Blog główny

piątek, 17 marca 2017

Battle for the Life and Beauty of the Earth

W podtytule: A Struggle Between Two World - Systems


Trojga autorów, z Christopherem Alexandrem na czele.

Przeczytałem - w 1/3, ale chyba spróbuję skądś ściągnąć wersję w pdf i dokończyć - niemalże służbowo. Co prawda, nie mam akurat nic wspólnego z projektowaniem, ale jesteśmy wciąż na tyle małym zespołem, że i ja, mały żuczek, załapałem się na kolektywną czytankę z okazji przyjazdu głównego autora do Polski.

Przeczytałem - i dzielę się z Państwem wrażeniami: czuję się do tego przymuszony skalą wątpliwości, jakie wzbudziła we mnie ta lektura...

Autor jest bez wątpienia (bo sam się do tego przyznaje...) entuzjastą i kontynuatorem rewolucji 1968 roku i przez dobrych kilka rozdziałów nie robi nic innego poza psioczeniem na "pieniądze", "wielki kapitał" i "system B" - zadziwiająco wręcz podobny w objawach i działaniu do Marksowskiej "alienacji". Z koncepcją iż na ten przykład sztuka prehistoryczna wypływała bezpośrednio z wnętrza człowieka, z jego uczuć - a potem nastąpił i w naszych czasach kulminuje proces swoistej "eksternalizacji", w wyniku którego twórcza działalność człowieka (w tym zwłaszcza architektura, której rzecz dotyczy...) staje się konwencjonalna - też nie potrafię się zgodzić.

Sam autor zauważa, że rozpad tzw. "wielkiej rodziny" ma dwie strony: z jednej strony - ludzie stali się samotni. Ale z drugiej strony, jak ktoś nie potrafi żyć w zgodzie z teściową, to nie musi! Logiczny stąd wniosek, że w dawnych, niewątpliwie lepszych (z czym się przecież zgadzam!) czasach, kiedy utrzymanie pokojowych, a nawet przyjaznych stosunków z teściową było sprawą życia i śmierci - ludzie bynajmniej nie mieli wolności wyrażania swoich uczuć! Ba! Ci z Państwa, którzy czytając moje teksty widzą coś więcej niż tylko proste skandalizowanie mogli już dostrzec, że wolności, a w szczególności wolności do swobodnej ekspresji samego siebie jakoś, w przeciwieństwie do entuzjastów i kontynuatorów rewolucji 1968 roku specjalnie nie poważam.

Wręcz, skłonny byłbym uważać, że spora część, jak nie większość owych - niewątpliwie przecież realnych i istniejących - problemów w naszym współczesnym życiu wynika z przeceniania a nie z niedoceniania wolności jednostki. Koniec końców, czy przemysł, w tym "przemysł budowlany" z takim uporem wytwarzałby pozbawione indywidualności i charakteru (czyli - wg autora - "ducha", czy też "całościowości", "pełni") przedmioty, w tym domy i mieszkania - gdyby jednostki, korzystając ze swojej wolności, owych przedmiotów (w tym domów i mieszkań) nie kupowały..?

Jasne - reklama, moda, lobbying... To wszystko w rzeczywistości istnieje. A pieniądze mają to do siebie że jak woda - płyną tam, gdzie czują najmniejszy opór, a jak płynąć nie mogą, to sobie żłobią wąwozy i przełomy.

Gdyby zawartość książki ograniczała się tylko do tego rodzaju komunałów - wzruszyłbym ramionami i oddał ją następnemu koledze, co najwyżej z ironicznym komentarzem.

Ale tak nie jest.

Wręcz - poczułem (po owych 1/3 objętości, którą zdążyłem przeczytać w pociągu - resztę tylko przekartkowałem...) pewien niepokój natury moralnej.

Książka, generalnie, poświęcona jest opisowi praktycznego zastosowania pewnej teorii tłumaczącej strukturę ludzkiej twórczości - teorii "systemu A", więc - wedle autora - "naturalnego", "spontanicznego" sposobu organizowania przestrzeni, ludzkiego życia, wspólnoty. 

No i tak się składa, że jak czytam opis owego "systemu A" to brzmi on... nader znajomo!

