Blog główny

wtorek, 5 września 2017

Szczepić czy nie szczepić..?

Prawdę powiedziawszy, to się nie znam. Co mnie, oczywiście, nijak nie powstrzyma przed tym, żeby się wypowiedzieć..!

Sądzę jednak, że mam jednak pewną przesłankę natury medycznej, a nie jedynie - socjologicznej (to, że ludzie nie wierzą rządom ani innym instytucjom "oficjalnym" i dlatego niechętnie poddają się szczepieniu, to zjawisko i ważne i ciekawe - tak samo zresztą, jak wczoraj rano, gdy gruchnęła u nas w biurze wiadomość, że ta belgijska elektrownia atomowa, względem popękania murów której Niemcy podobno rozdają pigułki jodu, wyleciała w powietrze i radioaktywna chmura już zmierza w stronę Polski, niesiona atlantyckim wiatrem - też nikt nie uwierzył w zapewnienia oficjalne: inna rzecz, że co było robić, ponarzekaliśmy, pogadaliśmy i każdy wrócił do swojej roboty...).

Otóż prawie całą sobotę, zamiast robić coś pożytecznego spędziłem łażąc za Rudym Rydzem. Rudy Rydz, jak by kto pytał, to nasz (na razie jedyny...) tegoroczny źrebak - wyjątkowy łobuz (pierwszy raz sforsował ogrodzenie mając niecałe 12 godzin...), a przy tym - osobnik patologicznie wręcz nieufny w stosunku do ludzi. Za nic nie pozwala dotknąć pyska. Do człowieka obraca się wyłącznie zadkiem. Raz go już wprawdzie zdołałem zmęczyć i założyłem mu kantarek oraz (dodatkowo) obróżkę na szyję. Kantarek spadł na jedno ucho. Trzeba go poprawić - no i w sobotę odwiedził nas Pan Doktor. Który miał, m.in. szczepić całe stado.

Łaziłem za Rydzem bite sześć godzin. Tak samo jak za pierwszym razem. Tylko wtedy żar lał się z nieba, a w minioną sobotę lała się mżawka, nie żar - a i on był o trzy tygodnie starszy i silniejszy. Nie dałem rady. Pan Doktor przyjechał, a Rydz był wciąż nie złapany.

Po czym dowiedziałem się z ust Pana Doktora, że i tak... łaziłem bez potrzeby! Bo trzy miesiące to zdecydowanie za mało, żeby źrebaczkowi podawać szczepionki! Źrebaczek powinien mieć minimum pół roku.

Trzymiesięczny źrebak to jak mniej - więcej trzyletnie dziecko. Ssak to ssak. Co niedobre dla źrebaczka - niedobre i dla córeczki.



Czyli, z tego wynika, że bezpieczniej będzie podawać szczepionki Weronice najwcześniej za... jakiś czas...

Proszę mi tu nie wyjeżdżać z komentarzami, że "ryzyko", że "może się zarazić"! Kudy tam może..? W Boskiej Woli..? Pod warunkiem, że urządzicie u nas na podwórku jakieś "leśne i polne przedszkole". Bo tak na co dzień, to Weronika nikogo poza swoimi rodzicami nie widuje. Do najbliższych sąsiadów - kilometr otwartej przestrzeni. Bardzo przewiewnej!

Prawdę powiedziawszy i stada bym nie szczepił gdyby nie fakt, że przygotowujemy się do pewnych przemieszczeń - więc: strzeżonego, wiadomo, Pan Bóg strzeże...

Próbowałem dzisiaj, zdopingowany przez Najlepszą z Żon, wyrobić sobie jakiś pogląd na sprawę. Ale chyba - nie wyrobiłem. Poza tym, że nie rozumiem na przykład, skąd takie parcie na szczepienie przeciwko odrze, śwince i różyczce..? To już dzieci nie mają mieć wcale wolnego od szkoły..? Te choroby i jeszcze ospę pamiętam z dzieciństwa dość przyjemnie: owszem, coś tam swędziało, spuchł człowiek tu i tam i leżał w łóżku, ale - akurat chyba olimpiada w Moskwie leciała w telewizorze (czarno - białym...), albo i co innego, dokładnie nie pamiętam, no i można było zostać z babcią i z książkami w domu. Luz!

Przymuszanie ludności do szczepień wygląda zaś tak jak wygląda - nie może wyglądać dobrze, no bo jak..? Ale to już obserwacja socjologiczna, a nie medyczna (chyba, że stan dusz niemiłościwie nam panujących chcemy badać - ale w tej materii odsyłam do Szwagierki, która ma stosowne kompetencje...).

piątek, 4 sierpnia 2017

O to chodzi

Przy piątku trafiłem na Onet (zgubna słabość, ale cóż zrobić - stało się...). Do śmiechu pobudził mnie tekst, cytuję:

Zuzanna Podkowicz: – Wmawianie komuś, że stosunek przedmałżeński czy masturbacja są grzechem lub są niemoralne, może mieć negatywny wpływ na jego psychikę. Młody człowiek może np. mieć po stosunku regularnie wyrzuty sumienia, czuć się nieczysty, oceniać siebie jako złego człowieka.
No właśnie o to chodzi, Droga Pani, o to chodzi..! Żeby człowiek miał "regularne wyrzuty sumienia", a nawet "czuł się nieczysty"... Jak inaczej chce Pani tegoż człowieka nakłonić, aby nie postępował w pewien sposób (oceniany na ogół jako przyjemny...)? 

sobota, 27 maja 2017

Niosąca Zwycięstwo

Przejęcie władzy na naszej farmie odbyło się niemal aksamitnie. Skakaliśmy, jak nam nasza Cesarzówna zagrała, nim nawet jeszcze zdążyła się urodzić (o czym niżej...) - a odkąd jest już widoczna i słyszalna, po prostu robimy, co nam każe...

