, czy też - do niewielkiej firmy ogrodniczej w mieście. Ludzi chętnych do pracy nie ma. No nie ma i już!

Jasne - pewnie by się znaleźli, gdyby oferować im znacznie wyższe płace.

Tylko jak to zrobić, skoro żadna z tych działalności nie generuje aż tak wielkiej "wartości dodanej", żeby się płaca "godna" w rozumieniu potencjalnego pracownika, jakkolwiek bądź zwróciła..?

Ludzie mają aspiracje. Każdy chciałby - po kilku, może kilkunastu godzinach pracy - "żyć". To znaczy: założyć rodzinę, mieszkać gdzieś "na swoim", konsumować co mu tam moda i opinia publiczna podpowiada.

Jak wiele razy tłumaczyłem, te aspiracje są zasadniczo niemożliwe do spełnienia. To jak gonienie horyzontu. Im szybciej za nim biec - tym szybciej ucieka. Nie ma takiego poziomu dobrobytu, który by kiedykolwiek mógł zostać uznany za "wystarczający"!

Dawniej ludzie byli rozsądniejsi i rzadziej oczekiwali rzeczy niemożliwych. Większość godziła się z tym, że "na swoim" żyć nigdy nie będzie - albo żyli i pracowali całymi klanami, w rozbudowanej , wielopokoleniowej wspólnocie rodzinnej, albo - kątem u kogoś, u kogo służyli.



Oczywiście, ta dawna, rozsądna postawa życiowa, źle służyła interesom wielkiego biznesu - i nic dziwnego, że tak zaciekle była na każdym froncie atakowana złudzeniem rzekomego "postępu" i "powszechnego dobrobytu", że nikt już o niej dziś nie pamięta. Ale - pomalutku, a rozsądek wróci..!

Mamy nadzieję...

wtorek, 28 czerwca 2016

Zdrajca

Niniejszym, Drodzy Państwo, składam uroczyście doniesienie. Powinienem je właściwie wysłać do Prokuratury Wojskowej - ale, przyznaję: nie chce mi się. Pisać urzędowe pisemka? I tak nic z tego nie wyniknie. Ale każdy z Państwa może mnie przecież wyręczyć. Wypowiedź była publiczna. Oto ona:
Jedyny słuszny kierunek ( z perspektywy historycznej) to wiązanie się w ramach UE coraz bardziej i stworzenie państwa Europa bo samodzielnie żadne państwo europejskie nie ma kompletnie żadnego znaczenia w starciu z Rosją a co dopiero z USA czy Chinami tudzież za jakiś czas Indiami. Potencjał UE jako całości potrafi sporo wymusić ( np. zatrzymanie ofensywy na Tibilisi czy zamrożenie agresji na Ukrainę) jak będziemy działać wspólnie to właśnie bajzel organizacyjny wynikający z braku zaufania osadzonego na historyzmach nie pozwala na skuteczną obronę interesów państw członkowskich. Anarchizacja UE i pośrednie dążenie do powrotu do polityki państwowej będzie kolejną katastrofą w historii Europy ( coś na kształt upadku Imperium Romanum w V wieku n.e chociaż oczywiście jest to mało porównywalne porównanie) i zmarginalizuje nasz kontynent dokumentnie ( to właśnie takie myślenie jak prezentujesz pozwoliło na wybuch nacjonalizmów które zdemolowały kontynent dwukrotnie momentalnie przenosząc państwa europejskie z ligi światowej do podmiotowej, okres Zimnej Wojny to okres uprzedmiotowienia w zasadzie wszystkich państw europejskich wobec ZSRS i USA... dopiero powstanie UE i jej zacieśnianie wybija Nas z powrotem na podmiotową pozycję). Stoczymy z podmiotowości na jaką się wybiliśmy w XVI do XVIII wieku do bycia przedmiotem polityki globalnej. Przypomnę takie problemy jak napływ nielegalnych migrantów, kwestie ekologiczne, kwestie utrzymywania standardów w tym przestrzegania praw człowieka, eksploracja kosmosu czy bezpieczeństwo będą o wiele skuteczniej realizowane przez Państwo Europejskie niż jakiekolwiek kraj członkowski. Kwestia jest sensownego rozdzielenia kompetencji ale kierunek od tysiącleci jest jeden... ku zjednoczeniu.
Wypowiedź ta, oczywiście, opatrzona była nie imieniem i nazwiskiem (choć wielu jest takich, którzy by się imieniem i nazwiskiem pod podobnym tekstem podpisać przecież nie wstydzili...), tylko nickiem i awatarem: "Kamaz73". Posiadacz konta w swoim profilu umieścił adnotację o zawodzie. Adnotacja ta brzmi: "żołnierz zawodowy". Jeśli to prawda, to posiadacz konta składał w swoim czasie ślubowanie o treści:
Ja żołnierz Wojska Polskiego przysięgam
służyć wiernie Rzeczypospolitej Polskiej,
bronić jej niepodległości i granic.
Stać na straży Konstytucji,
strzec honoru żołnierza polskiego,
sztandaru wojskowego bronić.
Za sprawę mojej Ojczyzny,
w potrzebie krwi własnej ani życia nie szczędzić.
Tak mi dopomóż Bóg.
Jak się ma jedno do drugiego, to już każdy z Państwa sam może sobie ocenić. Nie zabraknie z pewnością sofistów broniących zdrajcy. Ale Pan Zagłoba wiedziałby swoje:


piątek, 10 czerwca 2016

Prawo a sumienie

Jak zauważył już Lao Zi, im więcej w państwie praw, tym więcej przestępców. Jakoś się utarło ten cytat rozumieć w takim sensie, że istnieje odwrotna zależność proporcjonalna pomiędzy "ilością praw", a "moralnością publiczną". 

Nie przesądzając, czy taka zależność istnieje, czy nie, mam wrażenie, że starożytnemu Chińczykowi chodziło jednak o rzecz daleko prostszą: im więcej czynów państwo uznaje za zakazane - tym więcej ludzi będzie czyny zakazane popełniać. Co chyba nie wymaga obszerniejszego tłumaczenia..?

Jadąc dziś do pracy rozmawialiśmy z Najlepszą z Żon o sensie i bezsensie regulacji prawnych. Na kanwie przygody Najlepszej z Żon, która dnia poprzedniego trafiła w Warce na koreczek drogowy spowodowany przez bardzo powolną i przesadnie ostrożną jazdę pewnego starszego kierowcy. Pytanie: czy aby zapobiec takim sytuacjom osoby starsze powinny być pozbawiane prawa kierowania pojazdami? Albo poddawane obowiązkowym, cyklicznym kontrolom (jak, zdaje się, jest już teraz)?

Odpowiedź: nie!

Każda regulacja będzie tu niesprawiedliwa. Każda granica wieku - arbitralna. Są żwawi i bardzo sprawni 80-latkowie, dla których ograniczenia tego rodzaju byłyby uciążliwymi szykanami - i są czterdziestolatkowie dostający zawałów za kierownicą, których żadne badania i tak nie wychwycą.

Można, oczywiście, iść w kierunku policjanta stojącego nieustannie nad każdym poddanym i pilnującego dzień i noc, by nie zrobił sobie lub komuś innemu krzywdy. Tylko co to da..? I jaki będzie koszt takiego "absolutnego bezpieczeństwa"..?

Prawo nie jest w stanie zastąpić sumienia. W tym konkretnym przypadku staruszek, jadąc sobie wolniuteńko przez Warkę, krzywdy nikomu nie robił. Na trasie szybkiego ruchu, albo na przelotowych ulicach Warszawy... różnie by to się mogło skończyć..!

Zasada ta jest szczególnie widoczna w trakcie sporu o aborcję. Obie strony, ale osobliwie - zwolennicy "liberalizacji" tego prawa, uwielbiają epatować skrajnymi, niezmiernie rzadko spotykanymi, drastycznymi przykładami. A to - wyrodnej matki peklującej swoje już narodzone dzieci w beczkach po kapuście (że niby, jak się będą niechciane dzieci rodzić, to WSZYSTKIE tak skończą...). A to - bardzo rzadko spotykanych chorób genetycznych (że niby, jak się na powszechne badania prenatalne i eugenikę nie pozwoli, to już zdrowych dzieci nie będzie, same tylko "potworki"...).