Bo tak się składa, że - w dużej mierze przypadkowo - zupełnie podobnie podeszliśmy z Najlepszą z Żon do projektowania i budowy naszego domu w Boskiej Woli.

Od samego początku zależało nam na tym, aby nasz dom wpisywał się w kontekst - zarówno przyrodniczy (ukształtowanie terenu: trzeba przy tym pamiętać, że krajobraz Boskiej Woli jest w dużym stopniu przekształcony przez człowieka, antropogeniczny, m.in. doły, nad którymi nasz dom powstaje, nie natura wyrzeźbiła, tylko Boskowolanie poszukujący piasku... - oraz roślinność i zwierzęta), jak i kulturowy (i to był jeden z dwóch powodów, dla których zależało nam na domu z drewna!). Chcieliśmy także, aby nasz dom był przyjazny i naturalny, "na ludzką miarę" (to przesądziło już ostatecznie o wyborze materiału...).

Bardzo nam zależy na estetycznym wrażeniu jednak, za wszelką cenę pragniemy uniknąć ostentacji - i stąd, stale i niezmiennie, ze wszystkich projektów, które mi architekci podsuwają wycinam bez miłosierdzia kolumienki przed głównym wejściem: nie to, żebym coś miał przeciw estetyce soplicowego dworku, ale na Boga! Znajcie miarę! Jak bym tak miał ze 100 hektarów przynajmniej - to co innego, wtedy dworek byłby i słusznej miary i wpisywałby się w kontekst, ale przy - z górką - 15..? Nie pasuje.

Ponieważ chcieliśmy dom z drewna, w pierwszym podejściu wpadliśmy na pomysł przestawienia typowej, radomskiej chaty - przy pewnym jej powiększeniu zarówno "wzdłuż", jak "wzwyż".

Straciliśmy w efekcie bez mała rok czasu i parę wiader potu (całej rodziny!) - po czym, okazało się, że nie będzie to takie proste: po pierwsze - nie jesteśmy w stanie zmobilizować takiej siły roboczej, która w istocie miałaby szanse na szybkie i skuteczne wykonanie tego planu (tak naprawdę to miejscowi cieśle robili co mogli, aby nas od pomysłu JAKIEGOKOLWIEK wykorzystania JAKICHKOLWIEK elementów owej rozbieranej chaty odwieść - mimo, że znamy przynajmniej kilka przykładów mniej lub bardziej udanego "przestawienia starej chaty" w najbliższej okolicy, to owym cieślom, jak się okazało, brakuje doświadczenia w takiej pracy i odnoszą się do niej z wielką niechęcią: zdają się uważać ten rozdział swojej zawodowej kariery za ostatecznie zamknięty, od dobrych 10 lat parając się już na ogół tylko montowaniem konstrukcji dachów lub wiat - bo z drewna NIKT w okolicy już nie buduje...).

Po drugie: koncepcja efektywnego "podniesienia wzwyż" wymagała ściany kolankowej o wysokości przekraczającej możliwości typowej "konstrukcji z bala drewnianego". Koniec i kropka...

Gdybyśmy nie byli na początku tak zdecydowani w kwestii wyboru materiału, albo gdybyśmy wykazali się mniejszą wytrwałością i dali się przekonać "starszym i mądrzejszym", to dom z pustaka pewnie by już u nas stał. Może bez ocieplenia i na pewno wciąż nie miałby wykończonego wnętrza, ale by stał.

Tymczasem stoi tylko szkielet (zdjęcia, które robiłem telefonem wyjeżdżając dziś do pracy są marne, musiałem telefon krzywo trzymać, wymienię je na lepsze, jak będę miał po temu okazję):



Taka konstrukcja jest - w okolicy Boskiej Woli - najzupełniej wbrew naszym pierwotnym założeniom nowatorska. Bardziej przypomina konstrukcję "domu przysłupowego" (typową np. dla Dolnego Śląska...), niż "domu z bala".

Tym niemniej - czego po zdjęciach jakoś nie widać - stojąc przed frontem naszego domu czujemy radość - zaś jego proporcje wydają się nam wyrażać wielki spokój.

Nie było tego widać także na rysunkach, które nam przygotowała nasza (młoda, niedoświadczona, niezorganizowana - i tak można by długo...: grunt, że tania..!) architekt: prawdę powiedziawszy, na jej rysunkach, nasz dom wyglądał ohydnie! Był toporny, o niezgrabnych proporcjach, ciężki.