Ponieważ stres ostatnich kilku tygodni dopiero ze mnie zaczyna wychodzić (do tego stopnia namacalnie, że momentami mnie wręcz telepie jak w febrze...), a chwilowo żadne inne sposoby jego rozładowania nie wchodzą w grę, to jakoś przezwyciężyłem opór naszego mocno zardzewiałego internetu (żywy dowód na brak tzw. "postępu" - z internetem na naszej wsi jest teraz tak, jak było 10 lat temu, a momentami nawet gorzej - choć w międzyczasie było już dużo lepiej i zupełnie nie wiadomo, dlaczego lepiej być przestało... ) i, korzystając z faktu, że obie moje ukochane kobiety odpoczywają - przynajmniej o tyle sobie ulżę, że wypadki tych kilku tygodni, pokrótce opiszę, wielce umoralniającego morału o pożytkach z bycia krnąbrnym nie pomijając!

Krnąbrni okazaliśmy się po raz pierwszy kiedy minął najpierw tzw. "termin środkowy porodu", a potem kolejne dwa tygodnie - i nic się nie działo. Regularnie, najpierw co dwa dni, potem codziennie, uczęszczaliśmy na KTG (czyli podsłuch serca naszej Cesarzówny), a także na USG. Robiliśmy też badania krwi. I wszystko było w najlepszym porządku! Ułożenie Cesarzówny - idealne. Masa ciała - przyrasta. Serducho - bije jak młot. Przepływy krwi - znakomite. Płynów - pod dostatkiem.

A mimo to, zgodnie z obowiązującym tzw. "standardem", tuż przed upływem magicznego terminu dwóch tygodni po "terminie środkowym" - nasza pani doktor skierowała nas na oddział "patologii ciąży" w celu indukcji porodu. Jako praktyk hodowca kompletnie nie pojmuję po co! Może moje skromne doświadczenie Was nie przekonuje, ale zapytajcie hodowców z wielkich stadnin - gdzie czasem i po 50, po 100 klaczy kryje się w zbliżonym terminie. Czy kiedykolwiek trafiło im się, żeby dwie były w ciąży dokładnie tyle samo czasu..? Chyba przypadkiem..!

Długość ciąży to prawidłowość czysto statystyczna. Jak każda tego rodzaju prawidłowość, objawia się w ten sposób, iż najwięcej kobiet rodzi (naturalnie) między 39 a 40 tygodniem od poczęcia, ogromna większość - między początkiem 38 a końcem 41 tygodnia. Ale są też takie, które urodzą przed początkiem 38 tygodnia - i nie będzie to żadna zgoła patologia. Tak samo jak nie będzie żadną zgoła "patologią" ciąża trwająca na ten przykład 43 tygodnie. Oczywiście - zakładając, że w ogóle jesteśmy w stanie określić termin jej początku. Co jest tematem na osobne rozważania, ale może nie tu na nie miejsce i czas.

Więc - na zdrowy rozum, skoro wszystkie wskaźniki były w najlepszym porządku, a Najlepsza z Żon czuła się znakomicie i nie mniej znakomicie czuła wierzganie Cesarzówny - to czym tu się było stresować..?

Ale nie..! Nasza pani doktor, przynajmniej to skierowanie na "patologię ciąży" dała nam w imię prawa, wyraźnie się zastrzegając, że tak stanowi "standard", a my możemy zrobić, co uznamy za słuszne. I była pod tym względem nader odosobniona: bo kto tylko wiedział, a mógł, to robił co w jego mocy, żeby nas do wywołania porodu przymusić. A to opowiadając różne baśnie z mchu i paproci o potwornościach wynikających z "przenoszenia ciąży" (z "uduszeniem się dziecka pępowiną" na czele..!). A to blednąc i drżąc w obawie, że choć wszystkie wskaźniki idealne, to my przecież na pewno ukrywamy jakąś straszliwą "patologię", będzie źle i prokurator wkroczy, odsyłając do więzień, a przynajmniej pozbawiając prawa wykonywania zawodu wszystkich, którzy nam "nie pomogli", choć mogli...

