Blog główny

wtorek, 18 czerwca 2019

Parafiańszczyzna postępu


Nie bez dumy odkryłem właśnie, że nawet Wikipedia w ramach definicji słowa „ciemnogród”, cytuje przeciwstawne pojęcie „jasnogrodu” – które to ja, nie chwaląc się, w 1996 roku jako pierwszy użyłem na łamach „Gazety Kociewskiej” – co potem podchwycił Wojciech Cejrowski, nadając słówku niejaką, choć w sumie przejściową, lotność. Autora oczywiście Wikipedia nie podaje – no ale cóż zrobić: hasło siedź w kącie, znajdą cię, które z upodobaniem cytowała jeszcze moja ś.p. Babcia, niestety, jest po prostu nieprawdziwe – a czy „ciemnogrodzkie”, to inna sprawa…

najsłynniejszy portret Stanisława Kostki Potockiego - tego, który napisał "Podróż do Ciemnogrodu", opublikowaną w 1820 roku - portret autorstwa samego Davida, acz w chwili jego namalowania, przyszły nadworny malarz Robespierre'a i Bonapartego był jeszcze "dobrze się zapowiadającym młodym człowiekiem"; obraz powstał w 1781 roku i związany jest z anegdotycznym wydarzeniem z podróży równie młodego Stasia Potockiego do Włoch, gdzie - o ile dobrze pamiętam w Neapolu - pokazano mu lokalną atrakcję - ogiera tak dzikiego, że nikt nie zdołał go dosiąść. Staś, niewiele się namyślając, jak stał w galowym stroju (ze wstęgą Orderu Orła Białego na piersiach..?) wskoczył na grzbiet (acz raczej na oklep, a nie w paradne siodło przybrany, jak to chyba jednak David zmyślił...) i na miejscu dzikiego bieguna obłaskawił - taki "triumf ludzkiej woli nad nieujarzmioną naturą"; portret ideologiczny i ideowo bardzo ważny - TAK WŁAŚNIE "klasyczni liberałowie" z XVIII wieku wyobrażali sobie stosunek człowieka do natury/przyrody - trochę się zmieniło od tamtego czasu n'est pas..?


Wracam do tematu po serii krótkich (z braku czasu…) potyczek słownych na fejsie i na forach internetowych. Potyczek, w których zderzyłem się z postawą, którą najkrócej można by nazwać „parafiańszczyzną postępu”.

Pojęcie „parafiańszczyzny” do języka polskiego wprowadził Leszek hrabia Dunin – Borkowski w roku w Roku Pańskim 1843. O co chodzi, to w sumie każdy wie, nie ma potrzeby tłumaczyć – a jak ktoś nie wie, to sobie doczyta.

Na czym zatem polega „parafiańszczyzna” niejako a rebours, „parafiańszczyzna” postępowa, z ambicjami na bycie wykształconą, dobrze zarabiającą i z wielkiego miasta?

To jest w sumie bardzo proste – i w dużej mierze pokrywa się z definicją „leminga”. „Parafiańszczyzny postępowej” nabawić się można mniej – więcej tak samo jak tzw. „lemingozy”: zbyt dużo czasu spędzając w szkolnej ławie, przed ekranem telewizora lub komputera. Ewentualnie na lekturze określonych „lub czasopism”.

„Parafiańszczyzna postępu” jest przy tym dość agresywnie antyintelektualna – wypisz, wymaluj jako „parafiańszczyzna” bezprzymiotnikowa. W skrócie – jest to taka postawa, która reaguje EMOCJONALNYM odrzuceniem na INTELEKTUALNE argumenty, o ile tylko argumenty te nie zgadzają się z postępowymi, „proekologicznymi” i równościowymi oraz proeuropejskimi przekonaniami osoby dotkniętej tym schorzeniem.

W najbardziej agresywnej formie „parafiańszczyzna postępu” pojawia się u wojujących wegetarian i „obrońców praw zwierząt”. To może coś mieć wspólnego z niedoborem białka w diecie…

środa, 8 maja 2019

Coming out


Stało się! Zostałem zdemaskowany. Jestem – jak się okazuje – „seksistą”.



No i co zrobić..? W obawie przed kolejnymi demaskacjami nie pozostaje mi nic innego, jak tylko przyznać się samemu jak najszybciej do wszystkiego – to jedyna szansa na zachowanie odrobiny godności.