Dlatego - konsekwentnie - ani razu takiego rysunku nie pokazałem naszym cieślom!

W efekcie dom powstawał tak, jak to zaleca Mr Alexander - w wyniku ciągłych adaptacji, w ramach nieustannej i dwukierunkowej współpracy między klientem a wykonawcą (w czym niebagatelny udział miał prosty fakt, iż byłem zarówno jednym, jak i drugim - po części: nie ma takiego fragmentu domu, jak na razie, który by powstał bez mojego fizycznego udziału...).

Ponieważ zbyt wysoka ściana kolankowa groziła "rozejściem się" konstrukcji pod ciężarem dachu, wymyśliłem - metodą kolejnych przybliżeń, bo nie tak od razu - dwie z każdego dłuższego boku mansardy, których główną, zasadniczą funkcją wcale nie jest doświetlanie poddasza (co, oczywiście, też będą robić, mam nadzieję...), ani ozdabianie dachu (choć nadają mu dużo bardziej zalotny charakter...) tylko: możliwość spięcia ze sobą przeciwległych ścian na wysokości poddasza. O tym, jak bardzo ten pomysł był potrzebny mogliśmy się przekonać w miniony weekend, docinając belki na jętki: pan Jan, cieśla, trzy razy wspinał się na samą górę mierząc konieczną rozpiętość - i, co mnie nie zdziwiło, okazało się, że już teraz dom zdołał się "rozejść" środkiem na kilka centymetrów: jętki w środku dachu musiały być dłuższe, niż te na obu szczytach..!

Szerokość mansard (w gwarze miejscowej zwanych "lukarnami") wynikła - po paru tygodniach namysłu i dyskusji - z szerokości okien, jakie w kilku miejscach musimy zmieścić na parterze pomiędzy tworzącymi je słupami. Ich rozstaw - z szerokości planowanych drzwi tarasowych od strony ogrodu. Kąt nachylenia dachu jest narzucony przez miejscowy plan zagospodarowania przestrzennego.

Teraz czeka nas wypełnienie przestrzeni między słupami. Będzie z tym krzyż Pański, to już widać: z jednej strony, miejscowi cieśle, tkwiąc mentalnie w schemacie "domu z bala" nie potrafią nam uwierzyć, że wypełnienie to nie ma już konstrukcyjnego znaczenia i poza własnym ciężarem, niczego zgoła dźwigać nie będzie. Z drugiej strony, ze względu na estetykę i charakter domu, nie chcielibyśmy iść na łatwiznę - i ciąć zmagazynowanych pod plandeką tuż przy domu bali na opał (na stodołę są niepotrzebne, a na "oborę" - jak nam cieśle proponowali - w oczywisty sposób się nie nadają..!), zastępując je jakimiś płytami wiórowymi, czy czymś równie brzydko industrialnym.

Nie mówiąc już o tym, że marzy się nam niewyobrażalna wręcz liczba okien w kuchni (jest od południa...) - i to niekoniecznie plastikowych.

JEŚLI uda się nam przeprowadzić choć część z tego, co planujemy, to nasz dom powinien pozostać wciąż otwartym na nowe adaptacje, także i w przyszłości. W ogóle, chcemy, żeby rósł razem z naszą rodziną (w zależności od tego, jak nam Pan Bóg w tym wzroście pobłogosławi...). Stąd - na wzór stylu Świdermajer - przewidziałem dobudowanie w przyszłości szerokich tarasów (które, z czasem, mogą zostać zabudowane).

Takie są nasze plany i nasze marzenia. Uważamy je za naturalne, bardzo się nimi cieszymy.

Że doszliśmy do nich sami, ani wiedząc o panu Alexandrze i o tym, że on - podobnym idąc tokiem myślenia - stworzył z tego aż tak "holistyczną" (a nawet, co nieco bombastyczną...) teorię - to tylko kolejny powód do radości.

To gdzie dylemat natury moralnej..?

Dylemat natury moralnej jest taki: prywatnie buduję w "systemie A" - i daje mi to bardzo dużo radości.