Nie ulegliśmy! Bóg jeden wie, ile nas (a zwłaszcza Najlepszą z Żon) ta krnąbrność kosztowała. Mamy jednak głębokie przekonanie, że postąpiliśmy słusznie. Z pewnych względów, poród koniec końców okazał się dla Najlepszej z Żon niełatwy. Dała radę m.in. dlatego, że znakomitą większość czasu spędziła w wannie lub pod gorącym prysznicem. Co niekoniecznie spotyka się na oddziałach "patologii ciąży", prawda..? Nie mówiąc już o tym, że indukowanie porodu byłoby fenomenalną wręcz głupotą, skoro poród zaczął się sam z siebie, całkowicie naturalnie i bez żadnych (przynajmniej potencjalnie szkodliwych!) "wspomagaczy" raptem... trzy dni później..!

Dokładnie w nocy z wtorku na środę. Akurat wziąłem urlop, od środy zaczynając - bo mieliśmy już serdecznie dość codziennego jeżdżenia do Warszawy i dalsze oczekiwanie chcieliśmy spędzić w domu, przepisowe KTG wykonując gdzieś bliżej. Nie zdążyliśmy!

Początek był dość lajtowy. Jeszcze pospacerowaliśmy, popieliliśmy ogródek, popracowaliśmy w gospodarstwie:






Dopiero popołudniu, właśnie pod widocznymi na zdjęciu burzowymi chmurami, załadowaliśmy się do samochodu i pojechaliśmy... na lody białobrzeskie! A dopiero potem - do Domu Narodzin państwa Ekielskich w Łomiankach.

I tak by pewnie zostało aż do szczęśliwego finału, gdyby nie pewna przypadłość, dawniej uchodząca za chorobę zawodową kawalerzystów - którą to przypadłość, niestety, nieco zlekceważyliśmy. Skutkiem były nieliche doprawdy doznania bólowe (mam potworne poczucie winy w związku z tym!), oraz nie zagrażające życiu ani (poważnie) zdrowiu, ale przykre estetycznie komplikacje.

Przy zwalczaniu których okazaliśmy naszą krnąbrność po raz drugi. Kosztowało nas to mniej, bo i akcja dramatu trwała dużo krócej i pozostali aktorzy byli nam dużo życzliwsi i mniej uparci niż poprzednio - ale też musieliśmy się oboje wykazać zdecydowaniem w chwili, gdy nie było nam o to z natury łatwo - bo tuż po porodzie.

Krótko pisząc: nie daliśmy się przewieźć do szpitala w celu wykonania (rutynowej skądinąd i bynajmniej nie służącej "ratowaniu życia"...) operacji - wychodząc z założenia, że nie można urody przedkładać nad zdrowie i życie. A Najlepsza z Żon była tak wyczerpana i na tyle osłabiona, że i sama fatyga przewożenia i (bardzo prawdopodobne...) oczekiwanie na szpitalnych korytarzach i kontakt ze szpitalnymi zarazkami i wystawienie na ryzyko szpitalnych błędów (wysoce prawdopodobnych, skoro - choć operacja prosta i rutynowa - to okoliczności od rutyny odbiegały...) - mogły jej potencjalnie bardzo poważnie zaszkodzić.

Koniec końców skończyło się to happy endem: nie tylko zostaliśmy, gdzieśmy byli, a Najlepsza z Żon miała czas na odzyskanie sił, ale i zmobilizowana, zaprzyjaźniona pani doktor, założyła te kilka szwów na miejscu - przy czym okazało się, że tylko strach miał wielkie oczy, bo i położna by sobie z tym poradziła, gdyby starczyło jej determinacji.

Szczęśliwy (mimo wszystko) finał miał miejsce w czwartek, dokładnie o 5.00 rano: na świat przyszła nasza dziedziczka, Weronika Maria. "Weronika" to - z greki - Niosąca Zwycięstwo. W średniowieczu dorobiono temu imieniu (znanemu także w starszej wersji fonetycznej Berenike) łamaną etymologię łacińsko - grecką, przekładającą się na Prawdziwy Wizerunek - i stąd historia o niewieście ocierającej chustą twarz Chrystusowi. Córeczka nie musi się jednak wstydzić patronki, bo była także inna święta tego imienia - już, z całą pewnością historyczna! Męskim odpowiednikiem "Weroniki" jest... Nikifor! Jak sobie uświadomiłem w sumie przed chwilą. Cesarzówna otrzymała imię na cześć swojej prababci - ale mamy niepłonną nadzieję, że do niego dorośnie. Już niemałe nam przyniosła zwycięstwo - a cały czas wykazuje się wielkim charakterem i całkowitym brakiem poszanowania dla pospolitych, codziennych kompromisów, które tak brzydzą urodę życia większości spokojnych, pozbawionych cnoty krnąbrności obywateli. Mamy nadzieję, że tak jej zostanie, a my tylko tę cechę wzmocnimy..!






piątek, 17 marca 2017

Battle for the Life and Beauty of the Earth

W podtytule: A Struggle Between Two World - Systems


Trojga autorów, z Christopherem Alexandrem na czele.

Przeczytałem - w 1/3, ale chyba spróbuję skądś ściągnąć wersję w pdf i dokończyć - niemalże służbowo. Co prawda, nie mam akurat nic wspólnego z projektowaniem, ale jesteśmy wciąż na tyle małym zespołem, że i ja, mały żuczek, załapałem się na kolektywną czytankę z okazji przyjazdu głównego autora do Polski.