No więc tak: oczywiście, że jestem „seksistą”. Żona świadkiem!  Tak ją uciemiężyłem, stłamsiłem i zamknąłem pod „szklanym sufitem”, że już nic – tylko siedzi w domu przy dzieciach: pierze, gotuje, nosy i tyłki obciera, pieluchy zmienia, koszule prasuje, dywany trzepie, kwiatki podlewa, do snu kołysze, piersią karmi, budowy nadzoruje, koni pilnuje. Normalnie: przedsiębiorstwo wielobranżowe. A ja..? Wiadomo! Pan i władca. Na kanapie leżę, kapcie podane, obiadek pod nos podetknięty, palcem bez potrzeby nie kiwnę…



To oczywiście nie koniec. Wiadomo – każdy seksista jest rasistą. Tu nie mam nawet co udawać że nie. Moja stajnia świadczy przeciwko mnie: żadnej tolerancji ani otwartości na odmienności (czy odmiany…) w Boskiej Woli nie uświadczysz. Poniekąd rasizm z seksizmem idą ręka w rękę – nie dość, że wstrętna postępowi i tolerancji jednolitość i jednomaścistość panuje (a przypominam, że wg PZHK, to w ogóle WSZYSTKIE nasze konie są gniade…), to jeszcze, co tu kryć – seksistowska predylekcja do klaczy: ogiery albo sprzedane, albo wykastrowane…





Jak rasista, to na pewno antysemita. Rzecz jasna jak słońce! Nie ma nawet co rozwijać. Patrz punkt poprzedni: koni sporo – a żadnego araba! Arabowie też Semici. Jak by kto nie wiedział. Tak że, Czytelniku Drogi – jeśli sprawa postępu i tolerancji jest Ci droga – jak w dym: kupuj araba! Tym bardziej, że przecież arab to symbol oporu przeciw kaczystowskiej klice, nieprawdaż..?



O właśnie, właśnie! Przyszła pora na najgorsze. Po tym wyznaniu to się już nie pozbieram. Normalnie – zniknę. Nie będzie mnie. Czarna dziura tu zapanuje. Ale co zrobić..? Przecież tego nie ukryję..! Dalej więc! Niech to już będzie za nami…



Tak! Biorę „500+”. A przy „Mieszkaniu+” to nawet pracuję. Ba! Pracowałem też ongiś w Porcie Lotniczym Radom (tu salwa śmiechu zza ekranu – wiadomo…). Kota trzymam i w butach na płaskim obcasie chodzę (a nie na szpilkach, jak przystało na NOWOCZESNEGO mężczyznę…) tylko po to, żeby się Nadprezesowi przypodobać…




Pff…! I nie mnie…

wtorek, 5 marca 2019

Czniam NASA, czyli jeszcze o nauce, postępie i Prawdzie Absolutnej


1.       Typowym zabobonem jest mylenie tzw. „postępu technicznego” z „rozwojem nauki” (co przybiera postać zbitki pojęciowej „postęp naukowo – techniczny”). W istocie wzajemny stosunek techniki i nauki był w dziejach ludzkości bardzo różny – a, tak po prawdzie: nie było go wcale. Maszyny parowe były stosowane już od 150 lat, „wiek pary” osiągał wręcz swoje apogeum, gdy monsieur Joule sformułował pierwszą zasadę termodynamiki, a monsieur Carnot drugą (mniejsza tu o szczegóły…). Herr Benz dokładając prymitywny silnik spalinowy do bryczki też się bynajmniej żadną wyrafinowaną teorią nie kierował – wyrafinowane teorie w tej dziedzinie, od aerodynamiki, przez mechanikę wszelkiego rodzaju kolizji i wypadków, po psychologię sprzedaży samochodów, to powstają tak naprawdę od połowy wieku XX, więc znowu: po niemal 100 latach praktycznego stosowania wynalazku. O Mister Edisonie wszystko można powiedzieć – ale na pewno nie to, że był „naukowcem”… Tak więc może tak być – i jest bardzo często – że praktyczny wynalazek techniczny wyprzedza teorię, która opisuje jego działanie. Bywa odwrotnie: teoria istnieje, ale chwilowo – żadnych praktycznych zastosowań nie posiada. Oczywiście, w pewnym uogólnieniu, jedno z drugim idzie w parze. Raczej jednak na tej zasadzie, że najpierw „ciągnie” jedno, potem drugie – a w sumie dość rzadko: idą razem, ręka w rękę. Że współcześnie mniej to jest widoczne niż dawniej, to chyba efekt tego, że dla przeciętnego zjadacza chleba różnica między „teorią naukową”, a „praktyką techniczną” staje się coraz trudniejsza do uchwycenia – bo i jedno i drugie i tak przekracza możliwość pojmowania…