Służbowo... no cóż... Obawiam się, że celem naszego działania jest coś zgoła przeciwnego..! Będę bardzo zdziwiony, jeśli pan Alexander przyjmie propozycję współpracy z nami. My przecież niczego tak bardzo nie chcemy, jak jeszcze większego niż to jest obecnie oderwania mieszkańców od ich domów (kupując u deweloperów stają się właścicielami, u nas mają jednak - głównie - tylko wynajmować.... i jest to - naszym zdaniem - jedna z ważniejszych zalet tego rozwiązania..!).  Udział "klienta" w projektowaniu..? Ale kto tu jest "klientem"..? Najemca..? Przecież go nawet jeszcze nie znamy..! Partner, który dostarcza nam działkę..? On w takim mieszkaniu mieszkał nie będzie... Wygląda na to, że służbowo - dążę do wzmocnienia złowrogiego "systemu B"..!

Jak to pogodzić..?

czwartek, 16 marca 2017

I kto tu jest agresywny..?

Najlepsza z Żon stwierdziła rano, że musiałem mieć koszmar: wykonywałem we śnie gwałtowne ruchy i wydawałem dźwięki podobne do warkotu dzikiego kota. Nic nie pamiętam, ale najwyraźniej śniły mi się ostatnie "dyskusje" na fejsie..!


Jedna uwaga na marginesie: ja NAPRAWDĘ nie mam czasu! I mam kupę innych, dużo ważniejszych i pilniejszych zajęć niż prostowanie komukolwiek pokrzywionego światopoglądu. Robię to zatem mimochodem, w pośpiechu i - z tego powodu - zapewne nieco nazbyt lakonicznie. A już kompletnie nie mam czasu na żaden "savoir vivre"..! Że robię to w ogóle, a nie milczę sobie, to poniekąd dla mnie samego zagadka: widać inaczej nie potrafię...

Skądinąd, biorąc pod uwagę rzeczoną lakoniczność moich wystąpień, podziwu godny jest doprawdy upór niektórych z Państwa w prostowaniu, protestowaniu, nie zgadzaniu się, a nawet, okazjonalnie - nawracaniu. Jak pisałem już a propos tekstu o rzekomym "globalnym ociepleniu" - ktoś, komu chodzi tylko o prawdę i o nic więcej, wzruszyłby ramionami: "globalne ocieplenie" albo jest, albo go nie ma i albo będzie miało katastrofalne skutki, albo nie - ale żadna z tych opcji NIE zależy od mojej o nim opinii. W najmniejszym stopniu!

Podobnie z inteligencją kobiet. Albo "efekt Flynna" już doprowadził do wyrównania wyników testów mężczyzn i kobiet w tzw. "świecie rozwiniętym" (a tylko Niemcy i Żydzi dla powodów, których nie rozumiemy - ale to nic dziwnego, skoro my  W NAJMNIEJSZYM NAWET STOPNIU nie rozumiemy, co takiego właściwie w ogóle mierzą "testy na inteligencję"! - czemuś się do tego ogólnego trendu nie dopasowują i u nich różnica wciąż pozostaje, statystycznie zresztą NIEISTOTNA, bo co to jest 4 - 5 punktów, gdy "przedział normalności", w obrębie którego mieści się gros populacji, rozciąga się na skali na punktów z górką 30..?), albo nie doprowadził. Czy ktokolwiek z nas ma na to wpływ? Ja mam wpływ..? Pan Janusz Korwin - Mikke ma wpływ..? Ludzie..!

Trochę może inaczej jest, jak chodzi o antykoncepcję czy aborcję - bo tu spór w małym stopniu tyczy się stanu faktycznego (Państwo P.T. Miłośnicy Postępu tak naprawdę nie macie żadnego argumentu przeciw najprostszemu możliwemu założeniu: że człowiek "zaczyna się" w chwili połączenia komórki jajowej z plemnikiem - właśnie dlatego, że jest to rozwiązanie NAJPROSTSZE, a każde inne nieuchronnie prowadzi, wcześniej czy później, do logicznej sprzeczności...), a bardziej - postulatów natury moralnej i prawnej. Tu, faktycznie, można z sensem kłócić się z każdym i zawsze, bo taka już natura tego rodzaju sporów, że od "stanu faktycznego" w małym stopniu zależą.