Przeczytałem - i dzielę się z Państwem wrażeniami: czuję się do tego przymuszony skalą wątpliwości, jakie wzbudziła we mnie ta lektura...

Autor jest bez wątpienia (bo sam się do tego przyznaje...) entuzjastą i kontynuatorem rewolucji 1968 roku i przez dobrych kilka rozdziałów nie robi nic innego poza psioczeniem na "pieniądze", "wielki kapitał" i "system B" - zadziwiająco wręcz podobny w objawach i działaniu do Marksowskiej "alienacji". Z koncepcją iż na ten przykład sztuka prehistoryczna wypływała bezpośrednio z wnętrza człowieka, z jego uczuć - a potem nastąpił i w naszych czasach kulminuje proces swoistej "eksternalizacji", w wyniku którego twórcza działalność człowieka (w tym zwłaszcza architektura, której rzecz dotyczy...) staje się konwencjonalna - też nie potrafię się zgodzić.

Sam autor zauważa, że rozpad tzw. "wielkiej rodziny" ma dwie strony: z jednej strony - ludzie stali się samotni. Ale z drugiej strony, jak ktoś nie potrafi żyć w zgodzie z teściową, to nie musi! Logiczny stąd wniosek, że w dawnych, niewątpliwie lepszych (z czym się przecież zgadzam!) czasach, kiedy utrzymanie pokojowych, a nawet przyjaznych stosunków z teściową było sprawą życia i śmierci - ludzie bynajmniej nie mieli wolności wyrażania swoich uczuć! Ba! Ci z Państwa, którzy czytając moje teksty widzą coś więcej niż tylko proste skandalizowanie mogli już dostrzec, że wolności, a w szczególności wolności do swobodnej ekspresji samego siebie jakoś, w przeciwieństwie do entuzjastów i kontynuatorów rewolucji 1968 roku specjalnie nie poważam.

Wręcz, skłonny byłbym uważać, że spora część, jak nie większość owych - niewątpliwie przecież realnych i istniejących - problemów w naszym współczesnym życiu wynika z przeceniania a nie z niedoceniania wolności jednostki. Koniec końców, czy przemysł, w tym "przemysł budowlany" z takim uporem wytwarzałby pozbawione indywidualności i charakteru (czyli - wg autora - "ducha", czy też "całościowości", "pełni") przedmioty, w tym domy i mieszkania - gdyby jednostki, korzystając ze swojej wolności, owych przedmiotów (w tym domów i mieszkań) nie kupowały..?

Jasne - reklama, moda, lobbying... To wszystko w rzeczywistości istnieje. A pieniądze mają to do siebie że jak woda - płyną tam, gdzie czują najmniejszy opór, a jak płynąć nie mogą, to sobie żłobią wąwozy i przełomy.

Gdyby zawartość książki ograniczała się tylko do tego rodzaju komunałów - wzruszyłbym ramionami i oddał ją następnemu koledze, co najwyżej z ironicznym komentarzem.

Ale tak nie jest.

Wręcz - poczułem (po owych 1/3 objętości, którą zdążyłem przeczytać w pociągu - resztę tylko przekartkowałem...) pewien niepokój natury moralnej.

Książka, generalnie, poświęcona jest opisowi praktycznego zastosowania pewnej teorii tłumaczącej strukturę ludzkiej twórczości - teorii "systemu A", więc - wedle autora - "naturalnego", "spontanicznego" sposobu organizowania przestrzeni, ludzkiego życia, wspólnoty. 

No i tak się składa, że jak czytam opis owego "systemu A" to brzmi on... nader znajomo!

Bo tak się składa, że - w dużej mierze przypadkowo - zupełnie podobnie podeszliśmy z Najlepszą z Żon do projektowania i budowy naszego domu w Boskiej Woli.

Od samego początku zależało nam na tym, aby nasz dom wpisywał się w kontekst - zarówno przyrodniczy (ukształtowanie terenu: trzeba przy tym pamiętać, że krajobraz Boskiej Woli jest w dużym stopniu przekształcony przez człowieka, antropogeniczny, m.in. doły, nad którymi nasz dom powstaje, nie natura wyrzeźbiła, tylko Boskowolanie poszukujący piasku... - oraz roślinność i zwierzęta), jak i kulturowy (i to był jeden z dwóch powodów, dla których zależało nam na domu z drewna!). Chcieliśmy także, aby nasz dom był przyjazny i naturalny, "na ludzką miarę" (to przesądziło już ostatecznie o wyborze materiału...).

Bardzo nam zależy na estetycznym wrażeniu jednak, za wszelką cenę pragniemy uniknąć ostentacji - i stąd, stale i niezmiennie, ze wszystkich projektów, które mi architekci podsuwają wycinam bez miłosierdzia kolumienki przed głównym wejściem: nie to, żebym coś miał przeciw estetyce soplicowego dworku, ale na Boga! Znajcie miarę! Jak bym tak miał ze 100 hektarów przynajmniej - to co innego, wtedy dworek byłby i słusznej miary i wpisywałby się w kontekst, ale przy - z górką - 15..? Nie pasuje.