2.       Żeby wyobrazić sobie na czym polega zasadniczy problem z nauką i dlaczego nauka, jaką znamy jest skazana na śmierć wyobraźcie sobie kasyno. Ludzkość wchodzi do kasyna i na początek obstawia wszystkimi posiadanymi żetonami (jeden żeton to jeden „naukowiec”) tyle numerów, ile tylko może (każde pole z numerem na stole to jeden „problem badawczy”). Na początku żetonów jest mało, ale i stół do ruletki (który w naszej przypowieści zastępuje „naturę”) jest tylko jeden. W końcu pada główna wygrana – dokonywane jest przełomowe odkrycie (np. opanowanie ognia – dzięki któremu liczebność populacji Homo sapiens wybuchła z – jak się szacuje – raptem kilkudziesięciu tysięcy osobników do miliona czy nawet kilku milionów; albo – udomowienie konia, dzięki któremu maleńkie plemię używające języka praindoeuropejskiego rozprzestrzeniło się na większość Eurazji, dając początek większości tzw. „rozwiniętego świata”…). Liczba żetonów wzrasta – można obstawić więcej pól na stole i krócej czekać na kolejną wygraną. Niestety – „natura” jest podstępna: w chwili, gdy ludzkość ma już tyle żetonów, że obstawia WSZYSTKIE pola na stole (a więc wypadnięcie wygranej w kolejnym losowaniu jest pewne…) – dostawia drugi stół. Kiedy zaś wszystkie pola na dwóch stołach zostaną obstawione żetonami – „natura” znowu podwaja stawkę, dostawiając   DWA kolejne stoły. Potem cztery, osiem, itd. Liczba „problemów badawczych” rośnie w postępie geometrycznym. Liczba „żetonów”, czyli „naukowców” (abstrahując od kwestii jak ową „naukowość” definiujemy…) rośnie lub maleje w zależności od wyników kolejnych losowań na coraz to większej liczbie stołów (tudzież rozrzutności ludzkości w ich używaniu – można „naukowcami” badać fizykę atomu, a można – budować Kanał Białomorski; przymusu obstawiania bynajmniej nie ma!). Generalnie rośnie sobie, ale wydaje się, że jest tu pewna graniczna wielkość: nie każdy człowiek ma potencjał na to, aby stać się „naukowcem” (znowu: abstrahując od definicji…), na pewno zatem „wielkością graniczną” jest pewien (raczej niewielki…) procent aktualnie istniejącej populacji (ludzkość nie może mieć więcej „naukowców” niż ma… ludzi!). Istnieją ponadto inne bariery, ujawniające się jeszcze wcześniej: o ile na jednym, dwóch, czterech czy może nawet ośmiu stołach – dawało się obstawiać wszystkie numery w miarę sprawnie, o tyle – przy pewnej liczbie „stołów” (a więc „problemów badawczych”), zapanowanie nad tym, aby na każde pole postawić jeden i dokładnie jeden żeton – staje się niemożliwością. Stąd, o ile jeszcze w XIX wieku dokonywanie „odkryć” niezależnie od siebie przez np. dwóch uczonych było rzadkością (niejednokrotnie niosącą w sobie element skandalu…), o tyle już w wieku XX stało się to w zasadzie normą, a obecnie – trudno chyba o taki „problem”, którego by nie „atakowało” jednocześnie (i wcale niekoniecznie na różne sposoby…) przynajmniej kilka zespołów. Plagiaty zaś – chętnie wierzę, że najczęściej nieumyślne, bo nie ma takiego wśród żyjących, kto by był w stanie choćby tylko przekartkować spisy treści wszystkich ukazujących się jednocześnie na świecie periodyków naukowych – stały się prawdziwą plagą. Oczywiście ludzkość stara się sobie radzić – ale dopóki elementem tego „radzenia sobie” pozostanie wrażliwy na zaszczyty i sławę „element ludzki” – wychodzi to… nader różnie! A czy można (wrażliwy na zaszczyty i sławę) „element ludzki” z procesu wyeliminować..? No cóż – Mistrz Lem już 60 lat temu pisał, że jak najbardziej – można. Tylko że to właśnie będzie końcem „nauki” w takiej postaci, jaką znamy. To znaczy – jako działalności LUDZKIEJ.


3.       Kontynuując naszą przypowieść: zauważcie, że dzieje całej tej „gry w ruletkę” miały trzy etapy. Na początku ludzkość miała mniej żetonów niż było pól na stole – zatem tylko od szczęścia zależało, czy uda się zdobyć wygraną (czyli „przełomowe odkrycie”), czy nie. Potem zdobyła – dzięki serii szczęśliwych trafów – tyle żetonów, że przez pewien czas konsekwentnie obstawiała wszystkie pola na wszystkich stołach. Bardzo szybko uzyskując serię „głównych wygranych”. Niestety – konsekwencją tej „powodzi odkryć” było przede wszystkim geometryczne rozmnożenie się stołów do gry. I teraz ludzkość (od jakichś 50 lat…) znowu obstawia tylko wybrane pola. W dodatku – nic nie możemy powiedzieć na temat ekonomii owego obstawiania, bo nawet nie wiemy na pewno ILE pól obstawiamy – nikt nad tym nie panuje i już raczej zapanować nie zdoła. Co będzie dalej..? To, w gruncie rzeczy, nijak nie zależy od nas. To znaczy – prognozowanie „co będzie dalej” jest przede wszystkim wypowiadaniem hipotez dotyczących Natury, a nie ludzkości. Być może nic się nie stanie – ot: wracamy, na niejako „wyższym poziomie energetycznym” do tego, co było wcześniej (hipoteza „Nowego Średniowiecza”). A być może – wszyscy zginiemy (huuuuu…!), ponieważ przełomowe odkrycie, które byłoby niezbędne do uniknięcia czekającej nas katastrofy albo nie nastąpi (zabraknie żetonu na właściwym polu właściwego stołu – nie jesteśmy w stanie przewidzieć z góry, który to stół…), albo – nie zostanie w porę zauważone, lub zgoła – zostanie zapomniane nim przebije się do świadomości właściwych decydentów.