Zauważmy jednak, że i w tej sprawie Państwa, P.T. Miłośników Postępu zapał jest iście... "inkwizycyjny"..! Na co ostatnio poskarżył się publicznie nawet łagodny i kulturalny minister Gowin.

Kiedyś, dawno dawno temu, chyba jeszcze na "blogu głównym" (ale doprawdy - nie mam czasu tego teraz szukać...) wyjaśniałem, co Was tak napędza. Otóż, w wielkim skrócie, bardzo wiele zwyczajów i instytucji naszego codziennego życia służy tak naprawdę poprawie dobrego samopoczucia poprzez ZAMASKOWANIE RZECZYWISTOŚCI. I ma to bardzo wiele wspólnego z przewagą "wrażliwości estetycznej" nad "wrażliwością moralną".

Tłumy ludzi (i już - niestety - nie tylko egzaltowanych nastolatek...) dały się wydoić kilku cwaniakom z różnych "fundacji pro-zwierzęcych" które, jak zauważył nawet PZHK (ho, ho! A to nie taka znowu spostrzegawcza organizacja...) na ostatnich "Wstępach" w Skaryszewie wykupiły od 100 do 150 zdrowych, w doskonałej kondycji koni - za przeciętnie dwukrotność ich ceny rynkowej. Teraz ci sami cwaniacy doją dalej owych naiwniaków, urządzając zbiórki "na utrzymanie koników" - przy czym (przecież wiem, co piszę, sam prowadziłem pensjonat dla koni..!) znowu ceny, jakie podają, są - średnio - zawyżone dwukrotnie. Naiwniacy nie tylko dają się doić, ale jeszcze - co psychologicznie jest w pełni zrozumiałe - z ogromną agresją reagują na każdą próbę otwarcia im oczu.

Czemu tu się dziwić? Im więcej wpłacają, tym lepiej się czują. A nawet - tym LEPSI się czują! Kto nie chciałby poczuć się "lepszym"..? Przynajmniej - raz na jakiś czas..? A tu przychodzi jakiś "psuj" i psuje zabawę pisząc im o jakiejś - nikomu do niczego nie potrzebnej - "prawdzie". To huzia na Juzia..!

Tak samo Państwo, P.T. Miłośnicy Postępu po prostu nie możecie znieść, gdy Najlepsza z Żon czasem coś wklei o "pigułce dzień po", albo gdy jakaś Amerykanka ŚMIE występować przeciw aborcji - i to jeszcze - bezczelność! - na Uniwersytecie. Który przecież, powinien być "awangardą postępu", a nie "ogonem zacofania" - prawda..?

To samo Was kłuje w oczy, co owych naiwniaków, dających się doić psychopatce Szyłogalis i jej cwanym koleżkom. Samo tylko mówienie o tym, do czego może doprowadzić zastosowanie - w nieodpowiednim momencie - "pigułki dzień po" burzy Wasze dobre samopoczucie. Będziecie więc tupać nogami, wrzeszczeć, pod siebie narobicie ze złości - a nie dacie sobie oczu otworzyć! Czy raczej - jak u Gombrowicza - nie dacie się "zgwałcić przez oczy".

Rozumiem Was.

Ale to, że Was rozumiem, to jeszcze nie znaczy, że dam Wam spokój...

poniedziałek, 13 marca 2017

Czy kobiety są głupie..?

Jak zauważył kiedyś ktoś bardzo inteligentny (prawie na pewno, był to jakiś Francuz - piszący Francuzi są inteligentni niejako z zasady...): Mało kto jest w pełni zadowolony ze swojej urody - ale jeszcze mniej można znaleźć takich, którzy nie byliby zadowoleni ze swojego umysłu.

Nie ma zatem niczego dziwnego w tym, że podważanie czyichkolwiek zdolności umysłowych wzbudza silne emocje. Kobiety mogły poczuć się urażone wypowiedziami pana Janusza Korwin - Mikke:


Pytanie tylko - w którym niby miejscu pan Janusz NIE powiedział prawdy..?*

Czy kobiet nie są - ŚREDNIO - niższe i słabsze od mężczyzn..? Są. Nie potrzeba nawet jakichś szczególnych badań na ten temat. To przecież widać gołym okiem!