Ponieważ chcieliśmy dom z drewna, w pierwszym podejściu wpadliśmy na pomysł przestawienia typowej, radomskiej chaty - przy pewnym jej powiększeniu zarówno "wzdłuż", jak "wzwyż".

Straciliśmy w efekcie bez mała rok czasu i parę wiader potu (całej rodziny!) - po czym, okazało się, że nie będzie to takie proste: po pierwsze - nie jesteśmy w stanie zmobilizować takiej siły roboczej, która w istocie miałaby szanse na szybkie i skuteczne wykonanie tego planu (tak naprawdę to miejscowi cieśle robili co mogli, aby nas od pomysłu JAKIEGOKOLWIEK wykorzystania JAKICHKOLWIEK elementów owej rozbieranej chaty odwieść - mimo, że znamy przynajmniej kilka przykładów mniej lub bardziej udanego "przestawienia starej chaty" w najbliższej okolicy, to owym cieślom, jak się okazało, brakuje doświadczenia w takiej pracy i odnoszą się do niej z wielką niechęcią: zdają się uważać ten rozdział swojej zawodowej kariery za ostatecznie zamknięty, od dobrych 10 lat parając się już na ogół tylko montowaniem konstrukcji dachów lub wiat - bo z drewna NIKT w okolicy już nie buduje...).

Po drugie: koncepcja efektywnego "podniesienia wzwyż" wymagała ściany kolankowej o wysokości przekraczającej możliwości typowej "konstrukcji z bala drewnianego". Koniec i kropka...

Gdybyśmy nie byli na początku tak zdecydowani w kwestii wyboru materiału, albo gdybyśmy wykazali się mniejszą wytrwałością i dali się przekonać "starszym i mądrzejszym", to dom z pustaka pewnie by już u nas stał. Może bez ocieplenia i na pewno wciąż nie miałby wykończonego wnętrza, ale by stał.

Tymczasem stoi tylko szkielet (zdjęcia, które robiłem telefonem wyjeżdżając dziś do pracy są marne, musiałem telefon krzywo trzymać, wymienię je na lepsze, jak będę miał po temu okazję):



Taka konstrukcja jest - w okolicy Boskiej Woli - najzupełniej wbrew naszym pierwotnym założeniom nowatorska. Bardziej przypomina konstrukcję "domu przysłupowego" (typową np. dla Dolnego Śląska...), niż "domu z bala".

Tym niemniej - czego po zdjęciach jakoś nie widać - stojąc przed frontem naszego domu czujemy radość - zaś jego proporcje wydają się nam wyrażać wielki spokój.

Nie było tego widać także na rysunkach, które nam przygotowała nasza (młoda, niedoświadczona, niezorganizowana - i tak można by długo...: grunt, że tania..!) architekt: prawdę powiedziawszy, na jej rysunkach, nasz dom wyglądał ohydnie! Był toporny, o niezgrabnych proporcjach, ciężki.

Dlatego - konsekwentnie - ani razu takiego rysunku nie pokazałem naszym cieślom!

W efekcie dom powstawał tak, jak to zaleca Mr Alexander - w wyniku ciągłych adaptacji, w ramach nieustannej i dwukierunkowej współpracy między klientem a wykonawcą (w czym niebagatelny udział miał prosty fakt, iż byłem zarówno jednym, jak i drugim - po części: nie ma takiego fragmentu domu, jak na razie, który by powstał bez mojego fizycznego udziału...).

Ponieważ zbyt wysoka ściana kolankowa groziła "rozejściem się" konstrukcji pod ciężarem dachu, wymyśliłem - metodą kolejnych przybliżeń, bo nie tak od razu - dwie z każdego dłuższego boku mansardy, których główną, zasadniczą funkcją wcale nie jest doświetlanie poddasza (co, oczywiście, też będą robić, mam nadzieję...), ani ozdabianie dachu (choć nadają mu dużo bardziej zalotny charakter...) tylko: możliwość spięcia ze sobą przeciwległych ścian na wysokości poddasza. O tym, jak bardzo ten pomysł był potrzebny mogliśmy się przekonać w miniony weekend, docinając belki na jętki: pan Jan, cieśla, trzy razy wspinał się na samą górę mierząc konieczną rozpiętość - i, co mnie nie zdziwiło, okazało się, że już teraz dom zdołał się "rozejść" środkiem na kilka centymetrów: jętki w środku dachu musiały być dłuższe, niż te na obu szczytach..!

Szerokość mansard (w gwarze miejscowej zwanych "lukarnami") wynikła - po paru tygodniach namysłu i dyskusji - z szerokości okien, jakie w kilku miejscach musimy zmieścić na parterze pomiędzy tworzącymi je słupami. Ich rozstaw - z szerokości planowanych drzwi tarasowych od strony ogrodu. Kąt nachylenia dachu jest narzucony przez miejscowy plan zagospodarowania przestrzennego.