4.       Zauważmy marginesowo, że w rozwiązaniu powstałego problemu (za mało żetonów w stosunku do liczby pól do obstawienia) NIE POMAGA klangor całej „postępowej” strony wymierzony we wzrost liczby ludzi na świecie. Jeśli liczba potencjalnych „naukowców” jest jakoś proporcjonalna do liczby ludzi w ogóle – to zatrzymanie wzrostu, czy zgoła zmniejszenie liczebności populacji (a takie, ludobójcze pomysły szeroko rozumiana lewica otwarcie głosi…) zmniejszy także liczbę potencjalnych „pracowników nauki” – kryzys tylko pogłębiając. W rzeczy samej obecnie populacja rośnie tylko w kilkudziesięciu krajach na świecie, stanowiących ok. ¼ łącznej ich liczby – w ¾ zaś, jest albo stagnacyjna, albo się zmniejsza. Tak się (nie)przypadkowo składa, że ów wzrost obserwowany jest głównie w krajach najbiedniejszych, których wkład w „rozwój nauki” jest praktycznie żaden. Tym samym – można spokojnie założyć, że już od kilku dziesięcioleci, istotnego liczbowego wzrostu „potencjału naukowego” – nie ma. Niewątpliwe poprawiła się w tym czasie efektywność wykorzystywanych przez „naukę” systemów gromadzenia i przetwarzania informacji – pytanie, czy ten wzrost przypadkiem też nie ma jakiejś granicy? Ponadto: jeśli sztuczna inteligencja wyręczy nas nie tylko przy katalogowaniu danych, ale i przy ich interpretacji – to czy to będzie dalej „nauka” rozumiana jako rodzaj „ludzkiej działalności” – czy coś całkiem innego..?


5.       Tak, czy inaczej – nauka funkcjonująca tak, jak to się działo przez mniej – więcej 200 lat (od połowy XVIII do połowy XX wieku) i jak niektórym z nas wciąż się WYDAJE, że funkcjonuje – jest już trupem. Nie istnieje. Tylko, zapewne – większość tzw. „naukowców” jeszcze tego nie zauważyła. A ci, którzy zauważyli – niekoniecznie się do tego przyznają. Dlaczego? Dlatego, że skoro nauka (i to już od „dawna”, bo co najmniej od kilku dziesięcioleci) bynajmniej nie „bada bezstronnie wszystkiego co jest do zbadania” (a nie robi tego, bo to jest niemożliwe…), to – no cóż… traci na autorytecie..? Obraz świata serwowany przez naukę wciąż, co prawda, jest coraz dokładniejszy – ale już nie w każdej dziedzinie, tylko w niektórych (na jakiej podstawie wybranych..? Mody? Pieniędzy? Ideologii..?). Ponieważ zaś nie znamy związków między poszczególnymi „dziedzinami wiedzy” – to czy możemy w tej chwili przypuszczać, że „naukowa interpretacja świata” jest w jakimkolwiek stopniu kompletna i spójna..?


6.       Na marginesie zauważmy, że nauka ZAWSZE jedynie interpretuje świat. Przykład: hitem współczesnej astronomii są poszukiwania egzoplanet. Tych planet (już nie tylko okrążających obce słońca, ale i poruszających się swobodnie w przestrzeni międzygwiezdnej – bo i takie się odnajduje) nikt jak dotąd nie widział. Nie tylko gołym okiem ale i przy użyciu aparatury – jakiejkolwiek. Infografiki zamieszczane na Onecie to mniej lub bardziej swobodne dzieła artystów, a nie obrazy z teleskopów. Wnioskuje się o ich istnieniu, orbitach, masach i innych cechach obserwując wpływ, jaki mają na światło gwiazd. Cóż to jest innego niż „interpretacja” właśnie..? Nie każdy przypadek jest tak oczywisty – to jasne. Zasadniczo jednak – na tym to właśnie polega. Mamy pewne „dane obserwacyjne” – a teoria jest sposobem ich interpretacji. Zwykle istnieje kilka możliwych – jako „standardową” wybiera się najprostszą. Ewentualnie – zawierającą największy „potencjał prognostyczny”, w sensie największej liczby sprawdzalnych konsekwencji, dzięki którym da się ją potencjalnie sfalsyfikować. Są to kryteria formalne. Napisu „to jest prawda” ŻADNA z potencjalnie możliwych teorii nie ma na opakowaniu. W przeciwieństwie np. do Pisma Świętego…