Czy kobiety nie są - ŚREDNIO - mniej inteligentne od mężczyzn..? No cóż - odkąd wymyślono test na inteligencję, kobiety ŚREDNIO rozwiązują go z wynikiem o około 4 - 5 punktów gorszym od mężczyzn. To się zmienia w czasie - tym niemniej relatywizowanie tego efektu prostym stwierdzeniem a bo ja znalazłam badania, wedle których to kobiety są inteligentniejsze - jest niepoważne.

Różnice w rozkładzie inteligencji mierzonej przez testy nie dotyczą zresztą wyłącznie płci! Polacy rozwiązują testy z wynikami o ok. 4 - 5 punktów gorszymi od Niemców. Niemcy ŚREDNIO rozwiązują testy gorzej od Japończyków.** Czy mamy z tego powodu wpadać w jakieś kompleksy niższości względem zachodnich, czy dalekowschodnich sąsiadów..? Albo patrzeć z góry na mieszkańców Afryki, których wyniki bardzo, ale to bardzo odstają od przeciętnej dla innych kontynentów..?

Żadną miarą! Po pierwsze - śmieszy mnie traktowanie tej sprawy z taką śmiertelną powagą. W ogóle - śmieszy mnie traktowanie ze śmiertelną powagą wielu tak zwanych "ustaleń naukowych"! Tu się zapewne RÓWNIEŻ w żaden sposób nie dogadamy: wielu z Państwa traktuje biały kitel lekarza lub "uczonego" z taką samą atencją, jak ja ornat księdza, a członek plemienia łowców - zbieraczy z Pustyni Namib swojego szamana. Uważacie się przy tym za nieskończenie wręcz mądrzejszych i "bardziej racjonalnych" nie tylko od członków plemienia łowców - zbieraczy z Pustyni Namib, ale i ode mnie. No cóż: Bóg z wami! Szkoda, że nie potraficie spojrzeć na samych siebie z zewnątrz. Bardzo by Was ten widok uradował - bo jesteście, doprawdy, pocieszni..!

Po drugie - czy my aby w ogóle wiemy, co tak naprawdę mierzą "testy na inteligencję"..?

Czy o kimś, kto gorzej rozwiązał "test na inteligencję" możemy powiedzieć - ot tak, niczym innym się nie kierując - że jest "głupszy"..?

Historia opowiada nam o bardzo wielu ludziach, którzy wykazali się ogromną inteligencją - a mimo to byli bardzo nieszczęśliwi, a wszystkie ich wysiłki doprowadziły ich tylko do zagłady. Jak zwykł mawiać nasz przyjaciel Grześ: żal mi sprytnych - oni muszą sami o siebie zadbać; bo o nas, prostaczków, Pan Bóg się troszczy..!

PRZYWYKLIŚMY traktować "inteligencję" jako synonim "mądrości". Tak samo jak PRZYWYKLIŚMY uważać "karierę", "wysokie zarobki", "zawodową samorealizację", itp. - za ABSOLUTNIE NIEZBĘDNE do szczęścia. I stąd kobieta, która nie robi "kariery", nie "realizuje się zawodowo" i jeszcze - o zgrozo! - jest materialnie zależna od męża, w oczach pań postępowych budzi zgorszenie.

U pań Dulskich zawsze budziło zgorszenie postępowanie sprzeczne z aktualnie panującymi przesądami...
------------------------------------------------------------------
* Osobnym zupełnie pytaniem jest: PO CO WŁAŚCIWIE pan Janusz powiedział to, co powiedział? Znając go osobiście skłonny jestem mniemać, że - jak zwykle - palnął bez głębszego zastanowienia z czystej radości, jaką daje wykpienie "postępowych" przesądów i powszechnie panujących paralogizmów. Powiedział same truizmy. I wywołał skandal. To wręcz piękne! Tak mało wysiłku - a taki efekt... Ale, z drugiej strony, pan Janusz ma już swoje lata. I małe dzieci, o których przyszłość musi zadbać. Może po prostu uznał, że pora zostać męczennikiem..? Jemu to już nie zaszkodzi (a sam proces sądowy - jeśli do niego dojdzie - dostarczy mnóstwa okazji do dodatkowej radości...), a dzieciom, owszem - może w przyszłości pomóc... Oczywiście - zakładając, że w niezbyt odległej przyszłości (w co JKM MUSI głęboko wierzyć...) cały ten "postęp" szlag jaśnisty trafi...
** W tym miejscu pragnę gorąco zapewnić, iż nie mam najmniejszego zamiaru poddać się obrzędowi obrzezania. Brrr..! A to by było niezbędne, gdybym NAPRAWDĘ - jak niektóre z Was, Drogie Panie, sugerują - chciał sobie "leczyć kompleksy". Bo czy muszę dodawać jakiej narodowości (będącej zarazem religią...) mężczyzna jest najinteligentniejszym - wedle wyników testów - stworzeniem na tej planecie..?