Teraz czeka nas wypełnienie przestrzeni między słupami. Będzie z tym krzyż Pański, to już widać: z jednej strony, miejscowi cieśle, tkwiąc mentalnie w schemacie "domu z bala" nie potrafią nam uwierzyć, że wypełnienie to nie ma już konstrukcyjnego znaczenia i poza własnym ciężarem, niczego zgoła dźwigać nie będzie. Z drugiej strony, ze względu na estetykę i charakter domu, nie chcielibyśmy iść na łatwiznę - i ciąć zmagazynowanych pod plandeką tuż przy domu bali na opał (na stodołę są niepotrzebne, a na "oborę" - jak nam cieśle proponowali - w oczywisty sposób się nie nadają..!), zastępując je jakimiś płytami wiórowymi, czy czymś równie brzydko industrialnym.

Nie mówiąc już o tym, że marzy się nam niewyobrażalna wręcz liczba okien w kuchni (jest od południa...) - i to niekoniecznie plastikowych.

JEŚLI uda się nam przeprowadzić choć część z tego, co planujemy, to nasz dom powinien pozostać wciąż otwartym na nowe adaptacje, także i w przyszłości. W ogóle, chcemy, żeby rósł razem z naszą rodziną (w zależności od tego, jak nam Pan Bóg w tym wzroście pobłogosławi...). Stąd - na wzór stylu Świdermajer - przewidziałem dobudowanie w przyszłości szerokich tarasów (które, z czasem, mogą zostać zabudowane).

Takie są nasze plany i nasze marzenia. Uważamy je za naturalne, bardzo się nimi cieszymy.

Że doszliśmy do nich sami, ani wiedząc o panu Alexandrze i o tym, że on - podobnym idąc tokiem myślenia - stworzył z tego aż tak "holistyczną" (a nawet, co nieco bombastyczną...) teorię - to tylko kolejny powód do radości.

To gdzie dylemat natury moralnej..?

Dylemat natury moralnej jest taki: prywatnie buduję w "systemie A" - i daje mi to bardzo dużo radości.

Służbowo... no cóż... Obawiam się, że celem naszego działania jest coś zgoła przeciwnego..! Będę bardzo zdziwiony, jeśli pan Alexander przyjmie propozycję współpracy z nami. My przecież niczego tak bardzo nie chcemy, jak jeszcze większego niż to jest obecnie oderwania mieszkańców od ich domów (kupując u deweloperów stają się właścicielami, u nas mają jednak - głównie - tylko wynajmować.... i jest to - naszym zdaniem - jedna z ważniejszych zalet tego rozwiązania..!).  Udział "klienta" w projektowaniu..? Ale kto tu jest "klientem"..? Najemca..? Przecież go nawet jeszcze nie znamy..! Partner, który dostarcza nam działkę..? On w takim mieszkaniu mieszkał nie będzie... Wygląda na to, że służbowo - dążę do wzmocnienia złowrogiego "systemu B"..!

Jak to pogodzić..?

czwartek, 16 marca 2017

I kto tu jest agresywny..?

Najlepsza z Żon stwierdziła rano, że musiałem mieć koszmar: wykonywałem we śnie gwałtowne ruchy i wydawałem dźwięki podobne do warkotu dzikiego kota. Nic nie pamiętam, ale najwyraźniej śniły mi się ostatnie "dyskusje" na fejsie..!


Jedna uwaga na marginesie: ja NAPRAWDĘ nie mam czasu! I mam kupę innych, dużo ważniejszych i pilniejszych zajęć niż prostowanie komukolwiek pokrzywionego światopoglądu. Robię to zatem mimochodem, w pośpiechu i - z tego powodu - zapewne nieco nazbyt lakonicznie. A już kompletnie nie mam czasu na żaden "savoir vivre"..! Że robię to w ogóle, a nie milczę sobie, to poniekąd dla mnie samego zagadka: widać inaczej nie potrafię...

Skądinąd, biorąc pod uwagę rzeczoną lakoniczność moich wystąpień, podziwu godny jest doprawdy upór niektórych z Państwa w prostowaniu, protestowaniu, nie zgadzaniu się, a nawet, okazjonalnie - nawracaniu. Jak pisałem już a propos tekstu o rzekomym "globalnym ociepleniu" - ktoś, komu chodzi tylko o prawdę i o nic więcej, wzruszyłby ramionami: "globalne ocieplenie" albo jest, albo go nie ma i albo będzie miało katastrofalne skutki, albo nie - ale żadna z tych opcji NIE zależy od mojej o nim opinii. W najmniejszym stopniu!

Podobnie z inteligencją kobiet. Albo "efekt Flynna" już doprowadził do wyrównania wyników testów mężczyzn i kobiet w tzw. "świecie rozwiniętym" (a tylko Niemcy i Żydzi dla powodów, których nie rozumiemy - ale to nic dziwnego, skoro my  W NAJMNIEJSZYM NAWET STOPNIU nie rozumiemy, co takiego właściwie w ogóle mierzą "testy na inteligencję"! - czemuś się do tego ogólnego trendu nie dopasowują i u nich różnica wciąż pozostaje, statystycznie zresztą NIEISTOTNA, bo co to jest 4 - 5 punktów, gdy "przedział normalności", w obrębie którego mieści się gros populacji, rozciąga się na skali na punktów z górką 30..?), albo nie doprowadził. Czy ktokolwiek z nas ma na to wpływ? Ja mam wpływ..? Pan Janusz Korwin - Mikke ma wpływ..? Ludzie..!