Jest to nie tylko podły chwyt erystyczny - ale jest to także zwykły, merytoryczny błąd. NIE DA SIĘ zmusić nikogo przepisem prawnym, by kochał dzieci. Ani, by tylko zdrowe dzieci płodził. Wyrodne matki były, są i będą - najzupełniej niezależnie od tego, jakie przepisy w sprawie aborcji obowiązują. Choroby genetyczne będą się trafiać (być może częściej obecnie i w przyszłości niż dawniej...) - a powszechność badań prenatalnych i eugeniki co najwyżej może ten fakt ukryć. Ale go nie zmieni.

Prawo i sumienie to dwie rzeczywistości równoległe i nie zawsze mogą, ani też nie zawsze powinny wzajem się ze sobą stykać. Dużo ciekawszy jest zresztą spór o to, w którym kierunku pójść - czy "redukowania liczby praw" tak, aby o jak największej liczbie możliwych czynów wątpliwych decydowało tylko sumienie. Czy raczej - "redukowania liczby wyjątków" tak, aby to sumienie sędziego decydowało o ewentualnym odstąpieniu od kary w takim lub innym przypadku.

Moim zdaniem sensowne jest połączenie obu tych zasad. To znaczy - jak najmniej praw. Ale też: jak najmniej wyjątków.

Jeśli wprowadzamy do kodeksu zakaz zabójstwa - to nie musimy już osobno opisywać "zabójstwa kobiety" i "zabójstwa mężczyzny", ani też - "zabójstwa człowieka nie narodzonego". Mamy jeden czyn, jedno prawo, jedną karę - i jeden, w gruncie rzeczy, dopuszczalny wyjątek: gdy do zabójstwa dochodzi w bezpośredniej obronie dobra prawem chronionego, któremu zabity zagrażał. W każdym pozostałym przypadku decydować powinien sędzia: czy karać - i jak karać, jeśli karać...

No cóż. Panu Bogu jakoś wystarczyło raptem Dziesięć Przykazań. Co by to było, gdyby zadanie ich ułożenia powierzyć... Komisji Europejskiej..???


czwartek, 9 czerwca 2016

Jeszcze jedna różnica...

Istnieje jeszcze jedna różnica między "normalnym", "tradycyjnym" postrzeganiem ludzkiego życia, etyki, samego człowieczeństwa - a jego postrzeganiem "współczesnym".

Dawniej zakładano, że człowiek ma pewne "naturalne", "przyrodzone" obowiązki ("obowiązki stanu" w nauczaniu Kościoła...). Takie jak np. spłodzenie i wychowanie dzieci, służbę Bogu, służbę państwu. Ma te obowiązki wypełniać, a co sobie przy tym myśli - to jest, poniekąd, jego sprawa. Owszem, kultura starała się pomóc jednostce w wypełnianiu tych obowiązków i pomóc jej CZUĆ SIĘ przy tej okazji - szczęśliwą i spełnioną. Ale jeśli ktoś konkretny szczęśliwy i spełniony się nie czuł, ale obowiązki wypełniał - mówi się trudno. Na siłę przecież uszczęśliwić się nikogo nie da...


Obecnie odwrócono ten "naturalny" porządek rzeczy. Jednostka ma przede wszystkim "poszukiwać szczęścia" (termin "szukanie szczęścia", nota bene, jeszcze za czasów mojego dzieciństwa był nacechowany co najmniej wątpliwościami... co do zdrowego rozsądku "szukającego"..! A pojęcie "małżeństwo z miłości" to pół wieku temu kojarzyło się wręcz z obyczajowym skandalem...). A jak to robi i czy przy okazji pożyteczną jest społeczeństwu - mniejsza o to. Byleby się nie wychylała i nie była nadmiernie szkodliwa...

Co się dziwić, że liczba dzieci spada..? Skoro ZAKŁADA SIĘ, że te dzieci mają być "dla rodziców", mają im "szczęście dawać"..?

Tyle, że problemem nie są takie a nie inne uciążliwości lub radości z posiadania dzieci. Problemem, a właściwie szaleństwem - jest samo to założenie...