czwartek, 9 marca 2017

Grzesznicy już smażą się w piekle!

W podtekście dyskusji o pigułkach, o aborcji i o innych takich (a pełno takich dyskusji około 8 marca) przewija się pragnienie wielu Pań, by uprawiać seks "dla przyjemności", "bez ryzyka".

Zresztą - co ja piszę "w podtekście"! Przecież Panie same się do tego przyznają...

No i wychodzi w tym momencie, że jako "katotalib" jestem przeciw przyjemnościom życia, a za umartwieniem i ascezą...

No cóż. Z pewnością - jestem przeciw przyjemnościom NA CUDZY KOSZT. Niezależnie od tego, czy chodzi o pokrywanie kosztów finansowych pigułek z podatków ludzi, którzy uważają ich stosowanie za grzech (jeśli nie uważacie tego za co najmniej niedowcipne, to już nic na to nie poradzę - nie pogadamy, nie mamy o czym...), czy - o zabijanie nie narodzonych dzieci. W taki, czy w inny sposób. Nawet przypadkiem, nawet o tym nie wiedząc (jak przy zastosowaniu tzw. "pigułki dzień po" w niewłaściwym czasie...) - i absolutnie, ale to absolutnie NIE OBCHODZI MNIE tłumaczenie, że dla Pani "zarodek", czy "zlepek komórek" nie jest jeszcze człowiekiem. Po prostu mam Pani zdanie na ten temat tam, gdzie słońce nie dochodzi. Capisce..?

Z tego samego powodu nie trafia do mnie argument, że przecież katolik nie musi tego stosować. Nie musi. Ale dlaczego ma się zarazem godzić na to, że ktoś inny stosuje..? Z łagodnej życzliwości..? Dla kogo lub dla czego..? Dla grzechu..?

Bo, sięgając głębiej - tak się składa, że jest mi Was po prostu żal. 

Moje własne życie NIGDY WCZEŚNIEJ nie obfitowało w tyle przyjemności (przyjemności cielesnych bynajmniej nie wyłączając). Widzicie to - choćby po tym, że nie mam czasu ani sił pisać. I, to prawda - dowcip mi nieco stępiał. Nie tylko z powodu braku czasu i wkurzenia pracą (nie do uwierzenia jakie numery ludzie potrafią odpier...ać gdy zobaczą kasę - a wydawałoby się, że program "Cela+" powinien na nich działać otrzeźwiająco...). Również dlatego, że zrobiłem się ckliwy, przyjaźnie nastawiony do życia, sentymentalny. Jest mi dobrze. I... dobrze mi tak..!



A Was mi po prostu żal. Same nie wiecie, jakie fajne może być życie - jeśli tylko przestanie się kombinować po swojemu i zaufa Bogu. On wie lepiej. I wcale nie chce tylko naszego umartwienia czy ascezy. Jak sam do nas pisze w Księdze Powtórzonego Prawa:

Biorę dziś przeciwko wam na świadków niebo i ziemię, kładąc przed wami życie i śmierć, błogosławieństwo i przekleństwo. Wybierajcie więc życie, abyście żyli wy i wasze potomstwo, 20 miłując Pana, Boga swego, słuchając Jego głosu, lgnąc do Niego; bo tu jest twoje życie i długie trwanie twego pobytu na ziemi

wtorek, 28 lutego 2017

Łatwiejszy temat

Piję drugą kawę - ale jakoś nie stawia mnie do pionu. Obawiam się, że nie zdołam napisać obiecanego Najlepszej z Żon wiersza. Dla intelektualnej rozgrzewki zajmę się tedy łatwiejszym tematem: polityką.