Trochę może inaczej jest, jak chodzi o antykoncepcję czy aborcję - bo tu spór w małym stopniu tyczy się stanu faktycznego (Państwo P.T. Miłośnicy Postępu tak naprawdę nie macie żadnego argumentu przeciw najprostszemu możliwemu założeniu: że człowiek "zaczyna się" w chwili połączenia komórki jajowej z plemnikiem - właśnie dlatego, że jest to rozwiązanie NAJPROSTSZE, a każde inne nieuchronnie prowadzi, wcześniej czy później, do logicznej sprzeczności...), a bardziej - postulatów natury moralnej i prawnej. Tu, faktycznie, można z sensem kłócić się z każdym i zawsze, bo taka już natura tego rodzaju sporów, że od "stanu faktycznego" w małym stopniu zależą.

Zauważmy jednak, że i w tej sprawie Państwa, P.T. Miłośników Postępu zapał jest iście... "inkwizycyjny"..! Na co ostatnio poskarżył się publicznie nawet łagodny i kulturalny minister Gowin.

Kiedyś, dawno dawno temu, chyba jeszcze na "blogu głównym" (ale doprawdy - nie mam czasu tego teraz szukać...) wyjaśniałem, co Was tak napędza. Otóż, w wielkim skrócie, bardzo wiele zwyczajów i instytucji naszego codziennego życia służy tak naprawdę poprawie dobrego samopoczucia poprzez ZAMASKOWANIE RZECZYWISTOŚCI. I ma to bardzo wiele wspólnego z przewagą "wrażliwości estetycznej" nad "wrażliwością moralną".

Tłumy ludzi (i już - niestety - nie tylko egzaltowanych nastolatek...) dały się wydoić kilku cwaniakom z różnych "fundacji pro-zwierzęcych" które, jak zauważył nawet PZHK (ho, ho! A to nie taka znowu spostrzegawcza organizacja...) na ostatnich "Wstępach" w Skaryszewie wykupiły od 100 do 150 zdrowych, w doskonałej kondycji koni - za przeciętnie dwukrotność ich ceny rynkowej. Teraz ci sami cwaniacy doją dalej owych naiwniaków, urządzając zbiórki "na utrzymanie koników" - przy czym (przecież wiem, co piszę, sam prowadziłem pensjonat dla koni..!) znowu ceny, jakie podają, są - średnio - zawyżone dwukrotnie. Naiwniacy nie tylko dają się doić, ale jeszcze - co psychologicznie jest w pełni zrozumiałe - z ogromną agresją reagują na każdą próbę otwarcia im oczu.

Czemu tu się dziwić? Im więcej wpłacają, tym lepiej się czują. A nawet - tym LEPSI się czują! Kto nie chciałby poczuć się "lepszym"..? Przynajmniej - raz na jakiś czas..? A tu przychodzi jakiś "psuj" i psuje zabawę pisząc im o jakiejś - nikomu do niczego nie potrzebnej - "prawdzie". To huzia na Juzia..!

Tak samo Państwo, P.T. Miłośnicy Postępu po prostu nie możecie znieść, gdy Najlepsza z Żon czasem coś wklei o "pigułce dzień po", albo gdy jakaś Amerykanka ŚMIE występować przeciw aborcji - i to jeszcze - bezczelność! - na Uniwersytecie. Który przecież, powinien być "awangardą postępu", a nie "ogonem zacofania" - prawda..?

To samo Was kłuje w oczy, co owych naiwniaków, dających się doić psychopatce Szyłogalis i jej cwanym koleżkom. Samo tylko mówienie o tym, do czego może doprowadzić zastosowanie - w nieodpowiednim momencie - "pigułki dzień po" burzy Wasze dobre samopoczucie. Będziecie więc tupać nogami, wrzeszczeć, pod siebie narobicie ze złości - a nie dacie sobie oczu otworzyć! Czy raczej - jak u Gombrowicza - nie dacie się "zgwałcić przez oczy".

Rozumiem Was.

Ale to, że Was rozumiem, to jeszcze nie znaczy, że dam Wam spokój...

poniedziałek, 13 marca 2017

Czy kobiety są głupie..?

Jak zauważył kiedyś ktoś bardzo inteligentny (prawie na pewno, był to jakiś Francuz - piszący Francuzi są inteligentni niejako z zasady...): Mało kto jest w pełni zadowolony ze swojej urody - ale jeszcze mniej można znaleźć takich, którzy nie byliby zadowoleni ze swojego umysłu.

Nie ma zatem niczego dziwnego w tym, że podważanie czyichkolwiek zdolności umysłowych wzbudza silne emocje. Kobiety mogły poczuć się urażone wypowiedziami pana Janusza Korwin - Mikke:


Pytanie tylko - w którym niby miejscu pan Janusz NIE powiedział prawdy..?*

Czy kobiet nie są - ŚREDNIO - niższe i słabsze od mężczyzn..? Są. Nie potrzeba nawet jakichś szczególnych badań na ten temat. To przecież widać gołym okiem!