7.       Z uwagi na powyższe katastroficzne przepowiednie odnośnie skutków tzw. „globalnego ocieplenia” to zwykła bujda na resorach. Po pierwsze – o czym chyba nawet już pisałem – samo stwierdzenie, czy się ociepla czy nie, JUŻ wymaga interpretacji danych: z samych tzw. „surowych danych”, czyli pomiarów temperatury w różnych miejscach na Ziemi – nic zgoła nie wynika. Tak więc już pierwszy wniosek: „tak, klimat na Ziemi się ociepla” – to interpretacja, a nie fakt. Po drugie – przewidywanie przyszłości (jak do tej pory nie było jeszcze takiej „przepowiedni naukowej”, która by się sprawdziła…) to jest kolejny stopień zapośredniczenia: „surowe dane” (czyli pomiary temperatury…) interpretuje się na podstawie arbitralnie przyjętego modelu (który zapewne spełnia formalne kryteria „prawdziwości”, ale naprawdę – napisu „prawda absolutna” na opakowaniu nie miał…), z którego to modelu wynikają też przewidywania odnośnie przyszłych temperatur. Które się sprawdzą – albo nie… A skutki owych „prognozowanych przyszłych temperatur” to kolejny stopień wyżej na drodze ku abstrakcji – w zasadzie, żeby przejmować się czymś takim, trzeba być albo fanatykiem scjentyzmu (a wydawało mi się, że ten gatunek wymarł już w okopach Pierwszej Wojny Światowej..???), albo zaczadziałym wyznawcą „świętej Gai”, czy jak tam się ten neopoganizm nazywa. Dla takich każdy pretekst, żeby tylko pozbyć się ludzkości zanieczyszczającej ich idola – „dziką planetę” – jest dobry, więc i tego chętnie się chwytają.

Dlatego właśnie – czniam NASA i wszystkich jej „naukowców”! Że straszą globalnym kataklizmem..? Mają po temu bardzo dobry powód: własne pensje. I ani grama racji…

czwartek, 28 lutego 2019

Rousseau wiecznie żywy...

"Postępowa" strona internetu używa, bardzo często w tej samej wypowiedzi, a nawet bywa że w jednym zdaniu, dwóch podstawowych argumentów na poparcie swoich tez. Pierwszy wyśmiewałem w poprzednim wpisie: "współczesna nauka tak twierdzi".

Nie będę się powtarzał.

Drugi, który - jak mu się bliżej przyjrzeć jest z owym "naukowym" najzupełniej SPRZECZNY, to: "ludzie zawsze tak robili i robią, tysiące lat zakazów nic tu nie zmieniło".

No cóż... W takim razie dlaczego mamy ścigać złodziei i morderców..? Ludzie od tysiącleci kradną i zabijają - widać taka jest ich natura - nikomu jeszcze nie udało się tego zmienić? Dlaczego mamy się oburzać, gdy ktoś, za przeproszeniem, puści bąka..? Albo i co gorszego..?


Gdzie sprzeczność między argumentami? "Nauka" - czymkolwiek jest i jakkolwiek by ją oceniać - to produkt ludzkiej KULTURY. Absolutnie nie wynika z czegokolwiek "naturalnego". Jest "naturalności" niemal antonimem. Więc albo - albo. Albo mamy uczyć przedszkolaki o zaletach i technikach masturbacji bo współczesna nauka to zaleca - albo dlatego, że i tak to zrobią, nie ma sensu im zakazywać, ludzie zawsze to robili.

czwartek, 31 stycznia 2019

Ważne są tylko te dni, których jeszcze nie znamy...

Zmeczony jestem. Kobiety mi zasneły - obie. Zaraz pójde w ich ślady, bo dzień był długi i pełen wrażeń. Nie bedzie zatem normalnego wpisu, tylko zarys - w punktach.

1. Wiele swego czasu pisałem o czymś, co można by nazwać "społeczną funkcją nauki". Ta funkcja, w dzisiejszym świecie odpowiada dokładnie temu, co wcześniej wypełniała magia, astrologia, szamaństwo, itp. (zresztą - bez żadnej, zdaje sie, szkody dla tych "tradycyjnych" zajeć, które mają sie przecież doskonale..!). Naukowiec w białym kitlu (lekarz ze stetoskopem...) ma autorytet absolutny - dokładnie tak jak szaman czy inny znachor 100, 200 czy 10.000 lat temu. Jeśli coś powie - to tak po prostu jest.