Dla ogromnej większości z Państwa jest rzeczą oczywistą - tak oczywistą, że obrażacie się, gdy Wam jej nieoczywistość wykazywać - że obowiązkiem państwa jest dbać o Waszą materialną pomyślność (oraz o wiele innych - materialnych - rzeczy: jak na ten przykład o Wasze drzewa - o które Wy sami zadbać nawet nie śmiecie, powietrze, którym Wy oddychacie - bo sami o to dbać przecież nie będziecie, Waszą wodę, Wasze śmieci, Wasze zdrowie itp., itd.). Generalnie, jak by brać za dobrą monetę Wasze komentarze na fejsie czy pod moimi tekstami, to powinienem uznać Was za istoty z natury słabowite - pod każdym możliwym względem: fizycznym, moralnym i umysłowym. Jak słusznie zauważyła Najlepsza z Żon:


Takie pojmowanie państwa upowszechniło się jakieś 100 lat temu. Gdzieś w okolicach I wojny światowej. Wcześniej obowiązki państwa rozumiano różnie, ale na ogół uważano, że w pierwszym rzędzie powinno ono dbać o duchowy "dobrostan" swoich poddanych. Zwalczając występek a promując cnotę. Tak rozumiała swoją rolę jeszcze królowa Wiktoria. Od czego poszło miano "epoki wiktoriańskiej" - fakt, obfitującej w przykłady hipokryzji, ale czyż nie jest hipokryzja hołdem, który występek składa cnocie..?

Wy, którzy uważacie siebie samych za zupełnie bezradnych w kwestiach materialnych tak, że bez opieki i kierownictwa państwa zginiecie niechybnie - jednocześnie uważacie się za całkowicie dojrzałych pod względem moralnym - i to, właściwie, od urodzenia..! Przypuszczenie, że ktoś (państwo, Kościół, a choćby mąż, żona czy rodzic...) miałby Was wychowywać, miałby Was w jakikolwiek sposób pouczać o tym, co jest dobre, a co złe - napełnia Was oburzeniem równie głębokim, jeśli nie głębszym nawet, co myśl, że moglibyście zostać sami z własnymi drzewami, bez nadzoru urzędnika! Od razu wyciągacie najcięższe armaty: że to totalitaryzm, opresja, dyktatura - i Bóg jeden jeszcze wie, co.

Powiedzcie mi teraz: jak ja mam Was traktować poważnie..? No jak..? Dzieci nie są tak nierozumne!

Toteż i coraz rzadziej chce mi się Wam cokolwiek pisać. Bo i po co..?

czwartek, 23 lutego 2017

W obronie ministra Szyszko

Co prawda Najlepsza z Żon podsyła mi maile od "Reduty Dobrego Imienia" w sprawie jakiegoś trzeciorzędnego skandalisty, co to coś w teatrze "wystawia" - ale nie będę robił temu człowiekowi przysługi. Skoro sam się przyznaje, że jego jedynym celem jest rozgłos? Największą krzywdę można mu zrobić - przemilczając go...

Natomiast internet zalany jest powodzią memów z wyrąbanymi drzewami. Ludzie! We łbach Wam się od tej "mundrości" przewraca..! Raz jeden ktoś - celowo czy przypadkiem, to bez znaczenia - zrobił coś sensownego, raz jeden ktoś przywrócił normalność - to będziecie przeciw temu protestować, bo przypadkiem jest z "niesłusznej ideowo" opcji i, w dodatku, niesympatycznie wygląda, tak..?


Pomijam różnych eko-faszystów z Greenpeace i innych, podobnych "grup dążących do niczym nie kontrolowanej władzy" - ale przyznajcie się sami przed sobą przynajmniej (jasne, że mnie się nie przyznacie, na to nie liczę...): gdyby podobną regulację, pozwalającą na wycinanie prywatnych drzew, na prywatnych działkach (i to nie leśnych bynajmniej!) wprowadził sympatyczny, europejski w każdym calu, dobrze wyglądający w garniturze, ryżowłosy jak na prawdziwego Europejczyka przystało Donald Tusk - tarzalibyście się z zachwytu, nieprawdaż..?