Czy kobiety nie są - ŚREDNIO - mniej inteligentne od mężczyzn..? No cóż - odkąd wymyślono test na inteligencję, kobiety ŚREDNIO rozwiązują go z wynikiem o około 4 - 5 punktów gorszym od mężczyzn. To się zmienia w czasie - tym niemniej relatywizowanie tego efektu prostym stwierdzeniem a bo ja znalazłam badania, wedle których to kobiety są inteligentniejsze - jest niepoważne.

Różnice w rozkładzie inteligencji mierzonej przez testy nie dotyczą zresztą wyłącznie płci! Polacy rozwiązują testy z wynikami o ok. 4 - 5 punktów gorszymi od Niemców. Niemcy ŚREDNIO rozwiązują testy gorzej od Japończyków.** Czy mamy z tego powodu wpadać w jakieś kompleksy niższości względem zachodnich, czy dalekowschodnich sąsiadów..? Albo patrzeć z góry na mieszkańców Afryki, których wyniki bardzo, ale to bardzo odstają od przeciętnej dla innych kontynentów..?

Żadną miarą! Po pierwsze - śmieszy mnie traktowanie tej sprawy z taką śmiertelną powagą. W ogóle - śmieszy mnie traktowanie ze śmiertelną powagą wielu tak zwanych "ustaleń naukowych"! Tu się zapewne RÓWNIEŻ w żaden sposób nie dogadamy: wielu z Państwa traktuje biały kitel lekarza lub "uczonego" z taką samą atencją, jak ja ornat księdza, a członek plemienia łowców - zbieraczy z Pustyni Namib swojego szamana. Uważacie się przy tym za nieskończenie wręcz mądrzejszych i "bardziej racjonalnych" nie tylko od członków plemienia łowców - zbieraczy z Pustyni Namib, ale i ode mnie. No cóż: Bóg z wami! Szkoda, że nie potraficie spojrzeć na samych siebie z zewnątrz. Bardzo by Was ten widok uradował - bo jesteście, doprawdy, pocieszni..!

Po drugie - czy my aby w ogóle wiemy, co tak naprawdę mierzą "testy na inteligencję"..?

Czy o kimś, kto gorzej rozwiązał "test na inteligencję" możemy powiedzieć - ot tak, niczym innym się nie kierując - że jest "głupszy"..?

Historia opowiada nam o bardzo wielu ludziach, którzy wykazali się ogromną inteligencją - a mimo to byli bardzo nieszczęśliwi, a wszystkie ich wysiłki doprowadziły ich tylko do zagłady. Jak zwykł mawiać nasz przyjaciel Grześ: żal mi sprytnych - oni muszą sami o siebie zadbać; bo o nas, prostaczków, Pan Bóg się troszczy..!

PRZYWYKLIŚMY traktować "inteligencję" jako synonim "mądrości". Tak samo jak PRZYWYKLIŚMY uważać "karierę", "wysokie zarobki", "zawodową samorealizację", itp. - za ABSOLUTNIE NIEZBĘDNE do szczęścia. I stąd kobieta, która nie robi "kariery", nie "realizuje się zawodowo" i jeszcze - o zgrozo! - jest materialnie zależna od męża, w oczach pań postępowych budzi zgorszenie.

U pań Dulskich zawsze budziło zgorszenie postępowanie sprzeczne z aktualnie panującymi przesądami...
------------------------------------------------------------------
* Osobnym zupełnie pytaniem jest: PO CO WŁAŚCIWIE pan Janusz powiedział to, co powiedział? Znając go osobiście skłonny jestem mniemać, że - jak zwykle - palnął bez głębszego zastanowienia z czystej radości, jaką daje wykpienie "postępowych" przesądów i powszechnie panujących paralogizmów. Powiedział same truizmy. I wywołał skandal. To wręcz piękne! Tak mało wysiłku - a taki efekt... Ale, z drugiej strony, pan Janusz ma już swoje lata. I małe dzieci, o których przyszłość musi zadbać. Może po prostu uznał, że pora zostać męczennikiem..? Jemu to już nie zaszkodzi (a sam proces sądowy - jeśli do niego dojdzie - dostarczy mnóstwa okazji do dodatkowej radości...), a dzieciom, owszem - może w przyszłości pomóc... Oczywiście - zakładając, że w niezbyt odległej przyszłości (w co JKM MUSI głęboko wierzyć...) cały ten "postęp" szlag jaśnisty trafi...
** W tym miejscu pragnę gorąco zapewnić, iż nie mam najmniejszego zamiaru poddać się obrzędowi obrzezania. Brrr..! A to by było niezbędne, gdybym NAPRAWDĘ - jak niektóre z Was, Drogie Panie, sugerują - chciał sobie "leczyć kompleksy". Bo czy muszę dodawać jakiej narodowości (będącej zarazem religią...) mężczyzna jest najinteligentniejszym - wedle wyników testów - stworzeniem na tej planecie..?