2. Ludzie nie byliby ludźmi, gdyby z tego nie wynikały nadużycia. Nie rozwijam tego wątku, bo jest oczywisty! Tak sie składa, że WIEKSZOŚĆ tzw. "pracowników nauki" to osoby całkowicie przecietne - zarówno pod wzgledem inteligencji, pamieci czy zdolności, jak i - kwalifikacji moralnych. Co bynajmniej nie oznacza, rzecz jasna, że istnieje jakiś "wszechświatowy spisek rządów, koncernów i naukowców"! Ale - istniejący w nauce współczesnej mechanizm weryfikacji ustaleń (z którego uczeni są, skądinąd, niezmiernie dumni...) doskonale wspiera naturalny dla człowieka konformizm w poglądach...

3. Tym, co odróżnia "przecietnego pracownika nauki" od - rzadko spotykanego - geniusza, jest świadomość naszej NIEWIEDZY. Przecietny pod wzgledem inteligencji, zdolności i kwalifikacji moralnych "pracownik nauki" jest usatysfakcjonowany tym, co wie - i jest ze swojej wiedzy bardzo dumny. Geniusz cierpi z powodu tego, czego wciąż nie wie - a, tak naprawde, to my o otaczającym nas świecie ledwo co jakie początkowe nauki lizneliśmy...

4. Tak sie, niestety, składa, że gdy odejdziemy od prostych aplikacji technicznych, wywodzących sie jeszcze z poczciwego zegarmistrzostwa (choćby nawet miały kukłe i samochód na Marsa zawieźć...), owa fundamentalna i gigantyczna NIEWIEDZA staje sie dużo, ale to naprawde dużo ważniejsza od naszej mikrej, niepewnej, przypuszczalnej, chwiejnej - wiedzy. Dotyczy to w szczególności ekonomii, nauk społecznych (a też pewnie i nauki o klimacie...), wszelkich nauk o istotach żywych - itp.

5. Co, w konsekwencji prowadzi do naprawde irytujących przejawów pychy i zarozumialstwa u przecietnych - zarówno pod wzgledem inteligencji i zdolności, jak i kwalifikacji moralnych - "pracowników nauki". A już ich klakierzy, z błyskiem w oku powtarzający najbardziej oczywiste absurdy (np.: jest zimniej - bo jest cieplej...) są tak żałośni, że można ich wyłącznie ignorować. No i to przezabawne zdumienie, gdy koniec końców ludzie przestają sie dawać robić w jajo..?


wtorek, 29 stycznia 2019

Ślimak i Grzyb - czyli: skąd sie bierze bogactwo?

Właśnie skończyliśmy czytać sobie na głos "Placówke". Kosztowało nas to blache ciasteczek, które sie spaliły, bośmy o nich - czytając - zapomnieli. Bardzo drogich ciasteczek: jesteśmy tuż przed wypłatą, w portfelach ani grosza, na kontach debety - i to była ostatnia słodycz, na jaką liczyliśmy; żadnych nowych do wypłaty nie upieczemy, bo sie mleko i cukier skończył.

Prawde powiedziawszy, Ślimak był irytujący już i przed ciasteczkami. Najlepsza z Żon stwierdziła, że takiego chłopa to by kołem z płota tłukła, aż by sie z niego dusza wytrzesła: taki jest, przez swoją rozlazłość i brak pomyślunku irytujący.

Faktem jest, że Prus odbiegł co nieco od kanonów realizmu, nadziewając opowieść od czasu do czasu symbolami: a to kulig, komentowany przez Maćka Owczarza - z "Wesela", a nie z powieści naturalistycznej wziety. A to ksiądz proboszcz (akurat przy ksiedza proboszcza walce dusznej - zielone oczy pani Teofili czy Ślimak nad trupem żony..? - nasze ciasteczka uległy zwegleniu...), jak deus ex machina  dorabiający do całej historii szcześliwe zakończenie. Nie to, żebym o to wykroczenia przeciw kanonom gatunku i gustom epoki miał do Prusa pretensje - zwracam tylko uwage, bo przywykło sie polskich pisarzy postoponować jako wtórnych wobec Zachodu i nic od siebie nie wnoszących, a tu prosze...

Mnie najbardziej uderzyły dwie rzeczy. Na wstepie Ślimak sie martwi, że po całym roku pracy zostało mu na czysto tylko piećdziesiąt rubli (Prus nie wyjaśnia, czy chodzi o 50 rubli srebrem, czy o 50 rubli "asygnatami" - wartymi ok. 0,3 rubla srebrem każdy; rubel srebrny to niespełna 21 gram srebra z domieszką miedzi - w zależności zatem od tego, o jakie ruble chodzi, Ślimak "na czysto" miał z gospodarstwa i dochodów z pracy albo ok. 1.000 PLN, albo ok. 300 PLN na rok; jest to przelicznik nader szacunkowy, jak by uwzglednic tzw. "Purchasing Power Parity", to by było znacznie wiecej, może nawet - kilka razy wiecej..: ale nie mam danych, aby to robić, a ich szukanie zajełoby mi reszte dnia...).

Nigdy mi sie jeszcze nie zdarzyło, żeby po roku z gospodarstwa zostało "na czysto" bodaj 10 rubli. Zawsze był deficyt! Mniejszy, wiekszy - ale zawsze był.


Na końcu sołtys Grochowski sprowadza do spalonej zagrody Ślimaka Jaśka Grzyba, złapanego na kradzieży koni - a stary Grzyb tak wszystkim kreci dookoła, taki biznesy, wymiany i mariaże montuje, że nie płaci za uwolnienie syna ani grosza: Ślimak, w zamian za reke siostry starego Grzyba (i 15 morgów gruntu, ktore wnosi w posagu...) spłaca Grochowskiego i Josela i rezygnuje z 80 rubli za własne konie, skradzione (i pewnie sprzedane) przez Jaśka wcześniej. Nie wiadomo: podziwiać spryt starego Grzyba - czy odczuwać zażenowanie z powodu jego skąpstwa..?



Najlepsza z Żon twierdzi, że wielkie pieniadze biorą sie właśnie ze skąpstwa w drobnych sprawach. Bogaci ludzie nie dlatego są bogaci, że szastają pieniedzmi dookoła kupując drogo - tylko właśnie dlatego, że skąpią, targują sie o każdą złotówke i nigdy nie płacą za coś, co mogą mieć darmo.

Co od lat usiłujemy bezskutecznie wytłumaczyć naszemu serdecznemu druhowi Radkowi, który wyobraża sobie, że (bogatym) właścicielom stajni gdzieś pod Warszawą to siano (które fakt, dobre ma!) można sprzedawać... drogo.

poniedziałek, 19 listopada 2018

Dziadostwo...

Do legendy w świecie wyścigowym przeszła podróż ogiera Jape z Krasnego do Golejewka. Było to w czasach przedautostradowych – ale, koniec końców, dało się i wtedy przejechać w ciągu jednego dnia:


Tymczasem epopeja tego popularnego i urodziwego amanta trwała – podobno – aż dwa miesiące: niewiele pozostało na trasie stadninek, stadek, szkółek jeździeckich oraz zwykłych gospodarstw z najzwyklejszymi „Grubymi Kaśkami”, których by nie odwiedził. U celu podróży ogier był chudy, spokojny do przesady i absolutnie nie zainteresowany wdziękami golejewskich klaczy…

Nawet, jeśli to tylko legenda (nie było mnie przy tym, miodu i wina nie piłem, po brodzie mi nie ciekło…) – to pokazuje pewną ważną prawdę o naszym koniarskim środowisku. Prawda o naszym koniarskim środowisku jest mianowicie taka, że cwaniak cwaniaka cwaniakiem pogania.

Jasne! Środowisko wciąż cierpi na rozpaczliwy brak gotówki. To i nie dziwota, że najmarniejszy i najbardziej niegodziwy zarobek – łatwo znajduje chętnego amatora.

Ba! 30 lat temu zaczęliśmy praktycznie od zera. Wszyscy. Siłą rzeczy – taplając się po szyję w długach, prowizorkach, stajenkach z dykty i szarej taśmy, fuchach, niewiadomego pochodzenia koniach, kulawych na wszystkie cztery nogi, a nierzadko wprost – w nieczystościach.

Problem polega na tym, że niektórym najwyraźniej w tych nieczystościach wciąż jest ciepło, miło i przyjemnie…

Byłem przy tym – choć dziwnym trafem, akurat nic do picia nie było – gdy handlarz z Wieliszewa, obrzydliwy spaślak, jako żywo przypominający Jabę z „Gwiezdnych Wojen”, oferował dwie klaczki w typie pogrubianym (tyle że bułane, z pięknymi, konopnymi grzywami i ogonami…), jako… „konie achałtekińskie”. I jeszcze w twarz mi się zarzekał, że on przecież wie lepiej ode mnie – za milion euro koni do Reichu sprzedał, to jak może nie wiedzieć..???

Wypisałem się z grupy „Konie Kupię Sprzedam” na Twarzoksiążce. Podobnie jak dałem sobie spokój z ogłoszeniami na Olx. Oba te miejsca zdominowane są bowiem przez taki właśnie typ ludzi. Oraz przez ich klientów – dumnych z tego, że „dobrego konia za dwa tysiące kupili” i zarzekających się, że „miliona monet za konia nie dadzą”.

Przy czym – to już często nie są ludzie aż tak bardzo biedni. Samochodu za 2 tysiące zeta – raczej by nie kupili. Nawet przypuszczam, że dość często gotowi są auta kupować nie w komisie, tylko w salonie – choć jest to ekonomiczny absurd.

Ale konia? O nie! Za konia „miliona monet nie dadzą”! Bo „dobre konie to i za dwa tysiące da się kupić”…

Pewnie że się da..!

Tyle tylko, że jest to zuchwała kradzież – i żerowanie na cudzym nieszczęściu.

Samo tylko utrzymanie konia nie ma prawa kosztować mniej niż 3 – 4 tysiące rocznie. Kto twierdzi, że jest inaczej – bezczelnie konfabuluje. Nawet koń chodzący po łące – generuje koszty. Chyba, że ta „łąka” to nigdy nie nawożony i nie koszony ugór..? A przecież – nie da się w ten sposób utrzymać konia cały rok. Nie w Polsce. Na zimę trzeba zapewnić bodaj miotły albo strzechy do obgryzania, jak już skąpimy na sianie czy paszy treściwej. Gdzie odrobaczanie, szczepienie, rozczyszczanie kopyt..? A gdzie godziwy zarobek hodowcy, gdzie wynagrodzenie ewentualnego ujeżdżacza (jeśli ten koń ma nie być surowym odsadkiem, ludzką ręką nie dotykanym)?

Jeśli więc ktoś nawet zgadza się sprzedać konia za tak poniżającą jałmużnę – to robi tak tylko z dwóch powodów. Albo ten koń jest tzw. „destruktem”, tzn. ma wady uniemożliwiającego jego normalne użytkowanie (a – z jakichś przyczyn – nie jest możliwe oddanie go na rzeź, co POWINNO w tej sytuacji nastąpić), albo też – hodowcę przycisnęła bieda i sprzedaje nawet ze stratą, żeby tylko mieć w ogóle jakąś gotówkę.

Na marginesie zauważmy, że problem powyższy w ogóle nie dotyczy koni „grubych”. Właśnie dlatego, że tam egzemplarz – z dowolnych powodów – nie nadający się lub nie przeznaczony do dalszej hodowli – ma łatwy zbyt. I nie ma mowy, żeby ktokolwiek sprzedał lub kupił konia poniżej ceny jego mięsa.

Natomiast wśród koni ras „szlachetnych” – patologia goni patologię. Ludzie kupują konie za psie grosze – za czym, konsekwentnie, skąpią pieniędzy na ich utrzymanie i leczenie (ale już – o logiko..! – nie na dereczki, koreczki, czapraczki, czy durne „szkolenia”, albo „kliniki”: które też, równie konsekwentnie – kosztują grubą kasę…), a jak się „zużyją” – bez żalu i bez wyrzutów sumienia, odsyłają „na łąki”, najchętniej – za darmo. No bo przecież konik nic nie kosztuje, prawda..?

A czego się spodziewać..? Ostatecznie, gdyby ktoś kupił rzęcha za dwa tysiące zeta – to przecież nie będzie potem płacił za jego remont, tylko – jak mu się popsuje – odkręci tablice i zepchnie do rowu…

Poniekąd, patologia ta jest skutkiem pewnej fundamentalnej słabości, jaką jest praktyczny brak rynku tzw. „koni użytkowych”. Do hodowli nadaje się góra 15% każdego rocznika. Najczęściej – mniej. Co robić z resztą?

Kiedyś takie konie kupowało wojsko, kupowali je ludzie używający je do codziennej pracy (jeszcze w latach 70-tych zeszłego wieku brygadzistom w sowieckich kołchozach przysługiwał służbowy koń…). Obecnie o tyle nie ma co z nimi zrobić, że brak jest jasnego rozgraniczenia funkcji. Jak ktoś ma klaczkę w tatersalu – obojętnie jak bardzo byłaby marna – to „przy okazji”, „na własne potrzeby” – pokryje. I bidy się mnożą. Zwiększając podaż marnych koni ponad wszelką miarę – i ponad wszelkie potrzeby. Które wielkie nie są…

Zakazać takiej praktyki..? Kusząca opcja. Niestety – sterylizacja klaczy (a to byłby jedyny pewny sposób zapewnienia przestrzegania takich ograniczeń, na dobrą wolę właścicieli – nie ma co liczyć…) do zabiegów prostych, łatwych i tanich nie należy – w przeciwieństwie do psów i kotów (a i tego nie da się dobrowolnie doprosić… zawsze znajdą się tacy, którym i pięćdziesięciu złotych na prosty i bezpieczny zabieg – szkoda..!).

Co pozostaje..? No cóż – pozostaje dawać upust zarówno bezsilnej frustracji, jak i moralnemu oburzeniu – nie przejmując się miłością własną szmaciarzy, którzy tak postępują. Co czynię w miarę sił i możliwości – od czasu do czasu. Powinniśmy czynić świat dookoła nas piękniejszym - a nie brzydszym. I tyle na dziś...